Wywiad: Wojciech Kucharczyk (Mik Musik)

Z Wojciechem Kucharczykiem, założycielem oficyny Mik Musik, rozmawiałem między innymi o tym, jak w Polsce wydaje się niezależną muzykę i jaka przyszłość może czekać techno.


Prowadzenie w Polsce labelu z niezależną muzyką wywołuje więcej frustracji czy satysfakcji?

Nie mogę być głosem całego tzw. środowiska, więc całościowo patrząc na pewno jest bardzo różnie, a że lubię szczere rozmowy, to osobiście sprawę ujmując ostatnio o wiele więcej frustracji się pojawia, nawet bardzo dużo. Ale pamiętam momenty wielkiej satysfakcji, jasności. Oczywiście, to też wszystko zależy pod jakim kątem sprawę oglądamy – jako jeden z niewielu labeli działających w Polsce, już od omalże ćwierci wieku, mam powody do zadowolenia. To jest konkretny wkład w kulturę, zmianę, rozwój, ale też taka świadomość w połączeniu z dokładną wiedzą, gdzie się jest, co można, a raczej jak bardzo wiele nie można, na przecięciu ze stanem konta tym bardziej frustruje.

Mik Musik często z frustracji, kryzysu i depresji robiło zaletę, naście lat temu nawet powołaliśmy „serię kryzysową“, która się obiła dość szerokim echem międzynarodowo, miało być bardzo tanio, ale superdobrze, co na początku lat zerowych wydawało się dość egzotycznym pomysłem, jakkolwiek obecnie to dziwnie może brzmieć. Z różnych takich opadów robiliśmy coś, zawsze działając z superniskimi budżetami, raczej główkując, testując nietypowe pomysły wydawnicze osiągaliśmy cel.

Każdy wydawca ma inne sprawy do osiągnięcia, inny plan. Po tylu latach wydaje mi się, że największym sukcesem jest to, że z Mik Musik wytrwałem mimo potwornych czasem przeciwności wszelkiego typu. To niestety projekt mojego życia.

Z problemami finansowymi chyba wszyscy wydawcy się borykają non-stop, a jak komuś z jakimś tytułem pójdzie świetnie, to przy kilku następnych wtopi i dopóki robi się to z radością, to jest ok. Ja już powoli dobijam do ściany, z wiatrakami walczyłem wiele lat, już jestem stary i mi się trochę nie chce. No i straciłem tą radość, mam takie wrażenie. Mam nadzieję nie straciłem poczucia humoru.

W tym momencie nie wiem jak będzie, co będzie, po co będzie, w jaką stronę. Nowe technologie są mieczem obosiecznym, może nawet czworosiecznym, nawet nie wiemy, jak bardzo się uginamy pod naporem. Powinny pomagać, ale popatrz dookoła – czy świat idzie w dobrym kierunku? Muzyka będzie zawsze, ale płyty na pewno nie. Od jakiegoś czasu raczej takiego trochę dziwnego motto się trzymam.

Wiesz, musiałbym tutaj książkę napisać, żeby samemu to wszystko pojąć, zobaczyć fakty czarno na białym, a co dopiero żeby zrozumieli to ludzie postronni. Poza tym nawet jakby zrozumieli, to przecież nie zaczęliby kupować płyty, pliki, wspierać artystów na różne sposoby. Nie wierzę w taki obrót spraw już w ogóle. Może to w ogóle jakiś masochizm, trudno, mam jak mam.

Mik Musik istnieje od 1994 roku. Czy przez te wszystkie lata był okres, gdy czułeś ze strony władz, głównie tych lokalnych, jakiekolwiek wsparcie? Nie pytam jedynie o pieniądze, ale także o stwarzanie przyjaznej atmosfery, nawet poprzez nieprzeszkadzanie i nie rzucanie kłód pod nogi.

Wsparcie? Nie, na pewno nie. Ja z jakąkolwiek władzą się nigdy nie kolegowałem. Polityka zawsze dla mnie była podejrzana, a co dopiero politycy, domorośli i amatorscy w dodatku. Ale zdarzało się, że jakieś szczególne projekty były i owszem płacone z tak zwanych pieniędzy publicznych, lecz nigdy Mik bezpośrednio o takie nie występował. To raczej były zaproszenia z jakichś instytucji, głównie śląskich, bo tu bazujemy, do zrobienia jakiegoś projektu, specjalnego koncertu, kilka płyt w ten sposób powstało, raczej niewiele. Ale ja nigdy za tym nie chodziłem, to były zaproszenia, traktowałem to jako zlecenie, które jako freelancer biorę lub nie biorę, a biorę wtedy, kiedy moralnie jest jakoś wytłumaczalne, najlepiej gwarantując wolną rękę i możliwość uzyskania wysokiego poziomu artystycznego.

Grantozie zawsze mówiłem nie. Samemu zarobioną kasę zupełnie lepiej się traktuje. Normalnie wydana w Mik płyta nigdy nie miała obcego sponsorskiego logo. Pierwsze to w ogóle nawet miały wyraźny napis „not sponsored, not censored“, potem dołożyliśmy jeszcze „nasza muzyka naszym hologramem“, choć to dotyczy nieco innych kwestii.

A co do atmosfery – był taki czas, kiedy przeszkadzania nie było, różni znajomi pracujący w NGOsach czasem bywali zadowoleni, przede wszystkim czuło się, że jest jakiś rozwój, że ciężko to idzie, ale do przodu. Dlatego tak bardzo nienawidzę PiSu i aktualnego rządu, bo właśnie ten długo wypracowywany rozwój zahamowali z piskiem, machina stanęła dęba i zaczęła się staczać tyłem w przepaść. Z łoskotem. Wiele lat pracy i w mgnieniu oka wiele możliwości znika. Z wieloma sprawami byliśmy już dość blisko, powstawały jakieś zalążki systemu, nawet wracając do tematu współpracy z instytucjami już prawie dawało się różne zawiłe estetycznie tematy tłumaczyć, ale teraz nie, wchodzi autocenzura, jeśli nie cenzura faktyczna, strach, demony z szafy, poza nielicznymi, którzy nie widzą innej drogi niż opór wobec obecnej sytuacji, raczej czarno to widzę. A muzycy, artyści sami z siebie, jakoś do walki o lepsze jutro się nie kwapią, mało o tym mówią, stanowczo zbyt rzadko o tym śpiewają, piszą, rysują, ogólne wrażenie jest „Polacy nic się nie staoo, Polacy niż się nie staooooo“, a się stało i to dogłębnie, i dotyczy nas to bez wyjątku wszystkich.

Nie wiem, może większość jest ciągle w szoku, albo nie wie co z tym zrobić, albo bierze to na przeczekanie, a może po prostu zawsze to wszystko mieli gdzieś. Ja po tylu latach działania w pocie czoła już nie mam ochoty na cokolwiek czekać. Trzeba by z wieloma sprawami, systemami wypracowanymi zaczynać od zera. Nie mam już na to siły, chciałbym po prostu spokojnie kontynuować, a okazuje się, że to są jakieś niesamowite wymagania.

Nasuwa się także pytanie, jak w ogóle powinny wyglądać relacje pomiędzy rządzącymi a artystami. Wystarczyłoby samo nie wtrącanie się, czy może wskazana byłaby współpraca oparta o dotacje i tym podobne?

Nie wtrącanie się, to raz. Dwa to EDUKACJA, tu jest potrzebna największa reforma z wszystkich. Tu zacząłbym wszystko od zera. Mamy XXI wiek, a nie czasy renesansu, czy nawet oświecenia. Nauka posunęła się do przodu, a edukacja tkwi mniej więcej w wiekach średnich.

Potem jakiś system wspierania artystów, wiesz, żeby ktoś mądry wymyślił jak my naprawdę możemy sobie na emeryturę płacić z naszych często mikrozarobków, jak się ubezpieczać bez kombinowania, jak leczyć bez zaciągania kredytów na zaklejenie dziur w zębach, wiesz, takie proste rzeczy. Artysta w Polsce nie jest traktowany jako pełnoprawny obywatel i jedna ulga przy płaceniu podatków nic tutaj nie zmienia. Ja będąc jednoosobową fabryką muszę sobie zapewnić wszystko: miejsce, narzędzia, podróże, a już niczego odliczyć nie mogę. A żeby w pełni legalnie działać, musiałbym zostać biznesmenem, mieć poważną firmę, faktury i krawat, no ratunku, to zupełnie bez sensu. Po to się ludzi szkoli na artystów po różnych akademiach, żeby potem nie mogli w tych dziedzinach po ludzku działać, żeby nie mieli jakiejkolwiek systemowej opieki państwa?! Artysta jest inny, ale nie na zasadzie, że lepszy, po prostu to totalnie inny sposób życia, działania, zarabiania, bycia, a to czego państwo od nas wymaga jest takie samo jak od właścicieli fabryk samochodów lub budowniczych autostrad. To zupełnie źle. To niewłaściwy rodzaj „równości“. Ja całe dorosłe życie pracuję 24/7, nie zamykam maszyny myślącej o 17-tej i idę się relaksować, niestety. Pulsuje cały czas, nawet o zgrozo na tzw. wakacjach.

Dotacje? Na niektóre sprawy na pewno tak. Ale dotacje, nie jałmużny. Wiele kasy się marnuje, ogromne kwoty, bo urzędnicy się nie znają na kulturze w ogóle, ale wiedzą komu trzeba dać, żeby było miło i po myśli rządzących, żeby zapewnić sobie głosy w następnych wyborach. Wystarczyłoby kilku ekspertów na właściwych miejscach, czyli wracamy do edukacji. Póki co to marzenia ściętej głowy.

Miałeś sporo obaw, gdy zakładałeś Mik Musik w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych? Da się w jakiś sposób porównać tamte czasy z bieżącymi?

Żadnych obaw, czego mogłem się obawiać nie wiedząc o tej robocie prawie nic? Raczej wiedziałem, że trzeba będzie dokładać, więc robiłem tak, żeby starczało i było do wytrzymania, poza tym jako człowiek zajmujący się działaniami artystycznymi od dziecka byłem przyzwyczajony, że za wszystko sam płacę: za kartkę, blejtram, farbę, pałkę, bęben, syntezator, kserowany katalog do wystawy, czyste kasety C90, że to takie hobby-nie-hobby.

Czasów nie da się porównać, wtedy była wielka nadzieja, wydawało się, że z trudem, ale nadciąga jasna przyszłość. A teraz proszę, pokaż mi jakieś światło w tunelu. Nie mam żadnej nostalgii za tamtymi czasami, raczej jak sobie pomyślę, jak to się działo, jakimi sposobami, to ogarnia mnie zażenowanie i chce mi się śmiać ze swojej naiwności. Ale był ruch, było zainteresowanie, nawet bez internetu informacja się rozchodziła, mało tego, z ciekawszym skutkiem, ludzie szukali, byli zaangażowani, teraz siedzą przed ekranami i czekają na jakieś zbawienie chyba, i nawet jak podasz na tacy wyśmienite danie, to ci bardziej aktywni tylko wzruszą ramionami, większość nawet nie zauważy. Generalizuję, ale mówię to z doświadczenia życia między kilkoma różnymi epokami. Różnice są nie do ogarnięcia.

A nie sądzisz, że ten brak reakcji jest spowodowany tym, że w ciągu dnia docierają do nas dziesiątki różnych impulsów i siłą rzeczy musimy przeprowadzać pewną selekcję? Sam w dalszym ciągu mam ogromne muzyczne zaległości – wciąż muszę dokonywać pewnych wyborów, co w danym tygodniu powinienem przesłuchać, a co musi poczekać na swoją kolej.

Tak, to jasne. Można mówić, że jest wszystkiego za dużo, aczkolwiek wierzę, że możliwości ludzkiego mózgu są większe niż nam się wydaje. Tylko że też chyba jest więcej lenistwa niż kiedyś. W tzw. dawnych czasach, żeby muzykę zdobyć, niekoniecznie na jakimś ówczesnym nośniku, ale żeby w ogóle móc ją usłyszeć, trzeba było sobie zadać realny trud, a już rzeczy spoza kanonu radiowego, znane z opowieści, plakatów z gazet przywiezionych przez wujka z RFNu, to już była akrobacja. Oryginalny winyl tłoczony w UK?! Ja to chyba coś takiego miałem po raz pierwszy na własność pod koniec lat 80-tych i starłem to doszczętnie, muzyka miała swoją realną cenę, potrzeba było wyrzeczeń. Do dziś pamiętam jak kupiłem pierwsze CD za jakiś chory majątek. A teraz? Wszystko kapie z nieba. I to ma swoje plusy, bo znajdziesz wszystko, ale też dewaluacja postępuje. Kiedyś tych najlepszych płyt słuchało się latami, a teraz po tygodniu większość nagrań jest stara, bo trzeba pędzić, gonić, przerabiać, odhaczać na tym zylionie różnych platform. Wiem, brzmię jak weteran, ale niestety nim jestem. Sam korzystam ze wszystkiego: mam superstare płyty, nawet jakiś szelak się znajdzie, kasety, nawet enhanced cd niejedno u mnie znajdziesz, a mp3 ściągam na bieżąco. Ciągle nie mogąc się przyzwyczaić do strimingów, które traktuje jako reklamę „prawdziwych“ płyt. Jak coś mi się naprawdę podoba, to staram się kupić to na CD, przełomowe na winylu, ale szukam jak najtaniej, wiadomo. Dodam, że przełomowych jakoś ostatnio mam niewiele.

Z których wydawnictw Mik Musik jesteś szczególnie zadowolony? A może inaczej – które należą do Twoich ulubionych?

Bardzo trudne pytanie. Z każdą płytą wiąże się jakaś osobna historia, na ogół bardzo ciekawa, raz krótka, raz bardzo długa. Nie wiem, które są jakimiś kamieniami milowymi. Wiem, co się najlepiej sprzedało aka rozeszło i to ma jakieś znaczenie, choć czasem się po latach dziwię, że te bestsellery w ogóle nagrałem lub wydałem. Są też płyty, które wiem, że są genialne, ale sprzedały się totalnie słabo lub prawie w ogóle.

Jest pewna grupa takich płyt-progów między etapami – pierwsze płyty, czy raczej kasety Mołr Drammaz to oczywiste, bo dzięki nim dość szybko zostaliśmy przyjęci przez środowisko jako „poważni gracze“. Potem moje pierwsze solo, czyli „Zajmująca fizyka“, zrobione jako retro*sex*galaxy, przy okazji pierwsza w całości płyta nagrana w domu bez ingerencji żadnego zewnętrznego inżyniera, następnie wznowiona parę razy, także na winylu przez Gagarin Records Felixa Kubina i wiem, że do dziś jest poszukiwana. Później pierwsza płyta Sebastiana Buczka „Wabienie dziewic“, być może najlegendarniejsza w całym naszym katalogu, zawierająca nagrania przeniesione z jego woskowych, szelakowych i tym podobnych „prymitywnych“ nagrań, potem pierwsze solowe płyty Bartka Kujawskiego aka 8rolek „ptak mechaniczny“ i Piotrka Połoza aka Deuce (obecnie Tsar Poloz) „not in the kitchen“, pierwsza solowa mojej siostry Aśki aka Asi Mina „wszystko mam, tylko gdzie?“… Ważny był też pierwszy album The Complainera, mojego kolejnego solo, bardzo szeroko zauważony na świecie z całą stroną w The Wire włącznie (wtedy to było naprawdę coś, może nawet dalej jest, haha). Wszystkie te nagrania otwierały nowe ścieżki, wizje, horyzonty, możliwości, kontakty, połączenia. W późniejszym okresie, po restarcie Mika, po krótkiej hibernacji, bardzo ważne są pierwsze dwa albumy RSS B0YS. Tutaj chyba nie muszę jakoś tematu rozwijać, to raczej najbardziej znany zespół z jakim mieliśmy do czynienia, Wilhelm Bras (Paweł Kulczyński) jest też postacią przodującą. Przez Mik przewinęło się wielu artystów, nie tylko z Polski, w tym zbiorze jest bardzo niewiele płyt, których wydania jakoś bym żałował, tak naprawdę może jedna, ale tą pominę milczeniem.

Dat tutaj nie podaję, zapraszam do zbadania szczegółów na naszych stronach.

Załóżmy, że chciałbym założyć label, który wydawałby muzykę w dużej mierze podobną do tej z Mik Musik Byłbyś w stanie udzielić kilku rad, jak powinienem funkcjonować na rynku? A może od razu byś mi odradzał takie przedsięwzięcie?

Jeśli naprawdę tego chcesz, to jak mógłbym odradzać, nawet jeśli bardzo bym to zrobić chciał, haha. Nie wiem, nie mam recepty, artystom często mówię, gdy chcą ze mną współpracować, że raczej ci karierę załamię, niż rozwinę. Staram się nikogo nie obarczać własnymi błędami, nie jest to łatwe. Więc chyba nie mam zbioru ogólnych rad. Może poza tym, że wierzę, że tylko ludzie odważni i z charyzmą, którzy nie boją się być sobą i nie oglądają się na innych, nie obawiają się wyrzucenia na outside i do najgłębszej niszy, mogą z czasem coś osiągnąć. Przeżyłem już całe tabuny kopistów i fejkowców. I jeszcze jedno – nie rób tego dla kasy, niech ona będzie obecna, ale tylko jako narzędzie, nie jako cel. W sumie to takie banały, ale wiem co mówię. Celem powinno być zmienianie świata na lepsze, nawet jeśli tylko w zasięgu dwóch i pół metra, czy ile tam masz do najbliższej ściany.

Mikowym hasłem od wielu lat jest „you are not so wrong” („jesteś tylko trochę w błędzie”), taka poezja, zawiera większość tego, co mam do powiedzenia.

Pamiętasz, w którym momencie Twojego życia na poważnie pojawiło się techno?

Nie, zupełnie nie. Myślę, że jako ktoś, kogo elektroniczne dźwięki zastanawiały od dziecka, bo lubiłem wszystko science-fiction, po prostu to techno miałem jakoś gdzieś obok. Ale ja bym się też w moim przypadku technem nie przejmował, bo dla mnie sytuacją i bytem wyjściowym jest rytm. I nie ma znaczenia tak ogólnie, jak się go wydobywa, aczkolwiek jednak daję wyższość jakąś tam analogowym metodom, czyli bębnieniu rękami w membranę, bo to ma dłuższą bez porównania historię i miliony ludzi się tym zajmowały na przestrzeni dziejów. Co do maszyn zaczynam mieć podejrzenia, ponieważ są wynalazkiem jakiejś konkretnej, podupadającej cywilizacji. Ale jak wyżej – póki co staram się nie robić różnic, liczy się efekt i czy moja dusza drgnie, czy nie. Style mnie nie interesują, nazwy służą tylko do skomunikowania ekspresowo niektórych myśli. Nie lubię wrzucania do jednego worka często diametralnie różnych estetycznie, historycznie, kulturowo sytuacji. Każdy artysta jest osobnym bytem, każda twórczość jest inna. Istnienie części wspólnych być może jest w ogóle podejrzane, to jakiś paranaukowy wymysł.

A jakim bytem jest projekt Iron Noir, który współtworzysz z Łukaszem Dziedzicem? Odnoszę wrażenie, że w Waszej twórczości jest sporo improwizacji.

To byt bardzo luźny. Gdy przyjdzie nam ochota, to sobie coś robimy. Improwizacja jest podstawą, tak przy nagraniach, jak i koncertach, niestety nader rzadkich. Łukasz, znany także jako John Lake, wcześniej też jako Lugozi, jest ciekawym kompanem, ale także bardzo zajętym człowiekiem: współprowadzi Galerię Szarą w Katowicach, jest kuratorem, działaczem. Dopóki mieszkał w Cieszynie, to było łatwiej nam się spotykać i grać sobie choćby dla przyjemność, bo ja mieszkam niedaleko, teraz jest trudniej, ale działamy, nie oglądając się na to, czy ktoś nas potrzebuje, czy nie. Gdy rozmawiamy, na jutjuba ładuje się kolejne nowe wideo (tutaj LINK – przyp. trzy szóstki), pewnie będzie z 200 oglądnięć. Ale przecież podpisujemy się pod hasłem #resist, wspólnym dla wielu mikowych artystów, więc kropla drąży skałę. To taka bardzo istotna działalność na boku, bez ciśnień, wręcz post-artystyczna, ale wydaje mi się z dość konkretną wizją. Może kiedyś ktoś to zauważy i wtedy się będziemy zastanawiać, jak z tej sytuacji wybrnąć.

Jak oceniasz współczesne techno? Pytam, ponieważ nie trudno zauważyć, że osoby dobrze znające realia poprzednich dekad, rzadko chwalą dzisiejszych wykonawców, zarzucając im niejednokrotnie epigoństwo i emocjonalną pustkę. A dla mnie, czyli dla osoby, która stara się być na bieżąco, aktualne czasy są nieskończoną studnią inspiracji.

Może Cię zdziwię, ale nie czuję się znawcą techno jako tematu. Nie zgłębiam go w ogóle. A na rejwach i innych imprezach jestem tylko, gdy na nich gram, ewentualnie coś kuratorsko/menedżersko ogarniam, więc ostatnio chyba rzadko. Ja już nic nie muszę. Ale jedno co mogę ocenić bez problemu, to aktywność i ta jest duża, ogromna, na pewno już za duża, żeby nawet najgorliwszy badacz mógł to w całości objąć. I to chwalę, choć mam kłopoty z przesłuchaniem większości spraw, jeśli już w ogóle znajdę na to czas. Ilość może zburzyć jakąś ścianę, ale może też przysypać sens. Nie jest to też dla mnie inspiracją, tej szukam w naturze, świecie jako takim, muzycznie w starodawnej muzyce dalekich krain. Style są jak naczynia, gdy chcę wina biorę kielich, gdy herbaty raczej kubek, a można też pić z gwinta.

Masz jakąś wizję, w którą stronę może (powinno?) pójść techno, co jeszcze może się stać np. za 5-10 lat?

Chciałbym zobaczyć jakieś nowe instrumenty, naprawdę nowe, tak przez ciekawość, coś co wyzwala dźwięk jakiego jeszcze nigdy nie słyszałem. Podejrzewam, że ważna coraz bardziej będzie przestrzeń i różne sprawy na przecięciu zmysłów, sam jako nie taki znowu lekki synestetyk chcę kiedyś zobaczyć głośniki emitujące kolory widzialne dla wszystkich, albo wizualsy, które pachną i grają same sobą. Ale sam myślę skończę na graniu patykiem o kamień, może być wydrążony dla lepszego rezonansu. To zawsze jest zabawa. Staram się minimalizować znaczenie współczesnych technologii, bo te widzę coraz bardziej jako narzędzia opresji. Jasne, do wykorzystania, w tym subwertywnego, to póki co robię czasem nawet z przyjemnością, ale wiesz, kiedyś nam wyłączą prąd i internet. Ja będę gotowy.

A gdzie wtedy będziesz Ty i Mik Musik?

W niebie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.