Przegląd: 1001 najważniejszych utworów XX wieku #12

Chciałbym zaprezentować – w miarę chronologicznie – 1001 najważniejszych momentów muzycznych XX wieku. Wieku w którym utworzyła się muzyka rozrywkowa i przy okazji praktycznie zakończył się cały cykl jej rozwoju. Od przeistoczenia romantyzmu w modernizm, przejście ragtime’ów w spiritual jazz, kroczenie rhythm and bluesa poprzez soul do hip-hopu, wpływ Bitelsów na pokolenie teledysków na Vivie, coraz to bardziej ekstremalne gatunki powstałe z krautrocka, aż po bliskość post-punku z disco. Droga od “Salome” Straussa do “Kid A” Radiohead. Droga wyboista, rozpoczęta i zakończona dwoma trzęsieniami Ziemi, ale paradoksalnie przyjemna i ciekawa. Co tydzień pojawi się tu parę odcinków. Spoilery tej historii można odszukać na moim blogu.


George GershwinRhasody in Blue
Rok powstania: 1924

Najważniejszą przejściówką pomiędzy muzyką klasyczną początków wieku w Stanach Zjednoczonych a jazzem był George Gershwin. “Rhapsody in Blue” to chyba najpopularniejszy fragment muzyki w latach 20-tych, szczególnie w okolicach Manhattanu, gdzie był ozdobą wielkich imprez dla najbardziej zasłużonych mieszkańców Nowego Jorku. George był “wzorową” gwiazdą tamtych czasów: ułożoną, wygadaną, całkiem ambitną artystycznie, ale umiejącą przy okazji połechtać ucho grubych biznesmenów bardziej swawolną nutką do dziesiątego kieliszka. Gershwin nie lubił specjalnie wydumanych klasyków swoich czasów; ciągnęło go bardziej w stronę wieków minionych, a najlepszym wynalazkiem XX wieku był dla niego jazz. Był amerykańskim Żydem, który chciał grać muzykę czarnych. Widocznie tak najłatwiej było zostać gwiazdą w Stanach Zjednoczonych. “Często zdarza mi się w hałasie słyszeć muzykę” – tak mawiał. Afroamerykanie mieli pretensje do Gershwina i mówili mu: “okej czaisz naszą muzykę, ale dodajesz do tego za dużo białego wyrafinowania”. Biali z kolei mówili, że wyrafinowanie jest okej, ale jakieś to zbytnio przypadkowe. Każdy miał jakieś pretensje, ale każdy bez wyjątku słuchał. Na tym polegał fenomen George’a: łączył wszystko co najlepsze z dwóch przeciwnych kierunków muzycznych.


George GershwinAn American in Paris
Rok powstania: 1928

George Gershwin w ciągu zaledwie kilka lat dostał status najlepszego amerykańskiego kompozytora i jak najszybciej wysłano go do Europy, żeby pokazać, że w Stanach też potrafią pisać wybitną muzykę. Został prawdziwą chlubą wszystkich tradycji muzycznych, które rozwinęły się w Nowym Jorku na początku XX wieku. Podekscytowany podróżą trochę rozczarował się Europą, wobec której użył jednego dobitnego słowa: snobizm. Już od dziecka marzył o wielkim Paryżu, mieście wielkich umysłów, ludzi otwartych na nowe doświadczenia i odkrywających codziennie nowe muzyczne lądy, tymczasem praktycznie już przy wjeździe do miasta dostało mu się za mieszanie powagi z banałem. Gershwin zawitał do Strawińskiego po porady co do swojej muzyki, ale gdy tylko Igor dowiedział się, ile George zarabia w Stanach, to odpowiedział krótko: “w takim razie ja się powinienem uczyć od pana”. Po serii rozczarowań, ale też nowych doświadczeń, postanowił zrealizować po powrocie “Amerykanina w Paryżu”. Rozwinął tu znacznie różnorodność melodyczną względem “Niebieskiej Rapsodii” wracając bardziej do początków wieku i olewając starsze pomysły na splity gatunkowe. Może chciał po prostu zostać wielkim snobem – jak cała reszta.


George GershwinPorgy and Bess
Rok powstania: 1935

George, przyzwyczajony do sukcesów swoich poprzednich dzieł, poszedł za ciosem i postanowił stworzyć ogromną wielką operę jazzową. Ewidentnie upierał się, by zagrali w niej czarnoskórzy, żeby nadać autentyczności całemu przedsięwzięciu. Opera opowiadała o stereotypowej żonie Bess, która dobierała sobie facetów kretynów, podczas gdy mąż Porgy akurat pracował na ich utrzymanie. Seria dramatyczno-komediowych scen wydawała się pewniakiem w kwestii odbioru historii przez samą publiczność. Wielkie dzieło nad którym pracował 18 miesięcy niestety nie zwróciło się, a głównym winowajcą okazała się inscenizacja całego przedsięwzięcia. “‘Porgy i Bess” podzieliła Stany na dwa obozy: ludzi, który byli zachwyceni od pierwszego przesłuchania i ludzi, którzy trzy godziny zastawiali się na siedziskach jakiej konkretnie muzyki słuchają. George pogodził poddaną rygorom zapisu nutowego muzykę europejską z nader różnorodną, improwizowaną twórczością afroamerykańską. Ludzie w Stanach chyba nigdy tego do końca nie rozumieli, Gershwin został zbytnio zaszufladkowany w swoim kraju jako gwiazdę mającą zabawiać ludzi. Nigdy nie pojęli faktu, że łączenie różnych gatunków może być sztuką samą w sobie. Virgil Thomson powiedział: “Gershwin nawet nie wie co to opera, zdołał jednak napisać operę i to pełną życia”‘. “Porgy i Bess” pozostało wielką inspiracją dla przyszłej amerykańskiej muzyki, a wielkim fanem był między innymi Miles Davis, który poświęcił dziełu całą płytę. George zmarł w 1937, a przed śmiercią podobno powiedział siostrze: “ze wszystkiego, co chciałbym w życiu zrobić, udało mi się jak dotąd bardzo niewiele’.


Louis Armstrong (+ Hot Five)West End Blues
Rok powstania: 1928

Pod koniec lat 20-tych w końcu Stany wykształciły definicję czarnej muzyki. Oczywiście, jak już powstała jakaś definicja, to zaczęto ją dzielić na czworo, a sam jazz podzielił się na Stary Harlem i młodych, których napędzali ludzie typu Langston Hughes. Poszukiwali oni wyrazistej i nieugrzecznionej definicji czarnej kultury. Pośrodku całego zjawiska chcieli być najwybitniejsi tamtych czasów: Louis Armstrong i Duke Elliington. Liczył się dla nich kontekst rozłamu starszyzny i postępowej młodzieży. Wstrzelili się w temat idealnie, a dodatkowo powstał wynalazek zwany płytą gramofonową. Świat zaczął szaleć na punkcie jazzu.


Duke EllingtonBlack, Brown and Beige
Rok powstania: 1943

Najważniejszą postacią rozwoju jazzu w latach 40-tych został Duke Ellington. Do dzisiaj rozważa się, czy aby nie był najważniejszą postacią tej sceny w całej historii gatunku. Pod koniec swojej barwnej kariery Duke rozpoczął szkic zwany “Boola”. Miała to być ogromnych rozmiarów czarna jazzowa opera. Okazało się, że po operze pozostał jedynie szkic, który miał być zapowiedzią powojennego modalnego stylu Milesa Davisa. Szkic z czasem trafił do samego Carnegie Hal,l o czym tak marzył na początku wieku Will Marion Cook (pozdrawiam stałych czytelników). O jazzowo-symfonicznym charakterze dzieła świadczą choćby psalmy na tle jazzowych wibracji i to w czasach, gdy jak to mawiali mieszkańcy: “na Harlemie było więcej kościołów niż kabaretów”. Dukowi, podobnie jak Gershwinowi za “Porgy and Bess”, dostało się wśród krytyków za mieszanie gatunków, ale właśnie na tym polegały drobne kroczki w stronę bardziej zaawansowanego jazzu.


Duke EllingtonAnatomy of Murder
Rok powstania: 1957

Duke w 1957 roku mając status półboga i wielkiego artysty postanowił napisać soundtrack do ‘Anatomii Morderstwa’ co było zaskoczeniem niemałego kalibru. Filmowe soundtracki nie miały wielkiej prasy w poważanych kręgach, a kolaboracje uznanych artystów z kinem były prawdziwą rzadkością. Duke zawsze miał gdzieś swoje wielkie zasługi i nigdy nie pławił się w arystokratycznych kręgach, zawsze liczyła się dla niego muzyka i dobroć do jakiej ona zmierzała. Nie przypadło to do gustu krytykowi zwanego w pewnych kręgach Sierżantem, który wytknął mu zbanalizowanie swojej bogatej kariery. Legendarna jest już odpowiedź Ellingtona na te zarzuty: “Zaskoczyła mnie uwaga pana Sergeanta, że Murzyn, gdyby miał szanse odbyć studia muzyczne dla Beethovena porzuciłby boogie-woogie. To możliwe. Ale gdyby tak się stało, ależ byłby wstyd!”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.