Przegląd: 1001 najważniejszych utworów XX wieku #13

Chciałbym zaprezentować – w miarę chronologicznie – 1001 najważniejszych momentów muzycznych XX wieku. Wieku w którym utworzyła się muzyka rozrywkowa i przy okazji praktycznie zakończył się cały cykl jej rozwoju. Od przeistoczenia romantyzmu w modernizm, przejście ragtime’ów w spiritual jazz, kroczenie rhythm and bluesa poprzez soul do hip-hopu, wpływ Bitelsów na pokolenie teledysków na Vivie, coraz to bardziej ekstremalne gatunki powstałe z krautrocka, aż po bliskość post-punku z disco. Droga od “Salome” Straussa do “Kid A” Radiohead. Droga wyboista, rozpoczęta i zakończona dwoma trzęsieniami Ziemi, ale paradoksalnie przyjemna i ciekawa. Co tydzień pojawi się tu parę odcinków. Spoilery tej historii można odszukać na moim blogu.


Buddy BoldenBuddy Bolden’s Blues
Rok powstania: 1900

Jeśli jazz w ogóle zaczął się od jakiejś konkretnej indywidualności to był nią Buddy Bolden. Niesamowicie ciekawa osoba znana w całym Nowym Orleanie przed 1900 rokiem; później niestety zapomniana. Buddy Bolden jest klasycznym przykładem na to, że niektóre odłamy muzyki umierają ze względu na przesyt współczesnego materiału. Legenda głosiła, że swój kornet (najpopularniejszy instrument swoich czasów) znalazł na ulicy. Podobno, gdy grał, słyszano go w całym Nowym Orleanie, a siła płuc była tak wielka, że wiele osób pamiętających też Armstronga uważa, że dopiero, gdy Louis nastawił głośniki i mikrofon na pełny regulator, mógł być równie głośny. Na Mardi Gras co roku był największą gwiazdą imprezy. Wojna spowodowała, że wszyscy o nim zapomnieli, a sam trafił do szpitala psychiatrycznego popadając na schizofrenię. W jacksońskim zakładzie dokumentów widnieje o nim informacja o koszcie pogrzebu wartym pięć dolców. W papierach nie było nawet wzmianki o tym, że Bolden był wielką gwiazdą jazzu. Wieść o Buddym Boldenie umarła jeszcze za jego życia.


Bessie SmithDown Hearted Blues
Rok powstania: 1923

Bessie -> Billy Holiday -> Ella Fitzgerald

Tak mniej więcej wygląda ścieżka rozwoju śpiewaczek jazzowych.

Podczas, gdy Holiday i Fitzgerald słusznie dobiły statusu legend, tak Bessie jest raczej zapomniana. A przecież to osoba, która sprzedała w latach 20-tych tyle płyt, że uchroniło “Columbię” przed bankructwem (10 milionów!). Mawiano o niej, że jak kończyła śpiewać bluesa ludzie wołali głośno “amen!’. Współpracowała z wielkimi: Louisem Armstrongiem, Jamesem Johnsonem czy Chu Berrym. Schyłek kariery nastąpił w drugiej połowie lat dwudziestych, bo pomimo nacisku wytwórni nie czuła nowej muzyki i uznała, że zaczyna być sztuczna. Niespodziewanie zaliczyła upadek z wielkiego konia jako bankrut z dżinem w dłoni. Zginęła w wypadku samochodowym na tyle biednie, że nie postawiono jej nagrobka. Zrobiła to dopiero Patti Smith za 500 dolarów, a na nagrobku jest napisane: “Bessie Smith – największa na świecie śpiewaczka bluesa, która nigdy nie przestanie śpiewać”.


Bix Beiderbecke In a Mist
Rok powstania: 1927

W latach dwudziestych królował wyrośnięty z dixielandu styl Chicago. To drugi zimny styl w muzyce jazzowej. Opiera się też na inspiracji białych ludzi zachwyconych graniem nowoorleańskim, którzy chcieli naśladować swoich czarnych kolegów z Chicago właśnie. Nie udawało się, ale powstało coś całkiem nowego (choć do dzisiaj trwają spory, czy to był w ogóle gatunek z powodu podobieństw). Najwybitniejszym przedstawicielem tego ruchu był Bix Beiderbecke – człowiek stale niezadowolony z siebie i dążący do celów, których nie potrafił osiągnąć. Z powodu kompleksów pił jak oszalały. Jarał się też nowoczesnymi kompozytorami, a powołanie odkrył o dziwo po “Zygfrydzie” przestarzałego już Wagnera przecież. W sumie uznawano go za dziwaka, mimo oczywistych umiejętności. Rzucił szkołę od razu jak nauczył się grać na instrumencie, podobno nie interesowało go absolutnie nic innego. Chyba najważniejszym jego osiągnięciem było wciągnięcie do muzyki jazzowej niemieckiego romantyzmu wraz z jego emocjonalnym światem. Był chyba pierwszym cool jazzowym solistą. W połączeniu ze światem Debussy’ego efektem były kawałki typu “In a Mist”. Jest to ważny moment dla mojej listy. Tutaj łączy się klasyka z jazzem, czyli dwa główne odmiany, które na zmianę omawiam. Bix grał podobno do samej śmierci, chociaż miał chore płuca, a efektem było totalne zatracenie się w szalonym łączeniu dźwięków. Powstał jazz impresjonistyczny, a tu już droga do Milesa Davisa.


Charlie ParkerNight in Tunisia
Rok powstania: 1941

To nie będzie post o Milesie, który był w tym kawałku zaledwie uczniakiem. To będzie post o wielkim Charliem Parkerze. Największym twórcy bebopu, pionierze tego gatunku – razem z Gillespiem. Charlie wyrósł w nieczułej i biednej rodzinie. Musiał zarabiać grając do piątej rano na trąbce w obskurnych tanich klubach. Fascynował się bluesem i w sumie od takiej muzyki zaczynał karierę. Wpłynęło to na jego wyjątkowy sposób grania, który w sumie nikomu się początkowo nie podobał. Dostawało mu się za to w kapeli Counta Basiego. Brak podporządkowania i tak nie zaważył na jego pozostaniu w kapeli. Nie zaważyło również to, że wychodził za każdym razem, gdy go tam krytykowano. Nie znosił stereotypowego grania i harmonii, chciał odkryć coś nowego, miał dość schematów. Dopiero gdy do zupełnego znudzenia grał temat “Cherokee” zauważył, że tworząc linię melodyczną z wyższych interwałów i podkładając pod to zbliżone harmonie, udało mu się zagrać to, co sobie zawsze wymarzył. Odżył i rozpoczął nową drogę tworzenia. Wielkie granie w Minton’s ze swoim kwintetem dały mu popularność niemal równą do Armstronga. Był totalnym improwizatorem, interesowała go jedynie jego linia, nie bał się tego mówić np. Davisowi, który okazał się w tym najlepszy w następnym pokoleniu. Całe życie przytaczał Beethovena, który na łożu śmierci był wściekły za to, że ludzie go nie zrozumieli. Uważał, że on też jest wielkim męczennikiem swoich czasów. Urodził się za wcześnie i przez to nie rozwinął muzyki na tyle, na ile by chciał. Wiązało się z tym dużo patologicznych historii, typu podpalenie swojego pokoju hotelowego i wybiegnięcie z niego nago. W sumie żaden muzyk w historii nie cieszył się większym uznaniem i jednocześnie mniejszym zrozumieniem niż on.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.