10 x jazz 70’s dla wymagających wg The Seventies – #3

Hej, tu ponownie The Seventies. Oto trzecia część i dziś w końcu przechodzę do muzyki, która poszukuje wymagającego słuchacza, ale też sama od niego wymaga: czasu, skupienia, uwagi, rozkmin, poznawania kontekstów.

Ponieważ mam zboczenie historyczne, z samozwańczą specjalizacją w archiwistyce i katalogowaniu, to przypomnę w prologu klucz, wg którego to zestawienie powstało. To nie są najlepsze i najważniejsze nagrania lat 70; to nie jest zbiór najważniejszych LP, czołowych nazwisk, znanych płyt z drugiego obiegu czy nitka rzeczy totalnie niszowych; to jest ciuchcia jadąca od roku 1970 do 1979, do której mogą załapać się przedstawiciele każdej z tych sekcji. Ja szukam ELEMENTÓW, które są wartościowe albo dały żyzny plon. Przejrzałem kilkaset nagrań, żeby wybrać te najbardziej w punkt.

Mam nadzieję, że dobrze się ich słucha.


Miles Davis Bitches Brew (1970)

Chyba bardziej „historycznej” sesji nie było w historii jazzu. Legendarna płyta, na której nagranie do studia zwaliło się stado muzyków, którzy wkrótce sami stali się legendami. Tu grają ci, którzy za kilka lat poprowadzą najważniejsze jazzowe zespoły lat 70. Ale nie jest to płyta łatwa.

Pisałem, że lata 70. to przewrót w zakresie sposobu komponowania. No to tutaj jest destrukcja wszystkiego, czego przez lata uczyli mistrzowie. Spuszczone ze smyczy stado mistrzów grających to, co im intuicja przyniesie. Jedni się włączają, inni wyciszają – ale nikt nie przegina, bo każdy boi się zebrać surowy opieprz od Milesa. Dyscyplina i mistrzowski fach – to 3/4 sukcesu. Pozostała część to pionierska praca w studiu nad zapętlaniem tych najlepszych sekcji, żeby długaśne jam-session zamienić w 20 minut żywej perfekcji z wyraźnym, przewodnim vibem.

Zapraszam do nienachalnie mistycznego „Pharaoh’s Dance” będącego ucztą wyłapywania smaczków pod palenie shishy. Przejdźmy do głębokiego jak studnia „Bitches Brew”, gdzie po przerażającym, nokturnowym intrze wjeżdża huragan bałaganiących mistrzów. Jak to już chwyci, to jesteście w pułapce. Daliście się skusić narkotykom i błagacie o więcej. Więcej dostarczy druga płyta z kawałkami „Spanish Key”, „John McLaughlin” i „Miles Runs The Voodoo Down”. A potem bonusy. A potem album „Big Fun” i jego bonusy. A potem „In A SilentWay”. A potem zaczynacie słuchać koncertów, takich jak „Black Beauty” czy „Live At The Fillmore East”. A potem się orientujecie, że stworzony przez kilka lat przez Milesa wszechświat muzyki to są rzeczy, które będziecie słuchali i odkrywali do końca życia.

Ostrzegałem, jakby co.


Herbie Hancock – Mwandishi (1970)

Jazz i kosmos idą w parze, ale mówiąc szczerze – kosmicznych rzeczy nie dało się zagrać odpowiednio bez posiadania elektrycznych instrumentów, z pianinem Rhodes Fendera na czele. Ale Hancock zrobił nawet nie o krok więcej. On ten kosmos rozkodował. Zamknął się w studiu z ekipą filozofów, rozpisał wszystko na papierze i dotarł do jądra atomu.Troszkę koloryzuję, ale taka jest ta płyta. To jest wystrzelenie jazzowej kapsuły gdzieś w cholerę daleko w Układ Słoneczny i transmisja na żywo z tego wydarzenia.

Zresztą jak się odpali pierwszy kawałek, to po minucie słychać, że nie przesadzam. Zabójczo intensywny, transowy groove i astralne patenty na efektach do pianoli. Ale arsenał ciekawych środków jest większy, zachęcam do odłączenia się od świata i samodzielnego ich poszukiwania.

A później są dwa inne utwory, w których dzieją się różne rzeczy. Ja np. dopatrzyłem się tam momentu zapewne całkiem nieświadomego stworzenia doom-jazzu.

Aha, za muzykę wcale nie byli odpowiedzialni Hancock, Henderson, Priester, Chancler, Hart, Maupin i Williams, tylko Mwandishi, Mganga, PepeMtoto, Ndugu, Jabali, Mwile i Mchezaji. Jakbym chodził na koncerty w afrykańskich ciuchach, to pewnie też bym pomyślał nad stosowną ksywką. Kontynuujmy podróż przez kosmos z płytami „Crossing” i „Sextant”, a następnie solowymi „Realization” i „Inside Out” Eddiego Hendersona.


Bobby Hutcherson Head On (1971)*

Wibrafon to ekstra instrument, lecz troszkę przez historię poszkodowany, bo najczęściej jest tylko miłym dodatkiem do reszty. Trzeba zatem być prawdziwym kozakiem, żeby uczynić z niego narzędzie lidera i wyrobić sobie nazwisko, żeby pozwolili ci nagrywać solowe płyty.

Takim kozakiem był Hutcherson. Jego dyskografia z lat 60. to jest pasmo znakomitych nagrań, krążących od prostego jazzu na czasie po konkretne free. Na „Head On” gość podejmuje wyzwanie ubrania muzyki w bardziej intelektualną formę, czerpiącą m.in. z muzyki poważnej. To nie jest przypadkowe free – to jest rozbuchana, niemal orkiestrowa forma. Artysta pokazuje na okładce, żeby trzymać nakrycie głowy, bo może nam zerwać kask.

W tym okresie Hutcherson miał też kilka fajnych nagrań w mniejszym składzie z saksofonistą Haroldem Landem, gdzie zawarli dużo bardzo konkretnego mięcha z elementami free – „”Choma (Burn)”, „San Francisco” i „A New Shade od Blue”.

*(Uwaga, możecie znaleźć tę płytę w wersji z 3 bonusami („Togo Land”, „Jonathan”, „Hey Harold”), które są bardzo fajne, ale nie mają nic z klimatu macierzystej płyty.)


Pharoah SandersBlack Unity (1972)

Gwardzista Coltrane’a od grania tych dziwniejszych dźwięków, po śmierci lider całego spiritual-jazzowego nurtu, który na okładce płyty siedział w kwiecie lotusu i zapraszał wokalistę, żeby śpiewał o Allahu w rytm dziesiątek instrumentów perkusyjnych. Pełen odlot.

Jego znakiem rozpoznawczym były długaśne, ale totalnie satysfakcjonujące suity, w których roiło się od wszystkiego – bębnów, bębenków, piszczałek, fujarek, basów, a na tle tego wszystkiego czasem ktoś śpiewał, ale głównie dął w saksofon lub trąbkę. Na “Black Unity” jest tylko jeden kawałek – ma 37 minut, ale tak sobie płynie, że nie wiadomo kiedy taki kawał czasu nam ucieka.

Formuła Sandera zaczęła się z grubsza po tej płycie wyczerpywać i gość zaczął szukać nowych bodźców, ale swojego sukcesu już nigdy nie powtórzył. Dlatego dobrze się cofnąć w czasie do płyt „Summun, Bukmun, Umyun (Deaf, Dumb, Blind), „Thembi” oraz tych najbardziej znanych: „Karma” i „Jewels Of Thought”.


Weather Report Sweetnighter (1973)

To jest ciekawa kapela. Znana na całym świecie, bo zrobiła karierę dzięki kilku bardziej przebojowym nagraniom (zwłaszcza kultowym „Birdland”) i bardziej ciążącym w lekką stronę płytom. Jednocześnie pierwsze prawie 10 lat twórczości to nie jest wcale łatwy orzech do zgryzienia. Powody były dwa – saksofonista Wayne Shorter i klawiszowiec Joe Zawinul. Bo obaj grali tak… dziwnie.

Nigdy nie słuchało mi się płyt WR łatwo i przyjemnie – liderzy mieli cholernie oryginalny styl gry, w którym najczęściej całkiem rezygnowali z takiego typowego dla jazzu drive’u. Zamiast się rozpędzić i skończyć, tam jest masa niuansów, półsłówek i półnutek, rzeczy nieoczywistych, kawałków, które brzmią trochę, jakby się nie mogły na dobre rozkręcić. I w tym często tkwi ich piękno.

„Sweetnighter” stoi gdzieś pomiędzy mocno chropowatymi początkami zespołu, a poszukiwaniem nowej formuły z bardziej wyrazistymi kompozycjami. Jest tu mocno transowo, ale powiedziałbym, że to „trans aktywny”. Tu się cały czas coś dzieje.


Ralph Towner Solstice (1974)

Chciałem napisać coś o saksofoniście Janie Garbarku, który dziś chyba uchodzi za takiego już nudzącego, trochę sztucznie wykwintnego grajka od pejzażowego jazzu, ale początki miał całkowicie godne szacunku. Jego dyskografia z lat 70. to są bardzo nowatorskie rzeczy i patenty, do dziś powielane przez takie szerzej lubiane składy jazzowe, jak np. u Możdżera. Ale było tam też dużo skandynawskiego mroku i niepokoju.

Jakoś mi najlepiej ten klimat projektuje się na cudzej płycie, gitarzysty Ralpha Townera. Gość miał 12 strunową gitarą akustyczną, więc to zupełnie inne rejony niż jazz-rock z poprzedniego odcinka. Trochę smutku, trochę zadumy, trochę radości, trochę tej bezdennej skandynawskiej otchłani, która cię mrozi i odbiera chęć do życia. Bardzo fajne granie.

Z dyskografii samego Garbarka polecam bardzo „Witchi-Tai-To” i „Dansere”, ale on generalnie miał wtedy dużo ciekawych rzeczy na koncie.


Tomasz StańkoBalladyna (1975)

Czołem Polska! Znowu wjeżdża nasza husaria z materiałem rozwalającym beret. W zeszłym zestawieniu był elektryczny Urbaniak, tutaj czysto akustyczny Stańko z genialnym Tomaszem Szukalskim na saksofonie, skandynawskim kumplem na perkusji Edwardem Vesalą, i grubą gwiazdą w postaci Dave’a Hollanda na kontrabasie.

Materiał z „Balladyny” to narkomańska jazda bez trzymanki, chociaż bardzo mocna osadzona w jazzowych ryzach. Jest też strasznie polsko-słowiańska. To trochę ciężkie do wytłumaczenia, ale mając za sobą tysiące godzin z jazzem w słuchawkach i na koncertach, autentycznie słyszę tutaj coś bardzo naszego. Co jest strasznie fajne, bo ktoś z naszych osiągnął mistrzostwo w dyscyplinie nie naśladując innych mistrzów.

Stańko to w ogóle miał wtedy super dyskografię. Posłuchajcie koniecznie płyt „Twet”, „Purple Sun” i genialnego „Music for K.”, jeszcze z 69 roku.


Miles Davis Agharta (1975)

Powracam z Milesem. Nie dziwcie się. Muzyka na tej płycie TOTALNIE różni się od „Bitches Brew” z początku tekstu. Delikatesowa mozaika została zastąpiona przez funkowy walec wgniatający wszystko w ziemię i nie bierze jeńców. To dwie, walące zawadiackie riffy gitary, tłusty bas i perkusyjna obstawa oraz już mocno zmęczony życiem, seksem i dragami Miles, który raz sięga do trąbki (z którą coraz mniej kreatywnie się obchodzi), raz po swoje dziko brzmiące organy, a raz dyryguje zespołem, rozkazując nagle zamilknąć wszystkim oprócz solisty i na skinienie ręki przywrócić funkowy pociąg na tory.

Tak, to nie zabrzmiało jak rekomendacja. Ale wszystkie kawałki zespolone w jedną całość dały płytę absolutnie potężną. Płytę, o której ciężko dłużej pisać, bo to jest plemienne, atawistyczne momentami przeżycie. To są też drzwi do nowej epoki jego twórczości, w ślad za którą idzie nagrany dzień po „Agharcie” koncert „Pangaea”, nagrany znacznie wcześniej i diabelsko agresywny koncert „Dark Magus”. Wisienką na torcie jest dwupłytowe, studyjne „Get Up With It”. Na drugim krążku króluję srogie, funkowe jamy (i jeden kawałek z harmonijką!), a na pierwszej przerażająco ponure i zjawiskowo dobre, półgodzinne(!) „He LovedHimMadly”, surowo-koktajlowa „Maiysha” i proto-drum’n’bassowe „Rated X”.


Terje Rypdal Odyssey (1975)

Pisałem przed chwilą coś o odbierającej chęci do życia muzyce ze Skandynawii. To tutaj mamy podobny klimat, ale uzyskany innymi środkami. Chociaż płyta zaczyna się jak kopia Mahavishnu Orchestra, to po tym oszukańczym intro wchodzi właściwy motyw na niemal 17-minut. Jest ciemno i ponuro jak w zimę po 16:00, ale ta otchłań po prostu wciąga. Do tego sam Rypdal jest fantastycznym gitarzystą, który wypracował sobie bardzo oryginalną technikę – to zawsze warto docenić.

Album jest dwupłytowy, więc można się dołować przez ponad godzinę.


Oliver Lake ‎– NTU: Point From Which Creation Begins (1976)

Seventisy to duży zwrot afrojazzmanów z USA w stronę Afryki – strojów, nazw, rytmów, instrumentów. Albumów w duchu pojednania z przodkami powstała mas i ciężko mi wybrać taki, który jest najbardziej reprezentatywny. Zwłaszcza, że każdy porządny starał się wnosić coś swojego.

Ale ten jest bardzo fajny, gdyż łączy dużo elementów, które lubię. Są plemienne wstępy, jest groove, solidne solówki, trochę zgrzytów, bardziej pokręcone, koncepcyjne partie i solidny finałek.

Oliver Lake to zresztą przedstawiciel sceny St. Louis, gdzie powstawało dużo szalonych projektów. Ma na koncie też świetne „Heavy Spirits”, „Passing Thru”, duet z puzonistą Josephem Bowiem i feature w kilku kapelach, o których będzie w kolejnym artykule.


PLAYLISTA:

2 Replies to “10 x jazz 70’s dla wymagających wg The Seventies – #3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.