Konfiskator gustu #3

Czyli o najdziwniejszych wydawnictwach wywołujących przyjemny ból.


David Hasselhoff Night Rocker (1985)

Mosiężny przykład karkołomnego, kwadratowego AORu i rock and rolla zupełnie dla NIKOGO. Ale jeśli lubicie o sobie myśleć w takich kategoriach, to “Night Rocker” będzie dla was idealny. Krepujące melodie utrzymane w duchu pijanego wujka na weselu.


KenBy Request Only (1976)

Wszystkie 4chanowe pseudo-sarkastyczne śmieszki jarały się okładką do “By Request Only”, a mało który miał odwagę sięgnąć po samą płytę, gdzie dzieją się rzeczy doprawdy fascynujące – pod warunkiem, że zapomnimy o kim jest ten album. Po pierwsze: Ken ma przyjemny wokal; po drugie: w tym country-gospelowym anturażu jest od groma frywolnych, przyjemnych motywów i tego się *słucha*, po trzecie: czasami tyle wystarcza.


John Travolta John Travolta (1976)

Travolta mocno musiał się postarać, aby dotrzeć do najbardziej schematycznych i ckliwych soft-rockowych piosenek, o jakich można sobie pomyśleć, ale – uff – udało się. Porażka? No nie do końca, bo Travolta w tym otoczeniu czuje się wprost wspaniale, a jego przerażające pozytywne nastawienie emanuje do tego stopnia, że po pewnym czasie sami stajemy się zombie szczęścia.


LFO LFO (1999)

Wiecie jak to jest: czasami natrafiacie na tak złą muzykę, że nie możecie uwierzyć i zaczynacie analizować i analizować, zamiast po prostu pójść sobie na spacer. W pewnym momencie z analizy przechodzicie w tryb sympatii – i tak było u mnie z LFO. Tych trzech typów brzmi jak pastisz boybandów z końcówki lat dziewięćdziesiątych, tyle że nie – jest to przecież projekt całkowicie poważny. Ale właśnie przez to numery LFO są na swój sposób wyjątkowe i łamią konwenanse. Gdy mówicie w myślach: “nie, nie róbcie tego”, oni właśnie to robią. A wy na to patrzycie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.