Poza strefą komfortu (#2)

O mniej oczywistych – czasem zapomnianych, czasem zakurzonych, czasem nawet nieodkrytych – płytach z przeszłości.


Pineal Ventana Axes to Ice (2000)

Ocierali się o doskonałość. Nie boję się użyć tego określenia – „Malpractice” to jeden z albumów życia. Wydane kilka miesięcy przed rozpadem „Axes to Ice” jest minimalnie słabsze, lecz to w dalszym ciągu kosmiczny, wręcz nieosiągalny poziom. Punktem wyjścia jest noise rock, który na bieżąco był modyfikowany i uzupełniany. Zawsze wyczuwałem w ich twórczości wpływy no wave’u – szybko przeprowadzali aborcje na każdym przyjemnym dźwięku, chociaż nie potrafili w pełni zrezygnować z chwytliwych motywów. Może to za sprawą Clary Clamp, ale „Axes to Ice” klimatycznie blisko do Diamandy Galás oraz industrialowych parapetówek. Ulatniające się zewsząd zapachy niedozwolonych substancji są dowodem, że dla PV nie obcy był również psych rock. Jak w bajce.

Może za kilka lat wreszcie ktoś ich doceni.


Musta ParaatiPeilitalossa  (1983)

Zanurzając się w klasyczne gotyckie zgnębienie Musta Paraati nie schodzili na samo dno, częstokroć wystawiając łeb na świeże powietrze. „Peilitalossa” jest całkiem pokomplikowane, nawet jeśli lista pokrewnych zespołów (Killing Joke, Joy Division, Siekiera) obraca się wokół tego samego wątku. Finów jednak trudno oskarżyć o jednolitą narracje; post-punk zakrapiany gotykiem permanentnie sterują w ramiona nowej fali i synth popu, który ukrywa się niemal w każdym utworze; i robi zawsze diabelnie dobre wrażenie, czasami będąc nie tyle na drugim, co na trzecim planie.


Dean McPhee Son of the Black Peace (2011)

Magiczna reinkarnacja Robbiego Basho. Staram się jednak zdystansować od takich skojarzeń, ponieważ Dean McPhee wypracował własny styl, który powinien być punktem odniesienia dla innych. W „Son of the Black Peace”, gdzieś po środku pustynnej drogi, spotyka się amerykański prymitywizm i kruchy, ciepły ambient. W ostatnich miesiącach nie znalazłem bardziej odprężającej muzyki, chociaż zarazem jest mi strasznie głupio – od tej płyty wręcz promieniuje trudny do zdefiniowania smutek.


VAAnthology of American Folk Music (1952)

O wydanej w 1952 roku „Anthology of American Folk Music” trudno pisać w zaledwie kilku zdaniach, Ta wielka, sześciopłytowa kompilacja jest przypuszczalnie jedną z najważniejszych w historii muzyki. Sama antologia to zbiór ponad 70 utworów z lat 20. i 30., które wybierał Henry Smith, wybitny muzykolog i artysta. Jego kolekcja nagrań z tego okresu musiała robić ogromne wrażenie i można powiedzieć, że gdyby nie istniał Smith, należałoby go wymyślić. Zapał Smitha zaowocował wspaniałym dziełem, zrzeszającym piosenki utrzymane w klimacie tradycyjnego country, folku, bluesa czy gospel. W jednej chwili możemy cofnąć się do samych korzeni bluesa; dzięki temu zdecydowanie łatwiej zrozumieć późniejszą specyfikę amerykańskiej muzyki folkowej. I choć dla dzisiejszego słuchacza taka rekomendacja zapewne nie robi większego wrażenia, to jednak warto się przełamać i sprawdzić przynajmniej niektóre nagrania, bo bez nich – zabrzmi to jak wywód starszego człowieka, który wiele widział i wszystko co nowe odrzuca – zapewne byśmy słuchali całkiem innej muzyki aniżeli teraz.

(domyślnie tekst o kompilacji pojawił się kilka lat temu na screenagers.pl)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.