Relacja: Open Source Art Festival 2017

Relację przygotowała Andżelika Kaczorowska.

Zdjęcia: Konrad Gustawski


Jest mi obecnie dość głupio, że to był mój pierwszy Open Source Art Festival. Wielokrotnie rozważałam przejechanie się do Sopotu, bo od wielu lat przyciągał interesującym line-upem – to tu choćby pierwszy raz w Polsce wystąpił Ryoji Ikeda. Stylistycznie można go trochę nazwać mini-Unsoundem, jednocześnie program ma bardzo autorski sznyt – odbija się na nim gust kuratorów, którzy nie skupiają za bardzo o to, że coś jest rozchwytywane, a jednocześnie nie brakuje na nim całkiem artystów, którzy obecnie robią coś ciekawego. Jest nawet świeżo, ale nie ma się wrażenia, że ktoś po prostu przegląda się rekomendacje na Boomkacie.

Klimat przypominał mi to za co tak bardzo polubiłam toruński CoCart – na OSA również odbija się specyfika lokalnej sceny, jej gusta i panuje dość rodzinna atmosfera. Mimo że to tak małe wydarzenie, to wpisane są w niego jeszcze liczne inne atrakcje: jak choćby instalacja Rainera Kohlbergera i wykład o partyturach graficznych kobiet organizowany przez Glissando. To drugie wydarzenie zresztą odbywało się w Dwóch Zamianach, miejscu prowadzonym przez trójmiejską scenę niezależną i pełniło rolę swojskiej przestrzeni do czilowania i rozmów. W sumie zbieżność dat z Festiwalem Filmów Fabularnych w Gdyni dawało też możliwość pogodzenia tych dwóch wydarzeń.

W cieniu licznych dyskusji o obecności kobiet na scenie muzycznej, miło, że na OSA one po prostu są potraktowane na równi z mężczyznami i nie ma się wrażenia, że to gender handicap – zarówno Myriam Bleau (efektowny performace z świetlistymi bączkami, na który niestety się spóźniłam), jak i Caterina Barberi to artystki, które mają oryginalny pomysł na siebie. O Barberi chciałoby się dłużej rozpisywać; nie dziwi, że zakończyła cały festiwal i chyba nie przesadzę, że to jeden z ciekawszych obecnie rzutów na minimalizm, słusznie porównuje się ją do takich wykonawców jak Eleh i Alessandro Cortini. Swoją drogą, dobrze pomyślane zostało to, że akurat przed nią wystąpił Gabor Lazar, który również stawia na oszczędność przekazu, choć robi to z większym poczuciem odrealnienia i melancholią w czasach nowych mediów.

Dwa projekty, które można było obejrzeć w poprzednich latach na Unsoundzie obroniły się i w Sopocie. Z początku miałam wątpliwości co do Yvesa De Meya, bo zaczął dość chaotycznie i do tego, czy to co robi nie będzie przestarzałe, jednak koniec końców jego występowi udało się utrzymać trzymającą w napięciu dramaturgię. Większe wrażenie, i chyba najbardziej dzielące publiczność, wywołał show Roly’ego Portera i MFO. Zimne cyfrowe krajobrazy na ekranie, obezwładniające laserowe brzmienie i chore ilości stroboskopu, które były tak zaprogramowane, by tworzyć powidoki przy zamknięciu oczu. Czy taka ilość patosu może się udać? Przyznaję, że to trochę nie moja bajka, ale w pewnym sensie widzę w tej przesadzie jakąś metodę. W kuluarach Roly Porter wspominał o tym, że przez wiele lat miał swoistą obsesję na temat kwestii genezy rzeczywistości, lecz nie widzi za bardzo sensu w myśleniu religijnym. Lubię sobie teraz tłumaczyć, że poprzez swój dorobek próbuje przemyśleć te kwestie.

Jak na każdym takim wydarzeniu były oczywiście mniejsze i większe mielizny. Joshua Sabin, protegowany Subtextu, puszczał materiał oparty na nagraniach terenowych z Kioto, Tokio i Paryża, ale na dłuższą metę trudno było, żeby jego występ zapadł w pamięci. Field recording chyba jednak lepiej wypada, gdy biorą się za niego tacy wykonawcy jak choćby, niedaleko szukając, Mirt, którego twórczość wymyka się łatwym klasyfikacjom. Julian Bayle zaproponował powtórkę z rozrywki trochę dla fanów Raster Noton: glitche, drony i pulsujące kwadraty, trochę już tego za dużo. Anonimowy duet SHXCXCHCXSH okazał się najsłabszym punktem programu. Nigdy nie przemawiała do mnie konwencja pt. ciemne kaptury i mroczna muzyka elektroniczna, dlatego starałam się podchodzić do takich rzeczy jak najbardziej wyrozumiale, jednak nawet fani tego typu estetyki również czuli się zawiedzeni. Dość toporne, mało fantazyjne potraktowanie materii i brak pomysłu do czego to ma wszystko zmierzać. Uwagę można było przenieść na wizualizacje Portugalczyka Pedro Maia, jeśli ktoś oczywiście lubi zabrudzone klisze i monochromatyczność.

A właśnie, czerń i biel, światło i badanie ciemności – to były motywy, które według kuratorów miały spajać program OSA. Osobiście o wiele lepiej mi się uczestniczyło, jeśli tylko udawało się o tym wątku zapominać i zwracać się ku mniej oczywistym aspektom, ale też zarówno Roly Porter z MFO, Myriam Bleau, jak i Gabor Lazar wykorzystywali oświetlenie jako znaczący element wizualny, więc doceniam konsekwencję w zbudowaniu takiego wrażenia. Tak jak całokształtu festiwalu, który mimo braku polskich wykonawców pokazał, że da się coś fajnego zrobić niekoniecznie w centralnej Polsce.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.