Przegląd płyt #4/18 (m.in. Tumor, Low, Amnesia Scanner, Idles, Brockhampton)

Skala ocen:

💥💥💥💥💥 – fantastyczne

💥💥💥💥 – bardzo dobre

💥💥💥 – niezłe

💥💥 – przeciętne

💥 – słabizna


Yves Tumor Safe in the Hands of Love (Warp)

Pierwszy album Tumora, o którym mogę mówić w samych superlatywach. “Safe in the Hands of Love” wpuszcza do post-industrialnego światka sporo popowej psychodelii i upalone, zaćmione r&b. Koniec końców w futurystycznej wizji Yvesa jest od groma gloryfikacji przeszłości, co dodatkowo elegancko podkreśla moc tego materiału wypełnionego świetnymi, przejmującymi *piosenkami*.

💥💥💥💥


Laurel HaloRaw Silk Uncut Wood (Latency)

Moja kolejna próba polubienia twórczości Halo zakończyła się tak samo: bez szału. Tym razem Laurel eksploruje elektroakustyczny świat ambientu. “Na papierze” jest w porządku, ale w praktyce całość mocno się wlecze.

💥💥 1/2


ThouMagus (Sacred Bones)

Odnoszę wrażenie, że Thou mają zbyt duże mniemanie o sobie – i właśnie przez to nie potrafią od początku do końca nagrać świetnej płyty. W sensie: niezaprzeczalnie Amerykanie znają się na melancholijnym doom/sludge metalu, ale końcowe wrażenie psują brakiem pewnego wyczucia, wydłużaniem w nieskończoność każdego interesującego motywu, który w ostatecznym rozrachunku traci sporo swoich atutów. Po dwóch odsłuchach nie mam już wielkiej ochoty wracać do “Magus”.

💥💥 1/2


Iglooghost Steel Mogu & Clear Tamei

Malliagh polubił post-club, a efekt jest taki, że nie ma co zbierać. Zbzikowane, totalnie szalone, ultrataneczne wonky z pewną dozą drogiego sentymentalizmu.

💥💥💥💥


Idles Joy as an Act of Resistance. (Partisan)

Ubiegłoroczny album zmęczył mnie nieco monotonnym tempem. “Joy as…” ma znacznie więcej barw i – nie ma co kryć – więcej dobrych piosenek, nawet jeśli pod koniec styl Idles zaczyna się minimalnie zużywać. Post-pancury.

💥💥💥 1/2


Brockhamptoniridescence (Question Everything)

Bezszelestność “iridescence” sprawiła, że zacząłem się zastanawiać, czy nie przegiąłem rok temu w zachwytach nad Brockhampton. Ale hej – trzy świetne albumy (w tym jeden niemal wybitny) w przeciągu dwunastu miesięcy? Przecież tego nie dało się zignorować. Od tamtej pory jednak trochę się zmieniło; oczywiście piję do afery z Ameerem, który okazał się stuprocentowym dzbanem. Po tym wszystkim do Brockhampton zacząłem podchodzić może nie chłodno, ale na pewno z minimalnym dystansem. Na dodatek samo “iridescence” nie poprawia tej sytuacji. To materiał bezpieczny, fragmentarycznie nawet nudnawy, z zaledwie kilkoma (mocnymi) przebłyskami. Nie chcę mi się wierzyć, że formuła boysbandowego hiphopu tak szybko się wyczerpała. Odpowiedzialność za ten stan rzeczy zrzucam na art popowe ciągoty chłopaków, które do tej pory perfekcyjnie współgrały z zaczepnymi bitami – dzięki temu nie przekraczano umownej granicy ckliwości. Teraz nikt specjalnie nad tym nie panuje i ‘klasyczna’ brockhamptonowa dobroć w wielu miejscach, niestety, się rozmywa.

💥💥💥


LowDouble Negative (Sub Pop)

Zapomnijcie o bezstronności – artyści, którzy po paru dekadach na scenie dalej chcą być ‘tu i teraz’ zyskują u mnie kilka dodatkowych punktów. Czasami przymykam oko na efekt końcowy, skupiam się na chęciach i postawie. Z nowym albumem Low jest tak, że nie muszę kombinować: “Double Negative” jest świetne w każdym calu. Szczególnie wtedy, gdy na nowo interpretuje slowcore, nadając tej estetyce ambientowo-industrialny powab z jeszcze trwającą datą ważności. Hipnotyzujący i poruszający materiał.

💥💥💥💥


Amnesia Scanner Another Life (PAN)

“Another Life” miało mnie porozrzucać po ścianach. I rzeczywiście, pojawiło się kilka siniaków, ale w ostatecznym rozrachunku jest pewien niedosyt. Generalnie Amnesia Scanner nadal brzmią świeżo, natomiast “problem” polega na tym, że na longplayu jest znacznie bezpieczniej niż na epkach i w niektórych fragmentach czułem się tak, jak na odsłuchu nieistniejącego materiału Crystal Castles (trochę komplement, a trochę nie). Synth punkowy sznyt w tym (post) industrialnym i clubowym otoczeniu po kwadransie traci niektóre swojej atuty. W kontekście wypłynięcia na szersze wody taki manewr to dobry pomysł; w kontekście stworzenia ponadczasowego materiału już nie do końca.

💥💥💥 1/


Mitski Be the Cowboy (Dead Oceans)

Jeśli mam słuchać art popu, to chyba tylko takiego – zdecydowanie zanurzonego w najntisowym indie rocku. Bardzo podoba mi się, że Mitski stawia na proste rozwiązania, nawet jeśli korzysta ze złożonych środków wyrazu. Aha, i przekłada melodie nad kompozycyjny anturaż, w przeciwieństwie do np. ostatnich dokonań PJ Harvey. Dwa tricki prowadzące do 14 świetnych piosenek (no dobra, powiedzmy, że do 11, może do 12).

💥💥💥💥

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.