Nieodkryte w polskim internecie #1 – BIG STAR

Autorem tekstu jest fanpage Filmy i płyty, których prawdopodobnie nie zobaczysz po śmierci.


Wpisując w wyszukiwarkę “Big Star” raczej nie spodziewamy się, że wyskoczy biografia grupy muzycznej. Jeżeli wpiszemy kombinacje “Big Star zespół” to też prędzej natrafimy na artykuły o sławnym swego czasu kolektywie disco polo – Big Stars. Natomiast jeżeli wejdziemy na wikipedię wyświetlą się cztery pojęcia, w tym krótka definicja: “amerykański zespół muzyczny założony w 1971 roku, grający muzykę typu power pop i rock”. Nawet w 2018 roku jeden z najważniejszych popowych projektów lat 70-tych jest bezwstydnie pomijany i niezauważany. Big Star otrzymał swojego czasu łatkę “zespołu krytyków” i opinię zespołu niespełnionego komercyjnie; nie na darmo wielce opiniotwórczy Rolling Stone umieszcza w swoim słynnym zestawieniu “Rolling Stone”s 500 Greatest Albums of All Time” wszystkie trzy płyty z klasycznego okresu.

Nie będzie to klasyczna biografia zespołu na zasadzie: “Alex Chilton miał bardzo nieszczęśliwe dzieciństwo, w wieku trzech lat grał już na trzech instrumentach, miał kolegę Adama i koleżankę Kasię, z którą palił zioło, a w wieku lat pięciu złapał ospę”. Lepszym pomysłem będzie wypunktowanie najważniejszych wydarzeń z historii Big Star kształtujących ich do roli legendy gatunku. Inaczej mówiąc: wszystko co wydaje się w miarę ciekawe. Nie każdy ma na tyle interesujące życie jak Syd Barrett, które  można z zapałem opisywać dzień po dniu.

Wypadałoby jednak wspomnieć, że Big Star zostało założone w 1971 roku w Memphis przez Alexa Chiltona (gitara, główny wokal), Chrisa Bella (też gitara), Jody’ego Stephensa (bębny) i Andy’ego Hummela (bas). Memphis kojarzone jest głównie z bluesem (choćby B.B. King) czy country (Johnny Cash), dlatego też granie gitarowego popu mogło być bardzo różnie odbierane w mieście. Nie był to jednak klasyczny pop, a przedziwna mieszanka lat 70-tych i spuścizny Beatelsów, Stonesów i The Byrds. Tak mniej więcej wyglądała definicja power popu. Rola zespołów typu The Replacements, Raspberries, bądź muzyki Todda Rundgrena, była ważniejsza, niż się powszechnie wydaje. Po wybuchu popularności prog rocka i krautrocka silne osobowości w świecie popu były wręcz niezbędne, żeby gatunek nie został przeniesiony do lamusa.

Nie oznacza to, że piosenki Big Star orbitowały wyłącznie wokół miłosnych rozkmin. Wręcz przeciwnie: Chilton i spółka częstokroć poruszali nihilistyczną tematykę. Pop z początku lat siedemdziesiątych zakładał ciągły rozwój i zaczął zahaczać o alternatywę w tym sensie, że nie był już głównym nurtem. Pozwoliło to zespołom na większą dozę eksperymentowania w obrębie danej (ciągle) chwytliwej melodii. Kulminacją tego miało być dopiero wydawnictwo “Third”, gdzie zespół jakby porzucił marzenia o graniu wielkich hitów na masywnych stadionach, a skupił się na maksymalnym poszerzeniu popowych poszukiwań. Pop zawędrował w całkiem inne i nowe rejony aniżeli zakładały lata 60-te. Tak jak początki przywoływały na myśl The Byrds albo The Beatles, tak późniejsze dokonania przypominały to, co kilka lat później prezentowali Pixies czy Blur.

Kariera Big Star mogłaby się potoczyć inaczej, gdyby naszym bohaterom nie towarzyszyły wiecznie nieskuteczny marketing i ograniczona dystrybucja. Doskonałe recenzje debiutu “#1 Record”, oraz następnego w kolejności “Radio City”, hamowane były przez nieudolność labeli. O dziwo, najlepszą sprzedaż uzyskał “Third”, który był bardziej eksperymentalny i nie miał tak oczywistych hiciorów jak dwa poprzednie albumy. Nie pomogło to zespołowi w dalszej drodze. Dopiero w latach 90-tych wznowienie albumów okazało się wielkim sukcesem – chociażby w kręgach grunge’owych.

W wieku 27 lat zginął w wypadku samochodowym Chris Bell. Jego solowe utwory (dostępne w formie albumu jako “I Am The Cosmos”) pokazały, że był on prawdopodobnie najzdolniejszym członkiem zespołu i uzyskały same w sobie status utworów kultowych. Pewnego rodzaju niespełnienie muzyczne spowodowało, iż Chris stał się Sydem Barrettem swojego zespołu i odszedł z niego już w 1972. Grupa, podobnie jak Pink Floyd, porzuciła swoją najbardziej popową wersję z “#1 Record” i zaczęła bez Bella kombinować z surowszym graniem, głównie za sprawą drugiego gitarzysty – Alexa Chiltona. Chris odszedł z zespołu nie tylko z powodu obranej drogi zespołu, ale też napięcia powstałego po klęsce “Pierwszego Albumu”. Doszło nawet do walki Bella z Andym Hummelem, gdzie w ruch poszedł śrubokręt. Odejście z zespołu, podobnie jak u Syda, spowodowało nadużycie narkotyków, co pewnie miało wpływ na jego późniejszą śmierć po dobiciu do latarni, prawdopodobnie w wyniku zaśnięcia za kierownicą.

Sam zespół został wprowadzony do Hall of Fame w 2014 roku. Reaktywował się parę razy w różnych składach po “Third” i wydał nawet w ramach tego w miarę poprawny “In Space”, którym jednak nie należy się specjalnie przejmować. Wydał też dwie imponujące składanki, w tym “Keep an Eye on the Sky”, czyli prawie 100 piosenek w różnych wersjach, także w wersji demo. Albumy “Live” nie wyróżniają się niczym specjalnym, ale jeśli ktoś woli koncertowego powera, to warto pomyśleć o “Live at Missouri” z 1993 roku. Nie ma niestety zarejestrowanego żadnego występu z 1972 roku, a tylko to określiłoby, jak potężny był to zespół na żywo. Największym paradoksem pozostaje fakt, że ludzie widząc na plakatach koncernowych nazwę “BIG STAR” szukali pod napisem wyjaśnienia o jaki zespół tak właściwie chodzi. Big Star nigdy nie okazali się być Wielką Gwiazdą, przynajmniej nie za czasów swojej największej świetności.

Do inspiracji zespołem przyznawali się publicznie: Kiss, R.E.M, Teenage Fanclub, The Replacements, Primal Scream, The Posies, Game Theory czy Bill Lloyd.


Big Star na początku drogi silnie inspirowali się Beatlesami, a gdy pierwszy raz usłyszeli w 1964 roku “A Hard Day”s Night” można przypuszczać, że byli już pewni, jak będzie brzmiał ich “Pierwszy Album”. Na fali entuzjazmu powstały szkice takich kawałków jak “Thirteen” czy “Watch the Sunrise”, które okazały się kawałkami godnymi czwórki z Liverpoolu. Sam tekst tego pierwszego jednoznacznie określa nie tylko miłość do ukochanej jako osoby, ale i do ukochanej muzyki. Można nawet dodać, że to jeden z najlepszych singli w historii popu, pierwszy zmieścił się na słynnej liście Rolling Stone. “#1 Record” śmiało można nazwać kamieniem milowym całego power popu. Pełne energii piosenki na nowo zrewidowały pojęcie popowej melodii w czasach wybuchu prog rockowych i krautrockowych zespołów. Big Star brzmieli jednak w każdym calu jak formacja z lat 70-tych, zachowując mocno gitarową postawę, nie porzucając jednak gitary akustycznej czy chórków, o czym można się przekonać słuchając “Thirteen” oraz “The Ballad of El Goodo”. Podskórne napięcie towarzyszące muzyce i ostrość każdego dźwięku były zasługą umiejętności inżynierskich i dźwiękowych duetu Bell/Chilton, który mając do dyspozycji całe studio sam sobie naprodukował brzmienie o jakim zawsze marzył. Była to mieszanina energii i wzruszeń, gdzie różne emocje nakładały się na siebie i ciężko miejscami dało się wyznaczyć między nimi granicę. Warto dodatkowo wspomnieć, że zespół z powodu okładki miał duże problemy ze strony pewnej dżinsowej firmy, ale udało się ją prawnie zaakceptować. “#1 Record” to jeden z moich ulubionych albumów popowych po kacu z lat 60-tych.


Po tym jak zespół rozwiązano po raz pierwszy w 1972 roku (po odejściu Chrisa Bella) Big Star musieli obrać nową strategię rozwoju. Dalej trwali w interpretacji popu na lata 70-te, ale jakby nieco surowiej. Otwierające “O My Soul” jest dalece inne od wszystkiego, co słyszeliśmy na debiucie i jakby oddalające się od piosenkowej formuły. W każdym razie jest to jeden z mocniejszych kawałków w krótkiej historii grupy. Grupy wyróżniającej się tym, że wypuszczała longplaye bez słabych kawałków (dalej omijamy “In Space”) i zawsze z dwoma wybitnymi strzałami. Oprócz “O My Soul” należy tu wspomnieć o kapitalnym “September Gurls” będącym idealnym zwieńczeniem corocznych wakacji; zarówno tekstowo, jak i muzycznie. Na solowych płytach Chiltona można było wyczuć, że muzyk miał silne bluesowego skłonności, co ewidentnie słychać na “Radio City”, zaś na “You Get What You Deserve” i “Mod Lang” szczególnie odczuwalny jest blues rockowy vibe. Nie oznaczało to jednak chęci porzucania pięknych melodii, o czym świadczyło, oprócz “September Gurls”, “Way Out West” czy “What”s Going Ahn”. Zresztą jeśli dobrze poszukamy, to znajdziemy odrobinę zauroczeń w każdej piosence z osobna, dalej mamy do czynienia najlepszą wersją amerykańskiego popu. Promocja płyty z takimi pewniakami na listy singlowe miała być tylko formalnością, ale wyszło tak, jak przy okazji “#1 Record”, a nawet gorzej. Mimo doskonałych recenzji zespół sprzedał zaledwie 20 000 płyt w całych Stanach. A mawia się, że z dobrą muzyką w obecnych czasach ciężej jest się wybić niż kiedyś.


Średnia z serwisu rateyourmusic.com każe myśleć, że “Third” jest najrówniejszym materiałem w historii zespołu. Według mnie słabych kawałków tu nie uświadczymy, ale takie “Jesus Christ”, “O, Dana” albo oczywisty cover “Femme Fatale” od Velvetów można sobie było podarować. Całkiem słusznie jednak można sądzić, że to płyta, gdzie zespół najdalej posunął swój specyficzny styl, a może nawet cały power pop. Po prostu najwięcej jest tu kawałków podchodzących pod wybitność i unikalność, a różnorodność albumu jest miejscami naprawdę imponująca. Naprawdę ciężko uwierzyć, że droga od “Kizza Me” po “Kangaroo” biegnie właściwie przez ten sam album. Zespół nie bał się sięgnąć po ciężkie tematy, biorąc pod warsztat nawet II wojnę światową w absolutnie przerażającym “Holocaust”, podkreślając dramatyzm wspaniałymi (nigdy nie używanymi) klawiszami oraz wiolonczelą. Doświadczamy miejscami prawdziwej psychodelii, jak chociażby na “Big Black Car”, “Stroke it Noel” czy “Kangaroo”. Parę kawałków nadal każe nam jednak myśleć, że to dalej stare dobre Big Star – vide “Kizza Me” bądź zamykający (choć to kwestia sporna, są różne wersje rozmieszczenia kawałków tej samej płyty) “Thank You Friends” – wspaniale spinające te trzy wyjątkowe albumy. Wytwórnia z czasem uznała, że album ma tak mały potencjał podbicia rynku, że planowali go w ogóle nie wydawać. Na szczęście materiał poszedł w świat i o dziwo (ze względu na eksperymentalny charakter) uzyskał najlepszą sprzedaż w historii zespołu.


“In Space” nie jest tak słaby jak się powszechnie uważa, ale jeśli ktoś nie płacze za każdym razem, gdy słyszy “Thirteen”, to może spokojnie sobie ten album odpuścić. Big Star ewidentnie chcieli odtworzyć stare brzmienie i przez to nawet odrobinkę nie zaryzykowali, żeby przetrzeć jakieś nowe popowe szlaki. To soczyste amerykańskie granie (szczególnie w drugiej połowie, której nigdy nie pamiętam tuż po przesłuchaniu), do którego dołożono parę fajnych melodii w “Lady Sweet” czy trochę zbyt przydługawym “Love Revolution”. Skłamałbym gdybym powiedział, że nucę sobie z nudów te kawałki w kolejce do Tesco, bo to klasyczny zapychacz ciszy do czytania, który w jakimś momencie się kończy i nie mamy poczucia, że to koniec większej przygody. Po prostu jacyś starsi panowie wyczuli, że renoma zespołu po tych wielu latach ma się bardzo dobrze i próbowali odtworzyć klimat pewnej epoki. Jak pokazało choćby The Beach Boys – prawie nigdy się to nie udaje.


Dziewięćdziesiąt osiem różnych nagrań z okresu 1968-1975 to rzecz absolutnie wyjątkowa dla fanów Big Star. Oprócz regularnych wersji na albumie dosłyszymy zarówno różnego rodzaju szkice, dema, jak i parę wersji wykonań live. Niby słuchałem całości w jeden dzień na Spotify, ale trochę smutno, że nie mam czegoś tak imponującego na fizyku na półce. Chwaliłbym się każdemu, a nawet tym, którzy Big Star nie kojarzą.


Film dokumentalny o Big Star to film o braku uznania. Film, podobnie jak zespół, nigdy nie został doceniony na tyle, ile powinien. Tak jak rola internetu zwiększyła z czasem zasięgi Big Star i pozwoliła dojść do szerokiej gamy słuchaczy, tak na początku drogi bywało bardzo ciężko. Na soundtracku znajdziemy praktycznie wszystkie najpopularniejsze kawałki Big Star plus parę solowych Chrisa Bella i jeden Alexa Chiltona. Obyło się bez większych zaskoczeń i miksy wypełniające album nie tworzą jakiejś nadzwyczajnej nowej jakości. W sumie dobra rzecz, jeśli ktoś szuka czegoś w rodzaju “Greatest Hits”. Film to rzecz absolutnie priorytetowa dla fanów zespołu, klasyczna biografia, ale w szerszym kontekście niż tekst, który właśnie czytacie.


Zmarły w 2010 roku na atak serca Alex Chilton z pewnością miał w zespole najwięcej z typowego bluesmana rodem z amerykańskiej ziemi. Jego idolami z dzieciństwa byli Elvis i Jerry Lee Lewis. Dla mnie nie jest to szczególna zaleta, więc twórczość solowa Alexa rusza mnie średnio. Podoba mi się lekki posmak “garażowości” w tych piosenkach, ale brakuje mi tego, co lubiłem najbardziej w zespole, czyli chwytających od razu melodyjnych piosenek. Chilton świetnie uzupełniał zespół, ale bez wrażliwości kolegów jego materiał zostaje jakby odkrojony od emocji. Podczas słuchania tej płyty mój współmieszkaniec powiedział nawet, że “zalatuje lekko country” i mógłbym to wykorzystać w tym tekście. Z lekkim dystansem, ale jednak można coś takiego dopisać.


Zbiór solowych dokonań Chrisa Bella to z pewnością najciekawszy materiał po “Third” jaki ukazał się po rozpadzie zespołu. W niektórych kręgach rzecz absolutnie kultowa, dla innych po prostu bardzo dobra power popowa płyta. Bronią się tu zarówno szybsze numery w duchu “Get Away”, “I Got Kinda Lost” czy “Better Save Yourself”, jak i piękne ballady typu “Speed of Sound” czy kawałek tytułowy, który śmiało byłby hajltajtem przykładowo na “Radio City”, co pokazywało, że była jakaś telepatia po rozpadzie między członkami zespołu pozwalająca działać im w ten sam sposób zarówno razem, jak i osobno. Kawałki uporządkowano naprzemiennie według klucza, który tak dobrze działał w przypadku macierzystego zespołu, a mianowicie “dynamiczny kawałek – ballada”. Ciężko powiedzieć, czy status tej płyty był spowodowany głównie tragiczną śmiercią artysty, ale dobra muzyka z pewnością w tym nie przeszkodziła.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.