Poza strefą komfortu (#3)

O mniej oczywistych – czasem zapomnianych, czasem zakurzonych, czasem nawet nieodkrytych – płytach z przeszłości.


Curse ov DialectWooden Tongues (2006)

Australijski kolektyw parający się abstract hh swego czasu zdołał stworzyć materiał godzący odurzone beaty z szachrajską przebojowością. I aż dziw bierze, że “Wooden Tongues” stało się jedynie podjarką kilku wtajemniczonych typów. Curse ov Dialect przypomina nieco Gang Gand Dance, którzy wszystkie orientalne, psychodeliczne, halucynogenne i abstrakcyjne lejtmotywy nie wypuszczaliby z domu bez tanecznej osłony. “Wooden Tongues” jest eksperymentem – radiowa nośność jest dla Australijczyków czymś nowym. Jest w tym naturalnie trochę nieporadności, ale to tylko wyostrza wszystkie zalety.

Comus zaś przyczynił się do powstania “Bury Me Slowly”, być może najlepszego kawałka tych renegatów. Charakterystyczna melodia z “Drip Drip” idealnie została przetransferowana i przerobiona na potrzeby fanów porytych hip-hopowych bajek.


Neil PerryLineage Situation (2003)

Wyborny składak skupiający wszystkie nagrania Neil Perry, jednej z lepszych screamo komand przełomu lat dziewięćdziesiątych i zerowych. Pod względem intensywności kolesie w niczym nie ustępowali Orchid, ale ich plan działania był nieco inny. Ciągle szukali nowych rozwiązań i pomysłów – czasem przecinali kawałek krótkim metalowym ciosem, lubili nieoczekiwanie zatrzymać całą akcję, aby zaproponować post-rockowe sekwencje, a w co drugim numerze wyczuwalny jest posmak powerviolence. Dodajmy, że nie byli śmiertelnie poważni. Wystarczy rzut oka na niektóre tytuły, jak np. “Short Haired Metal” czy “Igor, My Girlfriend Dumped Me… Let’s Write Sad Songs”. Ale bez przesady, nie ma w tym błazeństwa. Jest za to kozackie emo.


Tollund MenAutoerotik (2016)

Za darkwave’ową powłoką kryje się popisowy pop. Produkcja skrzypi już od pierwszych drgań, większość dźwięków rozmywa się po sekundzie, a po całej dzianinie rozproszone są (post) industrialne niuanse. To jednak kwestie nienadrzędne – rozstrzygająca jest ta niebotyczna chwytliwość. Nie zawsze tak oczywista; momentami trzeba się natrudzić, aby ją poczuć, ale nasze starania zostaną nagrodzone. Tak się tańczy w miejscu.


Fuckmorgue Down Forever [EP] (2004)

Być może w przypadku długograja Fuckmorgue nie byłoby tak interesujące, ale przy takiej intensywności trudno się nie zachwycać. Nie jest to typowy hc z black metalowymi naleciałościami. „Down Forever” bardziej kręci się w klimatach „Cold River Songs” Bodychoke z lekką (ale tylko lekką) aurą no wave’u. Pozorna chaotyczność wyśmienicie współgra z zaskakującą chwytliwością (bas jest wyjątkowo taneczny) i obłąkanym krzykiem wokalistki, która prawdopodobnie jest największą gwiazdą tego wydawnictwa. Wielka szkoda, że dyskografia Fuckmorgue jest tak skromna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.