Ukryty kuc #2

Cześć, jestem Paweł. Jako publicysta muzyczny działam w różnych miejscach już wiele lat, możecie też kojarzyć, że robię muzykę pod pseudonimem Naphta. Ale muszę się wam z czegoś zwierzyć. Uwielbiam sporo serowej muzyki – a to kapkę power metalu, a to ciupkę kreskówkowego black thrashu, a i progmetalem nie pogardzę. Można powiedzieć, że bywam ukrytym kucem. W tej rubryce znajdziecie polecanki metalowe, które raczej nie wychodzą poza obieg właściwy dla tych gatunków. Nie wszystkie ociekają goudą, niektóre nawet zahaczają o coś, co miałoby potencjał na crossover do niemetalowej publiczności.


W drugim odcinku troszkę inne spotkanie z kucem, bo jest to edycja live. Metal, jak żaden inny gatunek, potrafi działać na zmysły w warunkach koncertowych – i miałem ostatnio dwa zupełnie różne doświadczenia. Na deser polecanka płytowa – prawdziwa gorgonzola z serowej krainy power metalu. Zapraszam!


Demilich, Spectral Voice; D.K. Luksus, Wrocław, 12.09.18

Fanom oldschoolowego death metalu nie trzeba przedstawiać fińskiego Demilich – ich debiut z 1993 (i jedyny wydany album) “Nespithe” to absolutna klasyka gatunku. Ale koncert weteranów był dla mnie dodatkiem do występu Spectral Voice, autorów “Erroded Corridors Of Unbeing”, jednego z najlepszych metalowych krążków zeszłego roku. Mimo że 3/4 składu Spectral Voice stanowią członkowie Blood Incantation jest to projekt bardziej skupiony na eksplorowaniu zakątków mistycznego doomu – oczywiście z solidną domieszką death metalu. Amerykanie zupełnie nie zawiedli, grając wiele utworów ze znakomitego albumu, ale nie zabrakło także nowego numeru, który pokazuje ciekawe możliwości kapeli. To był bardzo skupiony, wręcz metafizyczny koncert. I o ile doom metalu teraz wszędzie pełno, Spectral Voice to jeden z najbardziej unikalnych głosów (badum tss) w obrębie gatunku.

Występ Demilich był dość satysfakcjonujący – w końcu materiał z demówek i “Nespithe” to najlepsze, co ma do zaoferowania klasyczny death. Niestety, w odbiorze przeszkadzało brzmienie koncertu, często zlewające wszystkie instrumenty w masakryczną, hałaśliwą breję. Wciąż – dobrze było usłyszeć walcowate klasyki i charyzmatyczną i zabawną konferansjerkę Anttiego Bomana. Po tym wieczorze bolał mnie kark, bo jednak death prowokuje mocny headbanging!


Inter Arma, Deafheaven; Klub U Bazyla, Poznań, 14.09.18

Byłem bardzo zaskoczony, że na europejską trasę Deafheaven – było nie było, mocno hipsterski zespół – na support wziął kapelę stricte metalową. W USA towarzyszyły im jakieś syntezatorowe pierdy, całe  szczęście na Starym Kontynencie mogliśmy usłyszeć autorów “Paradise Gallows”, jednego z najciekawszych metalowych albumów 2016 roku. Inter Arma na tle setek doomowych kapel wyróżnia się rytmiką, progresywną wrażliwością i świetnymi pomysłami na włączanie deathowych i blackowych elementów. Nie inaczej było w Poznaniu, gdzie dali mocno angażujący koncert:głośny, emocjonalny, ale kontrolowany w precyzyjny sposób. T.J Childers to po prostu perkusyjna bestia i główny motor napędowy Inter Arma – wyróżniony dodatkowo przez niskie brzmienie zespołu. Mike Paparo to drugi filar; wokalnie solidny, choć niedoskonały w czystych partiach. W zasadzie bardziej nastawiałem się na support, niż główną gwiazdę wieczoru i w ogóle się nie zawiodłem.

Stałem już bardzo zadowolony z winylowym wydaniem “Paradise Gallows” w garści, kiedy przyszedł czas na Deafheaven. I… Był to bardzo ładny koncert. Zaskakująco cichy i grzeczny – po supporcie zdjęto połowę wzmacniaczy ze sceny – był żywym dowodem na to, dlaczego “trve metalowcy” (lol) mają spory problem z tym zespołem. Na tym etapie to niemal indie rockowa kapela z blackowymi wokalami – do tego wykonywanymi bardzo niedoskonale. Ale nie zabrakło magicznych momentów – takich jak wykonanie “Sunbather”, “Dream House”, czy mojego ulubionego utworu z ostatniej płyty, rewelacyjnego “Honeycomb”. Uroczo było również patrzeć na grzeczny mosh pit indie młodzieży – diametralnie różny widok od ponurego i agresywnego headbangingu z koncertu Demilich/Spectral Voice (oba sposoby “tańca” wspaniałe, wiadomo). Profesjonalnie, miło i ładnie – tak podsumowałbym występ Deafheaven. Mimo że George Clark nie do końca wyrabiał wokalnie, to robił wszystko, co powinien robić dobry frontman: intensywnie patrzył w oczy publiczności, biegał i skakał po scenie i lekko teatralną osobowością stanowił przyjemny kontrast dla np. Kerry”ego McCoya, który wyglądał i zachowywał się jak zagubiony członek zespołu Weezer. Za to grał fajne sola i chyba o to głównie chodzi.


Na koniec kucowa polecanka płytowa, tym razem z najbardziej serowej kategorii, czyli znowu jesteśmy pośród szczęku zbroi power metalu. Amerykanie z Judicator wydali w tym roku swój czwarty album, “The Last Emperor”, i nie wiem, czy przypadkiem nie jest to pozycja lepsza, niż Visigoth, którego polecałem ostatnio. Judicator brzmi obecnie jak thrashowa wersja Blind Guardian – zresztą Hansi Kürsch z BG śpiewa gościnnie w jednym z numerów. Bardzo dobrze, że zespół porzucił progowe aspiracje z poprzedniego albumu i skupił się na konkretnych, bardzo melodyjnych kompozycjach. “The Last Emperor” leci na złamanie karku, serwując hook za hookiem. Jedynym problemem przy albumie jest dla mnie jego koncept, gloryfikujący pierwszą wyprawę krzyżową. Ale kto wie, może przaśny power metal nieświadomie i doskonale obnaża naiwność i groteskowość chrześcijańskiego imperializmu. Tak czy owak: “The Last Emperor” nie schodzi z mojej playlisty już od jakiegoś czasu i przewiduję, że to będzie jedno z najlepszych power metalowych wydawnictw tego roku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.