PODSZEPTY: Palcolor o “Wrogu”

W PODSZEPTACH twórcy mówią o swoich inspiracjach. W szóstej części Emil Macherzyński (Palcolor) opowiada o „Wrogu” (label Kosmodrone).


„Wróg” zrodził się z kilku rzeczy. Przechodził przez zwykłe dla mnie inspiracje retrofuturystyczną kosmonautyką i lokalną geografią niesamowicie inspirującej Warszawy, by skończyć się jako dziwnie polityczny niemy sprzeciw.

Pierwszy utwór, który na nią powstał, to „Prima Terra”, napisany w lipcu 2016 na potrzeby występu w NInAtece, gdzie grałem do filmu „Warszawa 88-89”. Amatorski, kręcony VHSem obraz był niesamowicie w moim stylu pod względem gloryfikacji codzienności. Pospolitość uważam za szalenie poetycką. Zwłaszcza tą zunifikowaną, szarą, post-sowiecką. Chciałem to oddać w czymś mechanicznym niczym z zimnej fali, ale z ładnością Bilińskiego i motoryką quasi-elektro wczesnego Komendarka. Był to też pierwszy utwór zrobiony na MPC1000, sekwenserze i samplerze popularnym wśród techniarzy i hiphopowców, gdzie mimowolnie zacząłem eksplorować cięcie i resekwensing bębnów. Co idealnie zgrało się z moją chwilową manią na zespół Harmonia, którą chciałem przekuć w album krautrockowy. Bo uwielbiam krautrock, od wielu lat, i nawet bardzo długo chciałem zrobić jakiś prawdziwy krautrockowy projekt, w którym gralibyśmy niekończące się ładne, motoryczne dżemy. No ale nie założyłem. W każdym razie, tak zrodziła się wersja znana z albumu z pierwszą częścią inspirowaną Harmonią, a druga Neu!.

Wszystko to działo się na moim ulubionym Muranowie, który w grudniu 2016 opuściłem na rzecz Bielan. Wyjść z chyba najurokliwszego warszawskiego osiedla na gorsze rejony jednego z obskurniejszych było szokiem i sprawiło, że tylko siedziałem w domu z poczuciem dyskomfortu, słuchając w kółko „Chance Life” Jahhilyya Fields i „Oyster” Personable. Chwilowe bezrobocie pomagało, dostarczając nieskończonej ilości wolnego czasu. Podpatrywałem i analizowałem dosyć mocno te dwa albumy eksplorujące jakby dziwniejszą stronę repetywności muzyki tanecznej, bez popadania w pułapki typu samozapomnienie się w jakimś motywie. Zwłaszcza JF zmieniło w moim pojmowaniu dużo, bo robi z najdziwniejszych magm prześliczne soniczne podróże pełne nieoczywistych zwrotów i rozwiązań.

Na Bielanach powstała pierwsza pełna wersja albumu, wtedy pod tymczasową nazwą „St. Bielany”. Inspiracje wpadające na bieżąco jeszcze się nie przegryzły i wszystko brzmiało bardzo bujanie i luzacko, trochę może nawet triphopowo. Całość była nagrana na taśmę ćwierć cala i pełna TR707, do czego zainspirował mnie Palmbomen II – bo przez chwilę mieliśmy praktycznie identyczne setapy. Trochę mnie jednak ten kierunek nudził i po powrocie na Muranów (nie jestem zbyt odważny i uciekłem z Bielan po miesiącu) odłożyłem album na jakiś czas eksplorując nowe zabawki w domu – modulary. Jednak jako, że modular fascynował mnie bardziej inżyniersko niż muzycznie, podpatrywałem w nim ciekawych rozwiązań i połączeń do ubogacenia generalnej palety swojej muzyki. Poza tym jestem bardzo skąpy. To pewnie trochę dziwne wśród muzyków uważanych za bardzo skoncentrowanych na sprzęcie, a chyba za takiego uchodzę.

Na szczęście zima zaczęła rozluźniać swoje podmoknięte objęcia, a ja zacząłem pracę na odległej Białołęce. W codziennej gehennie retailu elementów elektronicznych i dojazdach pomagały mi dwa soundtracki – do Superbad i Dazed and Confused. Uwielbiam filmy coming-of-age i muzykę dla zbuntowanych dzieciaków z lat 70-tych. A te dwa obrazy są praktycznie tylko o tym. Gloryfikacją dorastania na wyluzowanych soundtrackach. Ten okres w muzyce kojarzy mi się zresztą z paleniem trawy, i muzyka z tamtego okresu też. Brzmi tak, jak powinno się czuć po dobrym joincie. Mam, zresztą, jakąś dziwną obsesję na punkcie nastolęctwa, głównie pewnie przez to, że byłem smutnym dzieckiem, które wyrosło na smutnego dorosłego. I jakąś formą terapii jest dla mnie przeżywanie tego okresu w wyidealizowanej formie poprzez filmy i seriale, z perspektywy kogoś pozbawionego nastoletnich rozterek. Nie wiem, czy miało to bezpośredni wpływ na ten album, ale zajmowało moją głowę przez większość 2017 roku w próbach pogodzenia się z tym jaki jestem i czemu.

To chyba dobry moment, by wspomnieć o moim ulubionym utworze z płyty – „Kush Komfort”. Nazwa powstała dawno temu, bez kontekstu, jako żart z firmy Cush Comfort, która robi bardzo ekskluzywne poddupniki. I trochę zaczęła żyć własnym życiem, stając się takim moim mikromanifestem eskapizmu od dosyć przytłaczającej rzeczywistości Polski 2017. Sam utwór powstał po tym, jak znalazłem na jakimś starym dysku wszystkie pocięte bębny przygotowane w 2012 roku na epkę „Moontrap”, głównie z płyt z muzyką typu library. Postanowiłem zrobić, jak się czasami robi z nudów, utwór tylko z sampli różnych perkusyjnych motywów. Co z czasem wyewoluowało w walec, który bardzo chciałem, by nie miał nic ładnego, żadnych melodii czy innych wynalazków, tylko sam uporczywy, jadący rytm. I chyba się udało, poza kilkoma rzeczami wrzuconymi dla szeroko pojętej atmosfery. Główną inspiracją dla statycznego oscylatora bzyczącego w tle z modulowaną szerokością fali był Tzusing, który wydał w 2017 świetny album. Dużo jest artystów operujących rytmami i nastrojami w ramach harmonicznych napięć, ale Tzusing na pewno odcisnął się na moim graniu najbardziej obok Andy’ego Stotta i Demdike Stare.

W oryginalnym koncepcie płyta miała być słuchowiskiem opartym o stacje numeryczne, bardzo fascynujący mnie temat – bo taki tajemniczy. I wpisujący się w moją rosnącą fascynację na punkcie ustrojów politycznych jako niejednoznacznych apartów opresji, które – mimo że zazwyczaj są dosyć obiektywnie złe – produkują niesamowicie ciekawe urządzenia, historie, architekturę. Mówcie sobie co chcecie o PRLu, ale był niesamowicie kreatywnym okresem. Który mogę sobie podziwiać z perspektywy kapitalizmu i braku takich problemów jak cenzura i kontrola. I ten pokraczny komunizm pozostał w duchu, ale zimnowojenną treść postanowiłem wyrzucić poza nawias, nie licząc krótkiego fragmentu jaki zachowa się w „Prima Terra”. Cały album miał się zresztą nazywać „Neomakkartyzm”, i miał nawet utwór tytułowy, który skończył na podłodze montażowni. Ale nie chciałem być aż tak dramatyczny. Poza tym – mimo wszystko celowałem w bardzo niedojrzałe paralele. Dlatego zamiast jakiegoś wydumanego konceptu porozrzucałem założenia po tytułach i niech każdy zinterpretuje sobie to jak chce, i sam wymyśli kim lub czym jest Wróg. Dla mnie, jako obiekt muzyczny, jest rokiem strasznie ciężkiej pracy nad rzeczami, które pewnie usłyszę tylko ja. Ale plus bycia poza radarem kogokolwiek jest taki, że nie musisz się mierzyć z niczyimi oczekiwaniami. Możesz sobie spędzić rok szlifując jakiś nieistotny aspekt dla własnej satysfakcji, z nadzieją, że udzieli się ona słuchającym choć trochę.


Posłuchaj:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.