Szmery trzóstek #2: emo noise

Tekst ukazał się w piętnastym (04/17) numerze Noise Magazine.


Czasami zajmuję się rzeczami, które nie istnieją. Dokładniej mówiąc: nie istnieją oficjalnie. Za bardzo się tym nie przejmuję i dla własnej wygody tworze nowe pojęcia, a ich definicje są na tyle płynne, że aż niemożliwe do jednoznacznego określenia. A wszystko to w myśl zasady, że w muzyce odczucia stoją minimalnie wyżej aniżeli np. twarde dowody i jasno określone reguły gry. W konsekwencji słucham wytworu mojej wyobraźni, czyli emocjonalnego noise’u – muzyki wiążącej się z prawdziwym noise’em w zaledwie paru punktach, której objętość jest na tyle spora, że może pomieścić nagrania z mocno różniących się od siebie bajek. Wybrałem osiem moich ulubionych wydawnictw.


Yellow SwansGoing Places

Flagowym przedstawicielem tego wyimaginowanego genre, mogącym swoją drogą nakreślić z grubsza ramy “zjawiska”, jest wydane w 2006 roku “Going Places” niefunkcjonującego już duetu Yellow Swans.  To album wprowadzający szum w inny wymiar: nadający mu nie tylko drone-ambientalną formułę, lecz przeistaczający agresywne atrybuty noise’u w ciepłe, rozedrgane dźwięki. W dalszym ciągu to magma kalecząca słuch, podszyta niepokojem, niepewnością, apokaliptycznymi wizjami, ale jednocześnie posiadająca właściwości balsamiczne, przedziwne oniryczne molekuły. Ponadczasowy materiał.


The Angelic ProcessWeighing Souls with Sand

Na podobnej płaszczyźnie, choć korzystając z innych środków wyrazów, działa mechanizm powstałej rok później płyty “Weighing Souls with Sand” – także już nieistniejącego – duetu The Angelic Process. Bazujące na drone-metalowych falach dzieło rezonuje gęstym, wszechogarniającym, pięknym szumem i – podobnie jak “Going Places” skrywa w sobie niemałe pokłady shoegaze’u, romantyczno-marzycielskie projekcje, siejące emocjonalne spustoszenie, czy, jak to woli, oczyszczenie. Raz po raz wybuchający noise ma tutaj niezwykle łagodną konsystencję, jednak tylko pozornie. W pewnym momencie zostajemy wyizolowani z otoczenia. Jest tylko słuchacz i “Weighing Souls with Sand”.


Birchville Cat MotelOur Love Will Destroy the World

Z nieco innej gliny ulepiony jest materiał “Our Love Will Destroy the World” (2006) Birchville Cat Motel, za którym skrywa się działający w pojedynkę Campbell Kneale. Tło wydarzeń tego longplaya ma swoje źródło w noise rocku – i to właśnie owładnięte noise rockiem linie nacierają na drone’owe pasaże. Zamiast poharatanych płatów, Kneale oferuje muzykę nad wyraz intensywną, zapierającą dech w piersi, wstrząsającą, wybitnie angażującą i sensytywną, chociaż nie lamentującą. Znacznie więcej jest tutaj kontrolowanej, zdrowej agresji.


Jason CrumerOttoman Black

Blisko “klasycznego” noise’u (zawadzającego nawet o harsh) jest za to “Ottoman Black” (2008) Jasona Crumera. Ten materiał przedstawia emo od strony destrukcyjnej i dezintegrującej. Klaustrofobiczne oblicze “Ottoman Black” poraża i przeraża. Crumer wstrząsająco celnie bawi się naszą wrażliwością, żonglując smolistym ambientem i widmowymi drone’ami, sprawiając, że przez całą sesję czujemy się osaczeni. Owszem, mało w tym melancholii, ale na tym polega ta zabawa: na bolesnym otwieraniu ran, prowokowaniu, odnajdywaniu w sobie najmroczniejszych zakamarków.


PitaGet Out

Cofnijmy się o dekadę. W 1999 roku Peter Rehberg, znany również jako Pita, zaprezentował światu “Get Out” – wydawnictwo znajdujące nić porozumienia pomiędzy noise’em a glitchem. Współpraca ta na “Get Out” przebiega wręcz wzorowo: zaszumione nawałnice przylepiają się do wzruszających, glitchowych melodii. W efekcie szum przeradza się w osobliwie przyjazny organizm – dalej trochę drapiący, ale w gruncie rzeczy utytłany kołyszącymi harmoniami. Zdecydowanie można się przy tym rozkleić.


Fis From Patterns to Details

Przeskoczmy na chwilę do 2016. Dwa lata temu najwięcej czasu spędziłem z twórczością Fisa (czyli Olivera Perymana). “From Patterns to Details” to krążek nadający hałasowi fluktuacyjny charakter, inkrustujący go za pomocą post-industrialu, a nawet niewyraźnych wiązek IDMu. Fis działa w labelu Subtext, specjalizującym się w potężnie brzmiącej muzyce tła. Nie inaczej jest z “From Patterns to Details”, długograju napęczniałym od emocjonalnych wybuchów, a z drugiej strony nie stroniącym od kontemplacyjnych wkrętów. Peryman udowadnia, że odpowiednio poprowadzony noise może subtelnie działać na zmysły, dając przy tym ogromną przestrzeń do własnych interpretacji.     


Tim HeckerAn Imaginary Country

Sonicznym rwetesem od przeszło dwóch dekad zajmuje się Kanadyjczyk Tim Hecker, którego dyskografia pęcznieje od dzieł doskonałych. Hecker jest ekspertem od tęsknych i ogłuszających tekstur. Dla mnie najbliżej noise’owego soundu znajduje się “An Imaginary Country” z 2009 – album silnie wzruszający, ustalający nową jakość w środowisku zdrone’owanego ambientu. Także uzmysławiający, jak cudownie nasz organizm może odbierać świdrujące, dudniące dźwięki, kiedy są odpowiednie zlepione oraz ze sobą skorelowane. Właściwie jest to jazgot tak tkliwy, że aż zaczynamy zastanawiać się, czy na pewno powstał na naszej planecie. Do tej pory nie potrafię odnaleźć odpowiedzi.


BelongOctober Language

Jeśli komuś mało, powinien sięgnąć po wydany w 2006 “October Language” Belong. W tym wypadku mamy do czynienia z noise’em silnie zabarwionym shoegaze’em. Duo Dietrich & Jones w pewnym sensie przeprowadza wiwisekcję na naszym sercu, skrupulatnie oraz intensywnie zarzucając rozpoetyzowanymi, sennymi, halucynogennymi mirażami. Nim się obejrzymy, wpadamy w bezwład. Gdzieniegdzie wkrada się naddatek cukru, ale malownicza muzyka ma to do siebie, że zawsze skrywa w sobie szczeliny, zatem na pewne szczegóły warto przymknąć oko.

Zaprezentowany zestaw warto dozować w niedużych dawkach i sporych czasowych odstępach. Każda z tych pozycji niezwykle mocno angażuje emocjonalnie – po każdym skończonym seansie dobrze zafundować sobie chwilę odpoczynku. Warto jednak się zapomnieć i przeżyć coś, co w głównej mierze działa na podświadomość. Działa, co trzeba podkreślić, w sposób niekonwencjonalny, wysyłając teoretycznie sprzeczne sygnały, bo mezalians przeszywającego skórę zgiełku z romantycznymi uniesieniami jest dosyć osobliwy. Ale bez ryzyka nigdy nie uda się przekroczyć pewnych granic. A gdy już się uda – satysfakcja gwarantowana.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.