Muzyka do puszczania w H&M? Niekoniecznie (przegląd płyt #1/18)

Skala ocen:

💥💥💥💥💥 – fantastyczne

💥💥💥💥 – bardzo dobre

💥💥💥 – niezłe

💥💥 – przeciętne

💥 – słabizna


Przepadam za spokojna, miłą i bezkonfliktową atmosferą, ale jednocześnie lubię, gdy coś się dzieje. Wraz z premierami “Singularity” Jona Hopkinsa i “knock knock” DJa Koze – oprócz zaklepanych/oklepanych pozytywnych recenzji – pojawiły się również pewne pojękiwania, że to nic więcej jak muzyka z H&M. Już po ocenach można zauważyć, że zgadzam się z tym połowicznie. “knock knock” rzeczywiście jest nudnawe, usilnie relaksujące, wpuszczające house w maliny (tj. lepkie downtempo). Czyli w sam raz, żeby kupić sobie koszulkę. I nie dziwię się, że występuje tam gościnnie Bon Iver – bo to właśnie artysta, który kojarzy mi się z klasyczną dźwiękową średniawką, gdzie niby wszystko gra, jest właściwie ułożone, opakowane, tylko że na podłożu emocjonalnym nic a nic nie czuję. Z Hopkinsem jest inna historia. “Singularity”, nawet jeśli buszuje po bezpiecznych, wygładzonych fakturach IDMu, zostawia po sobie jakiś ślad. Zresztą pierwsza część albumu jest naprawdę zgrabnie taneczna i do tego otulona jakże przyjemnym ciepłem (pierwsze cztery numery). Następnie całość zwalnia, robi się ckliwie i osobiście nie mam za bardzo ochoty do tego już wracać. Zgadzam się, że to fajna muzyka festiwalowa, natomiast nic więcej (szkoooda).

DJ Kozeknock knock (Pampa)

💥 💥 1/2

Jon HopkinsSingularity (Domino)

💥💥💥


Na festiwalu – oprócz sprawdzonych i niegroźnych wrażeń – musi być też coś, co wstrząśnie nami przynajmniej na kilka dni. Tym samym nie twierdzę, że Tropical Fuck Storm jest czymś takim, lecz jeśli dalej będą nagrywać takie płyciwa jak “A Laughing Death in Meatspace” – czemu nie? Ok, tak po prawdzie mamy tutaj do czynienia z nową wariacją projektu The Drones, parającego się punk bluesem, noise/garage rockiem. Początkowo miałem problem z tym, żeby użyć sformułowania “nowa wariacja”, bo ciężko było znaleźć elementy, które by odróżniały te dwie grupy. Czym dalej w las, tym więcej pojawiało się różnic; przede wszystkim Tropical Fuck Storm więcej kombinują, czasami wręcz całkowicie porzucają melodie na rzecz psychodelii. W jednej i drugiej roli Australijczycy czują się bardzo dobrze, a ja, jako słuchacz, mam podobnie. Hmm, Iceage, może tak powinniście grać?

Tropical Fuck StormA Laughing Death in Meatspace (Mistletone)

💥💥💥 1/2


Już nie wiem co zrobić z tym The Garden. Single – bardzo spoko. Cała płyta – przejaskrawiona jak Mr. Bungle. Przyznaję, że 10 lat temu pokroiłbym się za Mr. Bungle i to nie tak, że teraz się z tego wstydzę. Po prostu od tego czasu sporo się zmieniło i widzę więcej wad awangardowo-satyrycznego rocka aniżeli zalet, szczególnie w przypadku projektów, które takim graniem się inspirowały. Pomysł braci Shears jest taki, aby z post-punkiem skorelować rap. Interesujące, nie powiem. The Garden nie poruszają się po tym terenie jak słoń w składzie porcelany, ALE są tutaj zauważalne problemy z powiedzeniem sobie stop. Ot, na ogół udane żarty są udane, ponieważ są dobrze wyważone – a na “Mirror Might Steal Your Charm” nie zawsze tak jest.

The Garden Mirror Might Steal Your Charm (Epitaph)

💥💥💥


Wracając do skromnego malkontenctwa: nigdy nie ruszało mnie Sleep, i nie rusza mnie nadal (tak, dobrze kombinujecie – powrót po latach również przyjąłem bez fajerwerków). To znaczy: “The Sciences” nie muszę słuchać za karę, może nawet kiedyś jeszcze sobie posłucham, np. przy lepieniu pierogów. Tylko tyle mogę z siebie wykrzesać. Cóż z tego, że ten doom-stonerowy podkład (liczba pojedyncza) ma flow, skoro po 10 minutach wypadałoby wprowadzić – niech już nawet będą kosmetyczne – zmiany. A tak w kółko to samo, w kółko to samo (nie mylić z repetycją), plus mówiony wokal, na który reaguje zobojętnieniem. It’s not my cup of tea.

Sleep The Sciences (Third Man)

💥💥 1/2


Podobne relacje jak ze Sleep do 2012 łączyły mnie z Beach House. Wówczas wyszło “Bloom”, polubiliśmy się, ponownie polubiliśmy się trzy lata później przy okazji “Depression Cherry”. A teraz? Teraz to coś więcej niż przyjaźń. “7” jest wyśmienita. Żeby było wszystko jasne – ta wyśmienitość nie ma nic wspólnego z innowacyjnością. Beach House streszczają historię dream popu i shoegaze’u. I jest to streszczenie wyjątkowej klasy, lecz nie są to encyklopedyczne piosenki, którym z zasady brakuje pewnej autentyczności. Przeciwnie. Akurat w tej stylistyce, pełnej emocjonalnych uniesień i skrajnych stanów, prawda jest niezwykle przydatna (nieobowiązkowa, rzecz jasna). I ja im wierzę. A jeśli mnie oszukali, to cóż – chapeau bas. Piękne, zajmujące piosenki.

Beach House 7 (Sub Pop)

💥💥💥💥

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.