Szmery trzóstek #3: Są na świecie młodzi tetrycy

Tekst ukazał się w dziewiętnastym numerze Noise Magazine.


Niedawno skończyłem 30 lat. Czy powinienem się martwić? Oczywiście, że nie. Czy się martwię? I to jak.

Ten w teorii irracjonalny lęk ma swoje podstawy. Muzyki słucham “niemal od zawsze”, ale tak na poważnie gdzieś od 15 lat. Internet sprawił, że właściwie od ręki miałem dostęp do wszystkich nagrań, które chciałem poznać. Nawet jeśli pokochałem jakąś płytę, to nie słuchałem jej na okrągło miesiącami; w tym czasie poznawałem dziesiątki, w złotych czasach nawet setki, kolejnych wydawnictw. W podobnej sytuacji znalazła się całkiem spora grupa innych zajawkowiczów. Wydawać by się mogło, że są to wymarzone realia, gdzie każdy dzień jest gwarantem nowych przeżyć i emocji. Gdzieś w tym wszystkim przegapiliśmy jedno – że można mieć za dużo. I w pewnym momencie lekkie zmęczenie jest w stanie przerodzić się w malkontenctwo. To dziwna sytuacja, gdy 26-letni znajomy z miesiąca na miesiąc traci zainteresowanie nowościami albo – co gorsza – przestaje je ogarniać. Czasami do tego stopnia, że zaczyna tyrady o poziomie współczesnej muzyki, rzecz jasna rzucając przykładami “jak to kiedyś było”. Proces dorastania/starzenia się przebiega wtedy znacznie szybciej – zblazowanie odbiera chęć poznawania nowego. Pół biedy, jeśli przestajemy się poruszać; prawdziwy dramat jest wówczas, kiedy nieznajomą nam przeszłość wrzucamy na piedestał. A z obiegu bardzo jest łatwo wypaść. Może być i tak, że półroczna absencja i raptowny powrót sprawią, że poczujemy się jak nasi rodzice, którzy wtem po latach (i po nagłym olśnieniu) chcą przekonać się “co tam u młodych”. Skutki najczęściej są opłakane.

Choć jestem tego wszystkiego świadomy, to pewne rzeczy i tak dzieją się mimowolnie. Cóż z tego, że nie muszę używać słownika, aby rozmawiać z osobami przed dwudziestym rokiem życia, skoro i tak mój mózg potrzebuje z dwie sekundy więcej, aby przetrawić niektóre terminy, przez co siłą rzeczy dialog przestaje być płynny. Dochodzę więc do wniosku, że pewne zjawiska są nieuniknione, ale to od nas zależy, w jaki sposób będziemy sobie z nimi radzić.

Myślę, że moim wypadku przypadku spore znaczenie ma brak zażyłych relacji z fizycznym nośnikiem. Nie chciałbym zostać źle zrozumiany – aktualnie prowadzę netlabel nie ze względów, hm, ideologicznych, a prędzej logistycznych. Nie zmienia to faktu, iż kaseta/płyta/winyl mogłyby dla mnie nie istnieć. Jasne, lekko prowokuję (bo czemuż by nie), natomiast lata obserwacji jeszcze bardziej umocniły mnie w przekonaniu, jak małe znaczenie ma nośnik. Ponieważ pierwszym krokiem w stronę tetryczenia jest egzaltacja *okoliczności”: wszystkich tych wydarzeń odbywających się w tle, wpływających – owszem – na efekt końcowy (tj. muzykę), niemniej w ostatecznych rozrachunku będących jedynie (bądź aż) czymś przy okazji. To ten moment, gdy sama muzyka zaczyna być jedynie załącznikiem naszych przeżyć – bo przecież ważniejsze staje się to, w jakiej formie trafia do słuchaczy. Zapewne kojarzycie akcje promocyjne związane z czytaniem książek, gdy zawsze, ale to zawsze, pojawi a się ktoś, kto śmiertelnie poważnym tonem oznajmia, jak wielkie znaczenie ma dotyk papieru i poświęca tym rozważaniom 90% swojej wypowiedzi. Jest to ciężkie do zniesienia. Podobnie słabo odczuwam recenzje albumów, które w połowie wypełnione są deliberacją nt jakości wkładki. Zabrzmię trywialnie: liczy się zawartość, reszta jest (to fakt) przyjemną ornamentyką.

Poświęcanie uwagi formie, nie zaś treści, kojarzy mi się z rezygnacją. Symptomem zniechęcenia mogą być również komunikaty w stylu: “powinniśmy mocniej przeżywać słuchanie”. A to de facto jest ściśle powiązane z brakiem chęci kosztowania nowych wydawnictw. Nie jest żadną tajemnicą, że co miesiąc, także w wakacje, wychodzi kilka(dziesiąt) co najmniej dobrych płyt i, owszem, trzeba poświęcić sporo czasu, żeby być na bieżąco. Młodość ma to do siebie, że ten czas zawsze się znajdzie, nawet jeśli już są zobowiązania, od których nie ma odwrotu. Zerwane noce są normalnością; czymś tak naturalnym jak mycie zębów rano i wieczorem. Być może tym razem to ja przesadzam, lecz niezwykle jest mi trudno zlokalizować coś lepszego, aniżeli ten niezwykły pociąg do poznawania nowego. Nieustanne trzymanie reki na pulsie przy jednoczesnej “kontroli” klasycznych dźwięków to coś absolutnie wyjątkowego; coś, czego nie można stracić – mówimy o ogniu w oczach oraz entuzjazmie niemożliwym do poskromienia.

Zatem tak, martwię się. Trójka z przodu nieprzypadkowo nawiązuje do pewnej stacji radiowej, gdzie przykładem najświeższych dźwięków są dokonania artystów, którzy zatrzymali się – w najlepszym razie – na latach zerowych. Można przyjąć, że pewne rzeczy dzieją się naturalnie i są nieuniknione, więc powinniśmy zaakceptować upływający czas oraz zmiany w naszym podejściu. Niewątpliwie tak byłoby najlepiej, ale już teraz wiem, że jeśli w pełni przerzucę się na blues, to wyjadę w Bieszczady i zaszyję się w jakiejś chatce. Byle tylko nie męczyć młodych.

5 Replies to “Szmery trzóstek #3: Są na świecie młodzi tetrycy

  1. Komentarz jak wyżej może pochodzić jedynie od kogoś, kto jeszcze magicznego wieku nie przekroczył. Ja też się obawiam; życie nie chce być łatwiejsze z wiekiem, a czasu jakby mniej. Zupełnie inaczej jest zaspać na zajęcia niż zaspać do roboty. A przy tym chciałoby się też ogarniać inne wytwory kultury. Kiedyś myślałam, że z muzyki się wyrasta, ale nawet mimo okresu “obrażenia się”, mój entuzjazm nigdy nie zniknął. Czynny angaż w tym pomaga, ale zdarzają się dni, w które się zastanawiam “jak długo jeszcze”. I ciągle jeszcze mam nadzieję, że długo.

      1. Równie merytoryczne co Twój wyczerpujący tekst na temat tego że skończyłeś 30 lat obawiam się! Mógłbyś się zastanowić co publikujesz i w jakim celu bo pogłębiane stereotypu 30-letniego starca jest po prostu społecznie szkodliwe i niczemu nie służy.

        1. obawiam, ze w ogóle nie czytałeś tego tekstu, skoro wyciągasz takie bzdurne wnioski. Skoro to za trudne, to może powiem Ci w skrócie: tekst jest o tym, że “starość” nie musi mieć wcale związku z tym, ile mamy lat. Co nie zmienia faktu, że w raz z upływem czasu zachodzą w nas pewne zmiany, przed którymi jako tako można się bronić. I na pewno nie zmieni to Twoja taktyka na zasadzie zakrywania uszów i mówienia “nie słyszę, nie słyszę!”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.