Grzechy soundtracków wg Kusi na Kulturę

O grzechach soundtracków opowiada autor strony Kusi na Kulturę.


Aż wstyd zaczynać tekst od tak wyświechtanego frazesu, ale czasami nie da rady inaczej, więc miejmy to za sobą: większość ludzi najbardziej lubi to, co już doskonale zna. A rzadko kiedy objawia się to tak mocno, jak ma to miejsce w muzyce, zwłaszcza tej filmowej. Nie oszukujmy się, mało kto przykłada do niej tyle uwagi, aby szczególnie wyłapywać jej niuanse. Dlatego od w tej dziedzinie rządzą panowie, którzy raz na jakiś czas rzeczywiście stworzą przebojowy soundtrack, ale częściej odcinają kupony odpalając “Hans Zimme Music Generator” i wszyscy są zadowoleni. To jednak jest muzyczne lenistwo, które jeszcze jestem w stanie zaakceptować. Inna sprawa ma się z następnym krokiem, czyli stworzeniem ścieżki dźwiękowej składającej się głównie ze znanych przebojów.

Film rozgrywa się w latach osiemdziesiątych, więc w tle leci jakaś piosenka Queen. W międzyczasie poznajemy naszego kozackiego bohatera, który robi coś poza ogólnie przyjętymi zasadami, a to okazja, aby puścić na przykład “Breaking the Law”. Niedługo nastanie pora na poznanie diabolicznego przeciwnika naszego protagonisty, który szczyci się charyzmą i pewną diaboliczną przewrotnością. No to chyba wypada wrzucić jako ilustrację “Sympathy for the Devil”.  Oczywiście przesadzam, ale w taki sposób widzę większość piosenkowych wyborów do typowych kinowych hiciorów, którymi jesteśmy zalewani. Co gorsza, po takim wytrysku oczywistości, często słychać pochwalne głowy typu “dobrze podkreślili ducha epoki” lub “film średni, ale muzyka to jednak było coś”. Smutna prawda jest taka, że często nie potrafimy wywnioskować, czy potrzeba nam muzyki dekoracyjnej, czy po prostu zbioru fajnych piosenek, które znamy.

Warto chyba zaznaczyć, że ogólnie nie jestem za wielkim fanem wrzucania piosenek do filmu, bo zazwyczaj zasłaniają one właściwą treść i narzucają nam odbiór. Oczywiście są przykłady dzieł, w których odpowiednio dobrany tekst potrafi uczynić cuda, choć najczęściej mamy do czynienia wtedy z utworami stworzonymi z myślą o danym filmie. Chodzi mi między innymi takie chlubne wyjątki, jak “Absolwent” czy “Człowiek z blizną”. Szczególnie w tym drugim przypadku czuć, na czym powinien polegać taki romans – kiedy słyszy się “Push it to the limits” od razu ma się w głowie Tony’ego Montanę. To przykład na to, że kawałek użyty w filmie może być jego naturalnym przedłużeniem, przeniesieniem treści w dodatkowy wymiar. Wydaję mi się, że szlagiery żyjące w symbiozie z danym tytułem, to cecha charakterystyczna dla kina z lat osiemdziesiątych (“Top Gun”, “Karate Kid”, “Rocky III i IV” tak na szybko z głowy), a dzisiaj to odległe wspomnienie. Jednak same piosenki wkładane do filmów nie mają zamiaru nigdzie się wybierać, więc chciałbym pokazać Wam dwa konkretne przykłady, jeden godny pogonienia, a drugi pochwały.

Oto lista kawałków pojawiających się w paszkwilu zwanym “Suicide Squad”

  • The Animals – “The House of the Rising Sun”
  • Lesley Gore – “You Don’t Own Me”
  • The Rolling Stones – “Sympathy for the Devil”
  • Rick James – “Super Freak” (Collector’s Edition only)
  • AC/DC – “Dirty Deeds Done Dirt Cheap”
  • Kanye West – “Black Skinhead”
  • Rae Sremmurd featuring Bobo Swae – “Over Here”
  • Black Sabbath – “Paranoid”
  • The White Stripes – “Seven Nation Army”
  • K7 – “Come Baby Come”
  • Henryk Górecki – “Symphony No. 3 (Górecki)”
  • Queen – “Bohemian Rhapsody”
  • Sweet – “The Ballroom Blitz” (trailers only)
  • Norman Greenbaum – “Spirit in the Sky” (Collector’s Edition only)

Jeśli wydaje się Wam, że początek drugiego akapitu był trochę naciągany, to przyjrzyjcie się dokładnie powyższym utworom.  “The house of the rising sun” pojawia się w momencie, kiedy widzimy więzienie, w którym znajduje się tytułowa drużyna. “Sympathy for the devil” słyszymy podczas przedstawiania postaci Amandy Waller. Jest też kilka kawałków o szaleństwie, ogólnie wieje znaczeniową i muzyczną nudą, bo to też szlagiery zajechane już do porzygu. Jednakowoż nie przeszkadzało to w głoszeniu opinii o super muzyce użytej do filmu. Po co więc twórcy mają się starać, jeśli prawdopodobnie można byłoby ograniczyć liczbę utworów używanych w filmach do kilkudziesięciu, a efekt nadal byłby dla większości zadowalający?

Jako chwalebny przykład używania piosenek w soundtracku zawsze podaje serial “Sons of Anarchy”. Co prawda uważam, że od piątego sezonu opowieść o gangu motocyklowym stała się autoparodią, ale muzyka pozostała wyśmienita do samego końca. Oczywiście zdarzały się też leniwe zabiegi, jak puszczenie “Johnny I hardly knew ya” podczas bójki w irlandzkiej knajpie, ale były one w mniejszości. Po pierwsze – soundtrack wypełniony był niezliczoną ilością bardzo mało znanych kawałków, które w ten sposób wnosiły w sceny pewną świeżość i nutkę ekscytacji, bo równie dobrze mogłyby powstać na potrzebę serialu. Zresztą tak też się zdarzało, bo kilkukrotnie mieliśmy okazję usłyszeć covery szlagierów w wykonaniu zespołu Forest Rangers i okazjonalnymi wokalami Katey Sagal – aktorki wcielającej się w serialową Gemmę (kojarzycie ją też jako Peggy ze “Świata według Bundych”). Pojawiały się też przeróbki w ciekawych odsłonach, jak na przykład hiszpańska wersja “The times They are Changin”) zespołu Franky Perez & Los Guardianes del Bosque. Można wymieniać jeszcze wiele, ale przekaz jest jasny – twórcy serialu naprawdę włożyli dużo pracy w to, aby soundtrack był ciekawą ilustracją do tego, co dzieje się na ekranie, a nie tylko prostym zadowoleniem widzów.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.