Brudne Południe vol. 2: Gangster chce do raju (Z-Ro – No Love Boulevard)

Za przegląd odpowiada jeden z czytelników Trzech szóstek – Czarek Kwiatkowski (zbieżność nazwisk przypadkowa). Za dnia edytor materiałów do nauki angielskiego, wieczorami leń i fan zmywania naczyń.  Stawia znak równości między The Stooges a 2Chainzem. Nie potrafi przekonać się do Swans.


Pomysł na ten tekst narodził się w słonecznej Chorwacji – słońce, luz, relaks…Trochę jak w teksańskim rapie (brakuje tylko sporych ilości alkoholu, dymu i wypasionych kółek). Choć obrazek ten może przywodzić na myśl rap z Zachodniego Wybrzeża, to niesforni południowcy uczynili z niego swój znak firmowy. Ta pozornie beztroska estetyka to tylko jedna strona medalu; codzienne zmagania o parę groszy, uliczne porachunki i konflikty z prawem to druga. Teksańczykom udaje się jednak nawet w tej mniej sielankowej tematyce przemycić sporą dawkę luzu i dystansu do świata.

Do najznamienitszych reprezentantów tamtejszej sceny można z pewnością zaliczyć UGK czy Geto Boys, grupy-instytucje, dzięki którym Teksas zasłynął na rapowej mapie USA. Innym znaczącym graczem był bez wątpienia DJ Screw, twórca stylu chopped and screwed, dziś popularnego na całym świecie (sięgnięcie po chopped and screwed na “Esende Mylffonie” Tedego było swego czasu naprawdę nowatorskim zabiegiem). W tym tekście chciałbym się jednak skupić na innym twórcy, który jest dla mnie symbolem teksańskości w rapie, tj. Z-Ro – legendzie podziemia, wieloletnim kolaboratorze m.in. UGK – którego twórczość stanowi najlepszą ilustrację szorstkiej codzienności Głębokiego Południa.

Określenie „legenda” nie wydaje się przesadne, zwłaszcza, że w 2007 roku „New York Times” uznał reprezentanta Houston za jednego z najbardziej niedocenionych raperów (LINK). Mimo 22 (!) albumów na koncie, Z-Ro wciąż nie osiągnął popularności porównywalnej z niektórymi ze swoich kolaboratorów. Jednak konsekwencja w rozbudowywaniu dyskografii idealnie odzwierciedla postawę życiową prezentowaną w jego utworach: parcie przed siebie mimo niesprzyjających okoliczności, przysłowiowe robienie czegoś z niczego (raper dosłownie do tego nawiązuje w utworze „From the Other Side”: Turning nothing into something is the only option / I’m off the showroom floor / I don’t go to auctions).

Pełny przegląd dyskografii weterana z Houston zdaje się wykraczać poza moje siły, dlatego skupię się na przedostatnim dziele rapera, albumie “No Love Boulevard”. Najbardziej uderzającą cechą płyty jest (skuteczna!) próba mieszania pospolitej gangsterki z duchowością czy wręcz religijnością. Motyw ten pojawia się również na innych płytach rapera, ale właśnie na tym krążku jest on szczególnie akcentowany. Słuchacz odnosi wrażenie, że im większy street cred, im więcej sprzedanych narkotyków, tym bliżej houstończykowi do Boga. W utworze „Devil in Me” Z-Ro odwołuje się też do afroamerykańskiej duchowości; w rozpoczynającym utwór skicie zostaje nam zasugerowane, że można mu zabrać wszystko, ale żadne przeciwności losu nie są w stanie pokonać jego ducha.

Z-Ro chwali się swoim trzeźwym spojrzeniem na życie: jest pozbawiony złudzeń, wie, że musi twardo stąpać po ziemi i trzymać pistolet i portfel w zasięgu ręki, o czym opowiada w „Solid” (Even if it’s my relative, they be like „Ro, let me live!” / Homie think I owe him somethin’, cuz we started this shit together /And then he was gone, but my hustle went on, that’s why I ended up with the cheddar). W tych pozornie aroganckich przechwałkach raper zwraca jednak uwagę, że jego uliczna działalność nie jest dla niego pustą grą o uznanie, ale walką o przetrwanie, lub po prostu sposobem zarabiania na chleb, na co zwraca uwagę w „Belong to the Streets” (Look, I got my money right now / No more month to month / I can buy this shit right now / Shining so bright I don’t need to buy no more ice now).

Powyższe tematy idealnie współgrają z wokalem Teksańczyka. Głęboki głos Z-Ro to doskonałe medium dla tego typu ulicznej refleksji, dostarczanej słuchaczom za pomocą zarówno rapu, jak i śpiewu, który podkreśla duchowy aspekt opowiadanych historii. Przebojowe śpiewane refreny, typowe dla teksańskiej sceny, zasługują na szczególne uznanie.

Z-Ro nie ma parcia na szkło, stale robi swoje, a w wolnych chwilach nagrywa kolejne albumy. Nie jest najbardziej zaskakującym tekściarzem, a tematyka jego utworów nie jest szczególnie zróżnicowana. Jednak swoją twórczością udowadnia, że jest solidny i nie zejdzie ze sceny pod byle pretekstem. Właśnie to wydaje mi się najmocniejszym punktem tego albumu. “No Love Boulevard ma potencjał, by podnieść na duchu wielu pogubionych, wątpiących w swoje możliwości słuchaczy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.