Nie taki straszny: polski prog-rock

tekst został przygotowany przez fanpage Filmy i płyty, których prawdopodobnie nie zobaczysz po śmierci


Teoretycznie rock progresywny powinien trzymać się w Polsce dobrze. Reprezentacja osób przeżywających do dzisiaj “złoty okres w historii muzyki” jest przecież bardzo silna. Ten artykuł miał być dla mnie okazją, aby poznać jak najwięcej zespołów nawiązujących do sławetnego przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – nie tylko dbając o dokonania klasyków pokroju Genesis, Yes czy Gentle Giants, ale dokładając swoją cegiełkę do całego nurtu.

Podobnie jak w przypadku prog-rocka światowego okazało się, że na świeżość w tym gatunku nie ma już praktycznie co liczyć – muzyka progresywna aż zanadto wierzy w świętości. Strach przed zawiedzeniem “złotej generacji” jest chyba zbyt duży, a specyficzna publiczność potrafi szybko odrzucić wszelkie dziwactwa. Dochodzi do pewnego paradoksu, w którym entuzjaści progresji są przy okazji fanami konserwatyzmu muzycznego. Świadczyć może o tym też brak poszukiwań nowych herosów i wyjątkowo okazjonalne wpuszczanie do śmietanki zespołów typu Riverside.

Przygotowując się do pisania tego tekstu znalazłem zaledwie jedną książkę na ten temat (Michał Wilczyński, “Polski rock progresywny. Przewodnik”), która w dodatku okazała się nie do zdobycia. To mogłoby doprowadzić do wniosku, że słuchacze po prostu “już nie szukają”, a koncentrują się na tysięcznym przeżywaniu solówki “Comfortably Numb”. Nie wrzucam wszystkich do jednego worka, możemy znaleźć mały odsetek ludzi nieustannie poszukujących w tym gatunku nowych bodźców. Niestety, zmian proporcji nie będzie, dopóki same zespoły nie zapewnią słuchaczom nowych doznań. Właśnie dlatego rynek współczesnego polskiego prog-rocka jest tak mały, a słuchaczy jest tak dużo.

Z tego względu moja lista kawałków to pewnego rodzaju hipokryzja, w której narzekam na współczesność, patrząc praktycznie wyłącznie w przeszłość. Z jednym tylko zastrzeżeniem: ja przynajmniej szukałem.


SkaldowieDwadzieścia Minut po Północy

Jeśli istnieje polska szkoła bitelsowania (ktoś powie beachboysowania) w duchu folkloru góralskiego, to najbliżej tego określenia są Skaldowie. Szczególnie blisko oddania polskiego ducha byli na albumie “Cała Jesteś w Skowronkach”, teoretycznie kompletnie nie pasującego do tego zestawienia. Teoretycznie potęgę małopolskich szczytów powinien reprezentować debiut Budki Suflera, czyli “Cień wielkiej góry”, który w dodatku jest progresywny w całej swojej definicji. Zarówno jednak jak Bitelsi na “Abbey Road”, tak i Skaldowie, nie ograniczyli się wyłącznie do popowych form i eksperymentalnie dobili do swojego “I Want You (She’s So Heavy)”. Właśnie na tym kawałku Skaldowie znaleźli idealny balans między zwiewną przeszłością a zbytnio poważną przyszłością.

Ich późne kawałki z dyskografii (już czysto progowej) nigdy nie dorównywały moim ulubionym chóro-dęciakom. Sama emocjonalność mogła się brać z historii wypadku autobusowego, który wydarzył się o godzinie równej tytułowi piosenki. Niby nic dwa razy się nie zdarza, ale niemal 50 lat później Zieliński i spółka podczas powrotu z koncertu znowu dachowali na autostradzie. Złowieszcza, dramatyczna i noisowa końcówka “Dwadzieścia Minut po Północy” wróciła na nowo.


KlanPejzaż Pustych Ram

Klan jest o tyle wyjątkowy, że jako jeden z nielicznych zespołów w historii tego kraju, miał polską wizję progresywnego rocka. Ich interpretacja odwoływała się do polskiej duchologii, natury, zjawisk pogańskich początków państwa, czy współczesnych walk ekologicznych. Wszak “Mrowisko” było jednym z pierwszych eko-protestów zanim to było modne. Nawiedzony klimat “Pejzażu Pustych Ram” nie przypomina typowej ballady progresywnej, a klimat brytyjskich klasyków jest tu ledwie widoczny. To kawałek, który nie mógłby powstać w innym kraju. Klan, mimo ewidentnego zaszufladkowania do gatunku, nie tworzył dłuższych form niż 3-4 minutowe utwory, nigdy nie dokonywał nadinterpretacji swoich dzieł i nie gadał więcej niż potrzeba. Niegroźny patos jest w tej muzyce zapisany odkąd Crimsoni wydali swój debiut. Klan nigdy nie wybił się na tyle, żeby założyciel Marek Ałaszewski chciał kontynuować przygodę z muzyką. Zajął się malarstwem. Może po prostu Klan był zjawiskiem zbyt ekstremalnie dziwnym jak na ówczesną scenę.


Czesław NiemenMów do Mnie Jeszcze

Męczy Cię analizowanie po raz tysięczny “Bema Pamięci Żałobny Rapsod”? Na szczęście szczytowe osiągnięcie polskiego (progresywnego) rocka nie kończy się wyłącznie na tym utworze. To zaledwie lepsza pierwsza połowa. Nie będę po raz kolejny przytaczał historii z Młynarskim i o tym, jak to według systemu Niemen “szargał się na Świętości Narodowe w osobie Norwida”. W “Mów do Mnie Jeszcze” robi to samo z Kazimierzem Przerwą-Tetmajerem. To był bardzo ważny album właśnie z perspektywy burzenia ściany między muzyką rozrywkową (jakby to z pogardą stwierdziły zacofane kręgi wyższych sfer), a poezją (“kulturą wyższą”). Ten album był pierwszym świadectwem wielkości owej muzyki rozrywkowej, pokazującej, że można przekraczać w niej pewne granice. Ograny, rozbudowane utwory spoza muzyki klasycznej czy jazzu, poetyka tekstów. Pewne oczywiste dla nas patenty Niemen wprowadził wtedy w naprawdę szokującym stylu. Pal licho, kiedy sobie jeszcze śpiewał ten cały “Dziwny jest ten Świat”, ale tu już przekroczył pewną granicę. Dlatego ten zamykacz płyty jest taki fajny. Pojawiają się w nim niby typowe motywy prog-rockowe, typu zgrabna solóweczka, hammondy w stylu Deep Purple, czy alibabkowe wokale. Niemen przypomina jednak, że ten zwarty numer to dalej tylko zabawa.


Lunatic SoulImpressions IV

Riverside to prawdopodobnie jedyny współczesny polski zespół z pogranicza rocku progresywnego, który zaistnieje na szerszą skalę w ogólnej świadomości. Sam bez bicia przyznam się, że w okolicach początków liceum zdarzało mi się nałogowo słuchać ich pierwszych albumów. “Tysiące płyt później” ciężko właściwie ogarnąć, co mną wtedy kierowało. Fajną odtrutką na zjadający własny (i nie tylko) ogon zespół (zarówno dla mnie, jak i lidera formacji) był Lunatic Soul. Mariusz Duda starał odciąć się od typowego proga kombinując z różnymi odmianami przestrzennej muzyki, nie stroniąc nawet od ambientu czy trip-hopu. To trochę Nosowska w opozycji do Hey. Oszczędny w środkach projekt stanowi niejako przeciwieństwo wielkich ambicji zespołu. Warto tutaj zaznaczyć, że chociażby na “czarnym” debiucie ani razu nie pojawia się gitara elektryczna. Dla fanów nieskrępowanego łączenia muzyki eksperymentalnej z odpryskami klasycznego prog-rocka (i wszystkimi minusami, jakie się z tym wiążą) to bardzo ciekawa alternatywa. Lunatic Soul ma jednak dość poważny problem: nie tworzy albumów jedynie instrumentalnych. Mariusz, śpiewaj jak najrzadziej tylko umiesz.


LebowskiEncore

Zjawisko Lebowskiego jest o tyle ciekawe, że zespół ten próbuje wyróżnić się na rynku zapożyczając co tylko znajdzie się pod ręką. Próbuje być oryginalny ściągając z muzyki dosłownie wszystko, co w danej chwili mu pasuje. To totalne zaprzeczenie tworzy jedną z niewielu rzeczy dających się słuchać w obecnym neo-progu. Bo kopiowanie Lebowskiego nie polega na odtwarzaniu konkretnego stylu, powiedzmy Rush. Całe “Cinematic” to jedna wielka sklejka muzyczna, od soundtracków, po cytaty z francuskich filmów bądź ważnych przemów, motywy dalekowschodnie, post-rock, eksperymentalną muzykę przestrzenną do world music. Wszystko to jednak zaledwie dodatki do tradycyjnej muzyki gitarowej, która jest taka “jaka być powinna”. Owa dziwność jest wykalkulowana w taki sposób, że nie zrazi to osób mających konkretne wymagania dotyczące progresywnego rocka. Zaznaczam: jest to muzyka dla tych, którzy w tym naprawdę siedzą, ale chcieliby trochę inaczej. Iluzja świeżości może dać naprawdę fajną zabawę. Lebowski przypomina soundtrack eksperymentalnego filmu klasy B, który nigdy nie powstanie.


SBBMemento z Banalnym Tryptykiem

Z góry przepraszam osoby oczekujące listy pod kątem rozbudowanych prog-rockowych dzieł, wielkich suit i wygibasów instrumentalnych. Zamierzeniem tej listy było raczej zbliżenie do tej muzyki ludzi słuchających czegoś z kompletnie innej beczki, a więc powiązanie gatunkowe. Zresztą jeśli ktoś w tym całym progu siedzi, to i tak wszystko zna. SBB nie jest pewnie wyjątkiem. To co jest oczywistym klasykiem teraz, kiedyś było totalnym niewypałem. Zespół rozwiązał się w 1980 roku po wydaniu albumu, a Skrzek wspomina w wywiadzie dla swiecie24.pl: “Szarpaliśmy pomysłami i szukaliśmy dobrych rozwiązań. Brakowało nam spełnienia i prawidłowej gradacji – choćby finansowej. Ciągłe oczekiwanie na rezultaty komercyjne (…) Zaczęliśmy się frustrować do tego stopnia, że pamiętam przed wyjazdem na trasę do Beneluxów, jak kierowcy ciężarówek nie podejmowali się odpowiedzialności przewozu sprzętu, bo pękały opony na złych felgach“.

“Memento…” to jedno z tych arcydzieł polskiego dziedzictwa, do których podchodzę z pewną rezerwą, podobnie jak do “Krywaniu, Krywaniu” Skaldów. Trochę przytłacza mnie monumentalność, patetyczność i powaga całego przedsięwzięcia. Mimo tych sporych mankamentów, pewna egzotyka w postaci polskiego języka, podejście czysto ironiczne i kolejne zwroty akcji, mogą dać wam naprawdę dużo zabawy.

Tak jak ten cały rock progresywny, po prostu musicie się nastawić na pewne sprawy większe od was samych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.