Ukryty kuc #1

Cześć, jestem Paweł. Jako publicysta muzyczny działam w różnych miejscach już wiele lat, możecie też kojarzyć, że robię muzykę pod pseudonimem Naphta. Ale muszę się wam z czegoś zwierzyć. Uwielbiam sporo serowej muzyki – a to kapkę power metalu, a to ciupkę kreskówkowego black thrashu, a i progmetalem nie pogardzę. Można powiedzieć, że bywam ukrytym kucem. W tej rubryce znajdziecie polecanki metalowe, które raczej nie wychodzą poza obieg właściwy dla tych gatunków. Nie wszystkie ociekają goudą, niektóre nawet zahaczają o coś, co miałoby potencjał na crossover do niemetalowej publiczności.

Pierwszy odcinek sięga nawet do początku tego roku, ale hej – trzeba głosić dobrą nowinę o świetnych piosenkach o rycerzach!


VisigothConqueror’s Oath

Kocham Iron Maiden od jakichś 17 lat. Członkowie Visigoth tę miłość podzielają, co mocno słychać na ich drugim albumie, wydanym na początku roku przez Metal Blade. Zaczynamy od “Steel And Silver” i jeśli power metalowe zespoły robią coś dobrze, to z pewnością jest to otwieranie płyty (np. “Awakening” na ostatnim albumie Unleash The Archers). Waleczne riffy, kapitalne melodie, trochę bardziej oszczędna perkusja (przesuwająca zespół bardziej w stronę NWOBHM niż power metalu)  i świetny głos Jake’a Rogersa składają się na piękny zestaw. W skali serowej: wyborna gorgonzola.


GaereaUnsettling Whispers

Portugalczycy z Gaerei nie odkrywają nowych lądów dla black metalu, ale słucha się ich wyśmienicie. “Unsettling Whispers” ma sporą dawkę przeżywactwa i niezręcznych tekstów (“just for once/try to be free” – damn, Corey Taylor dzwonił i Slipknot potrzebuje tego na nową płytę), ale świetne tekstury, dobre melodie i solidne brzmienie pchają ten wózek naprzód. Lubię, kiedy black jednostajnie bije mnie w twarz (o czym poniżej), ale jeszcze bardziej lubię, kiedy zabawa tempem podkręca atmosferę – a na “Unsettling Whispers” znajdziemy sporo takich rytmicznych figli. Poza tym to bardzo EMOcjonalna muzyka, ostrzegam.


Rebel WizardVoluptuous Worship of Rapture And Response

Thrashowe bębny? Tak. Wokal nagrany przez słuchawki, niczym za czasów starego Varga? Obecny. Pełny ser rodem z NWOBHM na gitarach? Mamy to! Rebel Wizard uzależnia tą mieszanką epickich solówek i harmonii na podwójnych gitarach, prostackiego naparzania w bębny i wokali z piwnicy obok, puszczonych przez radio sprzed 40 lat. Poza tym to świetne piosenki, poprzetykane blackową ścianą dźwięku. Znajdziemy tu utwory zatytułowane tak wspaniale, jak: “Healing the chakras with heavy negative wizard metal”. Nie mam pytań. Parafrazując mojego człowieka Poncjusza Piłata: “nie znajduję winy w tym czarodzieju”.


ImmortalNorthern Chaos Gods

Ach Immortal, odwieczny łącznik między glorią tradycyjnego heavy metalu, a bezwzględnością norweskiego blacku. W składzie nie ma już Abbatha, który zaczął karierę solową (jego album jest… ok, powiedzmy?), za to Demonaz chwycił za mikrofon i kanalizuje wewnętrznego Quorthona. Zresztą wczesnego Bathory na “Northern Chaos Gods” jest aż nadto i widzę w tym tylko pozytywne strony. To epicki i bezwzględny album, nie pozbawiony hitów – utwór tytułowy, “Grim And Dark”, czy “Into Battle Ride” zostają w głowie na długo. Melodyjne riffy, okrutna perkusja, duch Quorthona – nie wiem, czego chcieć więcej od klasycznego blacku.


Mongrel’s CrossPsalter of the Royal Dragon Court

Skeletonwitch nagle staje się atmosferycznym zespołem (i nagrywa naprawdę dobrą płytę), a ja łaknę black thrashu. Wkracza Mongrel’s Cross. Zespół jest oszczędny w wydawnictwach – mają na koncie tylko debiut sprzed 6 lat i “Psalter of the Royal Dragon Court” (wspaniały tytuł, swoją drogą). Jest coś wyjątkowego w metalu z Australii – zresztą Mongrel’s Cross leży niedaleko od swoich zasłużonych krajanów z Deströyer 666. A co na płycie? Przyjemniackie, gitarowe melodie, nieludzkie darcie ryja i bębny krążące wokół prostoty thrashu i maszynowych blastów. Tylko tyle i aż tyle. Zablaczony thrash jest już w pełni ukształtowanym gatunkiem, a “Psalter of the Royal Dragon Court” należy do jego najbardziej udanych realizacji w ostatnim czasie.


UrfaustThe Constellatory Practice

Mój ulubiony duet holenderskich alkomuzyków (Urfaust swoje płyty nagrywają w bunkrze pod ziemią, kompletnie pijani i na okoliczność koncertów uczą się własnych kawałków, bo ich nie pamietają) powraca z zamknięciem swojej transcendentalnej trylogii. To nie jest ser, to nie są śmiechy-chichy. Urfaust nagrywa jedne z najlepszych metalowych płyt w ostatnich latach. To medytacyjna, ciężka i magiczna muzyka, skupiona na mantrycznych riffach, podniosłych wokalach i mozolnej perkusji. “The Consteallatory Practice” doprowadza formułę Urfaust do kosmicznej perfekcji – to nie tylko jedno z lepszych wydawnictw metalowych w tym roku, wielkość tego krążka wykracza daleko poza metal.


PanopticonThe Scars of Man on the Once Nameless Wilderness I

Dwuczęściowy album, którego drugi rozdział skupia się na americanie i folku – raczej dla fanów. Natomiast część pierwsza jest absolutnie wciągająca, z folkowym podbrzuszem, ale zarysowanym bardzo lekką kreską. Panopticon tworzy swój związany z naturą black metal już wiele lat i “The Scars of Man on the Once Nameless Wilderness” w jakimś sensie podsumowuje tę drogę. Myślę, że to świetna decyzja, żeby rozdzielić część folkową od tej blackowej – delikatniejsze kompozycje dostają przestrzeń do oddechu, mocarny (choć w jakimś sensie romantyczny) black metal może się wyszaleć. Gitary jak zawsze imponujące, produkcja odpowiednio rozmyta. Myślę, że to bardzo odpowiednia platforma dla ekologicznego przekazu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.