“Załatw publikę i spadaj” – biografia Jamesa Browna

 

Załatw publikę i spadaj, James McBride (Wydawnictwo Czarne, 2018)

Podczas lektury ani przez sekundę nie poczułem, że chciałbym być kiedyś na miejscu Jamesa Browna. Nawet w tych najlepszych, najszczęśliwszych chwilach, zawsze gdzieś z boku czaiły się demony. W “Załatw publikę i spadaj” Brown jest wizjonerem, fanatykiem katorżniczej pracy, bez wątpienia muzycznym geniuszem, ale także przeraźliwie samotnym człowiekiem nie potrafiącym przez całe swoje życie nawiązać normalnych relacji z drugą osobą. Skrajnie przerośnięte ego wprowadziło króla soulu na sam szczyt, jednocześnie niszcząc jego życie prywatne i zawodowe – aczkolwiek kariera Browna po wielkich upadkach odradzała się niczym feniks z popiołów. McBride nie ma dla swojego bohatera litości; nie przemyka oka na historie związane z przemocą fizyczną i psychiczną wobec swojej rodziny czy współpracowników. Jego rozmówcy nie chcą jednak o tym mówić; szybko zmieniają temat, twierdzą, że było minęło.

Osią książki McBride’a jest walka o spadek. James Brown swój ogromny majątek zapisał szkołom w Karolinie Południowej, co szybko zostało zakwestionowane przez niemal całą rodzinę. Oczywiście najbliżsi w tym momencie stawiani są w bardzo złym świetle, ale z drugiej strony mamy dla nich minimalne zrozumienie. Brown jako ojciec, delikatnie mówiąc, zupełnie się nie sprawdził, poświęcając absolutnie wszystko swojej karierze. Karierze, której fundamentem był strach: o pieniądze (chował je w każdej możliwej skrytce), o utratę sławy, o to, że wszyscy chcą go oszukać. Ta postawa soulowego brata numer jeden nie wynikała wyłącznie z charakteru, była przede wszystkim podyktowana ciągłymi rasowymi napięciami w samych Stanach. Brown bał się białych, chociaż z niektórymi współpracował przez wiele lat – a i sami biali przepadali za jego twórczością.

Autor poświęca całkiem sporo miejsca samej muzyce, uwypuklając przy tym rolę muzyków współpracujących z Brownem, tym samym oddając im hołd. Większość z nich została zupełnie zapomniana przez historię, spędzając ostatnie lata w biedzie, a przecież mieli niebagatelny wpływ na rozwój soulu, funku, rock and rolla czy nawet jazzu. To kolejny moment, gdy głównego bohatera nie da się jednoznacznie ocenić: z jednej strony mamy przed sobą kogoś, kto bezustannie chciał pomagać słabszym i biedniejszym; z drugiej – osobę, która zupełnie nie potrafiła dzielić się pieniędzmi z resztą zespołu. Najciężej pracujący facet w show-biznesie (jak o sobie mówił) od wszystkich wymagał ogromnego skupienia i zaangażowania, ale nie wiązał tego z odpowiednim wynagrodzeniem.

James McBride to świetny pisarz – błyskotliwy, przebojowy, refleksyjny. Jednak nie zawsze ta przebojowość i potrzeba bycia na pierwszym planie przynosi dobry skutek. W “Załatw publikę i spadaj” nie brakuje jego osobistych refleksji, które – jak dla mnie – nie wnoszą wiele ciekawego do całości (np. rozkminy nt ekspansji hip-hopu – ot, typowe rozważania osoby tęskniącej za przeszłością, gdzie wszystko było lepsze). Nie ukrywam, że w niektórych fazach czułem małe zmęczenie tymi przemyśleniami i książka lądowała na kilka godzin na półkę. McBride stara się nakreślić obraz Stanów – momentami miałem wrażenie, że to jest główny temat, a sam James Brown jest tylko narzędziem, aby ów cel zrealizować. Nie każdy więc rozdział przeczytałem z takim samym zainteresowaniem.

W ostatecznym rozrachunku to jedyny (jeśli można to tak w ogóle ująć) mankament na jaki natrafiłem. Ogrom wątków, które poruszył autor, musi robić wrażenie. Tak jak lista rozmówców – można powiedzieć, że McBride dotarł do najważniejszych źródeł i zrobił wszystko co w jego mocy, żeby dowiedzieć się, jaki naprawdę był James Brown.

Odpowiedź jest druzgocąca.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.