Kiedyś to było #1: Bielizna, Filth of Mankind, Niechęć

Polskie rekomendacje z przeszłości.


BieliznaTaniec lekkich goryli (1989)

Lirycznie Bielizna była zakorzeniona w polskim krajobrazie. Miejskie legendy, opowiastki przy czystej, szydera subtelnym słowem, piwniczny kabaret, blokowy romantyzm. Cały ten arsenał nie miałby większego znaczenia, gdyby gdański kolektyw nie potrafił tworzyć piosenek. I na całe szczęście potrafił. Przywiązanie do biało-czerwonych realiów nie odnosiło się do muzyki. Bielizna w tej materii zawsze wyróżniała się na rodzimym podwórku czerpiąc garściami z nowej fali, jangle popu i post-punku. Głównie ten drugi aspekt nakierowywał “Taniec lekkich goryli” w kierunku pojęcia “wyjątkowe”. Mało która grupa potrafiła tak udanie odnaleźć pop w punk rocku.

Moja teoria głosi, że Bielizna nie mogła osiągnąć więcej, ponieważ była nadmiernie wyspiarska dla słuchaczy zanurzonych po szyję w nieimportowanych gitarach i zanadto swojska dla miłośników brytyjskiego grania.


Filth of MankindThe Final Chapter (2000)

Ciąg skojarzeń jaki towarzyszy “The Final Chapter” jest wyjątkowo pokaźny. Na crust Filth of Mankind, oprócz thrashu, składa się również black, a wokal fragmentarycznie zawadza o death metal. Destrukcyjny, masywny, niewygodny materiał. Może też nieco staroświecki, emfatyczny, przerysowany (np. gotycki początek “Zamkniętego rozdziału”), ale w tym wypadku nie jest to jakaś przeszkoda nie do przejścia. Szkoda, że skończyło się na jednym pełnowymiarowym wydawnictwie.


NiechęćNiechęć (2016)

Przed odsłuchem warto przypomnieć sobie pierwszą EPkę Niechęci oraz długogrający debiut “Śmierć w miękkim futerku”. To dobry pomysł – można w przyspieszonym tempie zaobserwować, jaką Niechęć przeszła metamorfozę: od balsamiczno-luzackiego jazzu aż po jazz pełen napięcia z kilkudziesięcioma odcieniami tkliwości. Gdy w powietrzu zaczynają unosić się fale roznamiętnionego saksofonu z “Metanolu” i “Krwi”, mój system oddychania wpada w małe zawirowania. “S/t” może wzbudzać zachwyt różnorodnością: jazz-rockowym openerem (podstępnie nazwanym “Koniec”), ambientalnym post-rockiem w “Echotonach”, skrawkami avant-progu (“Krew), klarownym fortepianowym motywem (“Widzenie), jak również mimowolnym odniesieniem do free jazzu w “Trzeba to zrobić”. Ten eklektyzm nie miałby większego sensu, gdyby nie niedorzeczna wręcz ilość zwiewnych hooków. Jakimś cudem Niechęć zdołała to wszystko złączyć w jeden, wybitnie sprawny organizm.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.