Wywiad: Wojciech Cichoń (Kidd, skwer.org)

Skwer powstał siedemnaście lat temu. Dzisiejszy Skwer w jakim stopniu różni się od tego z 2000 roku?

Skwer w 2000 roku to była podwórkowa ekipa z Elbląga. Kilku początkujących raperów i bitmejkerów z podobnym podejściem do muzyki postanowiło połączyć siły pod szyldem Skwer. Z tamtego składu ostałem się ino ja i Faczyński. W międzyczasie koncepcja płynnie ewoluowała aż do tworu jakim jesteśmy dziś. Ciężko to zamknąć w jakichś ramach. Dla mnie to wciąż ekipa ludzi z podobnym podejściem do muzyki, przez co pewnie i do świata. Można powiedzieć, że jesteśmy netlabelem, chociaż jesteśmy bardzo wybredni co do tego, co wypuszczamy.

Kolejną rzeczą, jaką różni obecny skwer.org od Skweru z Nad Jaru, to fakt, że ciężko zarzucić nam metkę składu/wytwórni stricte hip-hopowej. To wyszło jakoś naturalnie przez to, że nasze gusta muzyczne rosną wraz z nami. “Skwer – nie znajdziesz nigdzie drugiej takiej bajki / będziesz łykał nasze płyty, nawet kiedy będą country.” W skwerze jest miejsce na “truskulowy rap”, eksperymenty elektroniczne, spoken word i post-whathaveyou. Nie jesteśmy jakąś określoną organizacją z legitymacjami członkowskimi – bardziej mikrospołecznością kierującą się jakimś spojrzeniem na twórczość, z pewną specyficzną wrażliwością.

Zakładając Skwer wzorowałeś się na kimś czy działałeś spontanicznie, biorąc pod uwagę, że będziesz w międzyczasie popełniał wiele błędów?

O zakładaniu Skweru można mówić na początku gdzieś w 2000 Nad Jarem (osiedle w Elblągu). Potem wszystko się działo spontanicznie, kolejni ludzie zainteresowani współpracą, kolejne projekty, doszedł spoken word/slamy poetyckie, więc udało się zgarnąć kolejną ekipę utalentowanych ludzi, którzy piszą, a niekoniecznie występują z tym do muzyki. Tak to wszystko sobie dryfuje do dziś. Nie wiem do końca dokąd to zmierza, natomiast nie chcę tego urywać. Myślę, że każda z osób wciąż tworzących będzie mogła jeszcze w ramach Skweru zaserwować coś ciekawego, coś co (jak było zazwyczaj dotychczas) będzie mocno odbiegało od tego, czego się oczekuje od “wydawnictwa hip-hopowego.”

Ale czujesz, że skwer się rozwija i pozytywnie się zmienia?

Na bank osiągnęliśmy stan rzeczy, gdzie wszyscy dobrze wiemy, co jest skwerowe, a co nie. Każdy z nas coś dłubie powolutku swoim tempem i kolejne produkcje będą się ukazywały. Chciałbym, abyśmy mieli więcej czasu na rozkręcanie tego wszystkiego, ale niestety, trzeba ogarniać przysłowiowe życie.

Na co obecnie może liczyć artysta, który dołączy do Skweru?

Na to, że mamy (raczej) wyjebane na promocję (śmiech). A tak serio, to może liczyć na wsparcie typu DIY i word of mouth. Skwer.org jest pewną platformą dotarcia do 1-2 tysięcy ludzi raczej ogarniętych muzycznie, ale – nie ukrywajmy – wywodzących się z albo wciąż tkwiących w rapie. Jest to bardzo specyficzna grupa docelowa. Bardzo surowa i cyniczna, ale przez to bardzo oddana, jeśli trafi się w jej gusta.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy – jakie są Twoje ulubione wydawnictwa skweru?

Najczęściej wracam do rzeczy, gdzie jest mnie najmniej. Ciężko mi coś wyróżnić – każda z produkcji ma coś w sobie i kojarzy mi się z jakimś okresem w swoim życiu, czy też w kolektywnym życiu netlabelu. Z ciekawostek – bardzo często wracam do EPki Meltphase “Ćmotyl” . Jej autor sam założył teraz netlabel zupełnie nierapowy (Dym Records – przyp. trzy szóstki) i – z tego co się orientuje – tworzy wciąż muzykę jako Tutti Harp.

Skoro zahaczyłeś o Dym – interesujesz się czasem polskimi mikrolabelami?

Przyznam szczerze, że nie interesuję się za bardzo polską muzyką, pewnie z uwagi na to, że dużą wagę przywiązuję do warstwy tekstowej tego, czego akurat słucham. Z drugiej strony dzięki Tobie (czyli labelowi 36) udało mi się odkryć, że istnieje aplikacja na telefon dla Bandcampa, co ułatwia mi nieco docieranie do niszowej muzyki. Niestety, z braku czasu aspekt dostępności muzyki jest dla mnie bardzo ważny. W praktyce oznacza to, że jeżeli nie mogę czegoś dodać na Spotify albo nie wypaliłem tego sto lat temu na CD, to niestety może to zupełnie do mnie nie dotrzeć.

Hip-hopowe środowisko uważnie śledzi Wasze premiery?

Wątpię. Hip-hopowe środowisko tak bardzo nas śledzi, jak my hip-hopowe środowisko (śmiech).

Myślisz, że czym jest to spowodowane? Brakiem otwartości?

Brakiem otwartości z dwóch stron. Ze strony środowiska hip-hopowego na wszystko co nie jest modnym-teraz-rapem i ze strony skweru na środowisko hip-hopowe (śmiech).

Czujesz się trochę hip-hopowym outsiderem?

Zawsze czułem się outsiderem. Nigdy nie czułem się stricte hip-hopowcem. Dwie płyty, które zmieniły moje życie, to pierwszy Rage Against The Machine i soundtrack z filmu Judgement Night (ach te czasy pirackich kaset…). Jest to hip-hopowe w jakimś stopniu, ale chyba mimo wszystko bardziej “punkowe”.

No właśnie. Nie sądzisz, że w dzisiejszym hip-hopie nieco brakuje takiego punkowego podejścia? Wiesz, więcej negacji, rozsądnego wkurwu, antysystemowego buntu – i nie mam tu wcale na myśli tego, że imprezowo-lajtowe liryki są złe (bo są świetne), ale może przydałoby się więcej wstrząsu.

Nie tylko w hip-hopie. Mam wrażenie, że w ogóle w muzyce coraz mniej takiego właśnie zacięcia i buntu, mającego jakieś przemyślane podwaliny (pozdro Tymon). Jeśli chodzi o hip-hop (i punk) to był on zawsze głosem konkretnych warstw społecznych. Wciąż odgrywa tę rolę, z tym, że teraz słyszymy, co mówi głos ludu – polski hip-hop to w większości głos zmarginalizowanej klasy robotniczej lub (rzadziej) średniej. Polski rap przyklaskuje obecnej władzy i wszelkim innym przejawom ignorancji, ksenofobii, szowinizmu, turbokapitalizmu itd. Pytanie jak bardzo świadomie to czyni i jak bardzo było to od zawsze wpisane w jego ramy (“taka pseudomuzyka dla skazańców i dzieci”).

A jak Ty uważasz?

Każdy gatunek muzyczny związany mocno z jakąś subkulturą przechodzi swoisty cykl rozwojowy: od buntu przez mainstream do całkowitego spłaszczenia jego pierwotnej idei. Rap jest tego sztandarowym przykładem. To samo zadziało się z punk rockiem i dubstepem. Pamiętam jak odkrywałem istnienie dubstepu przy okazji zajawki na breakcore i wtedy było to równie niszowe. Nigdy nie przypuszczałem, że ta stylistyka wejdzie na stałe do estetyki hitów radia Eska. Zależy czego szuka się w muzyce. Dla niektórych muzyka to całe życie, dla innych tylko plumkanie w tle w taksówce, albo pretekst, by się o kogoś poocierać na dyskotece.

Swego czasu mocno zaintrygowała mnie Ddekombinacja. Niestety, skończyło się jedynie na jednej epce wydanej w 2009. Istnieje szansa, że jeszcze coś pod tym szyldem powstanie?

Z Marianem (rekombinacje) jestem wciąż w kontakcie. Dostaję od niego jakąś muzykę nawet. Ciężko powiedzieć, czy jeszcze coś razem nagramy. Tu dochodzimy też do kolejnej cechy Skweru – jesteśmy przede wszystkim przyjaciółmi czy też ludźmi z podobnymi zajawkami – muzyka, która powstaje, to efekt uboczny.

A ta podesłana muzyka ma jeszcze w sobie coś breakcore’u?

To coś między breakcore’em, noise’em, rapem i jazzową rytmiką na 3. Weź coś do tego napisz, a potem nagraj (śmiech).

W ogóle skąd wzięło się Twoje zainteresowanie breakcore’em?

W pewnym momencie jakoś na/po studiach przeżywałem kryzys poszukiwań muzycznych i szukałem nowych rzeczy. Zbiegło się to z moim apogeum znudzenia rapem i w pewnym momencie trafiłem na breakcore i free jazz. Rozwaliło mi to zupełnie rutynę słuchania prawie wyłącznie hip-hopu i poszerzyło spektrum poszukiwań muzycznych i tekstowych.

Porozmawiajmy przez chwilę o nowym wydawnictwie Skweru. W jakich okolicznościach powstało „Hikikomori”?

“Hikikomori” zapoczątkował kawałek “Bricolage” – początkowo nagraliśmy go z myślą o Skwerbombingu, ale wypadł tak fajnie, że postanowiliśmy z Faczim pociągnąć to dalej. Zależało nam na korzystaniu z pewnej wolności, którą ciężko nam znaleźć w obecnym życiu: praca, rodzina, brak czasu na realizowanie pasji i takie tam. Nie planowaliśmy za bardzo nic, chcieliśmy być spontaniczni. Bity na bieżąco dostawaliśmy od Palmerków (Palmer Eldritch – przyp. trzy szóstki) i zależało nam na tym, żeby były ciężkie i inspirowane naszymi wspólnymi zajawkami. Tematy na kawałki powstawały spontanicznie (nie mówiąc już o pijackich refrenach). Całość nagrywana była w domowych warunkach. No takie właśnie DIY/HC podejście mające służyć przede wszystkim jako wentyl bezpieczeństwa dla naszych złych emocji i sposób odreagowania. To że ktoś tego słucha to efekt uboczny.

W tej chwili wyżej stawiasz spontaniczność niż jasno określony plan działania?

W muzyce tak, nie mam wyjścia. Wszystko w codziennym życiu mam zaplanowane od a do z. Od pobudki o szóstej rano do pójścia spać około północy. Gdybym tak skrupulatnie nie planował rzeczy, to pewnie już dawno nie znajdowałbym czasu na pisanie i inne takie. Natomiast jak już siadam pisać i nagrywać, to nigdy nie jest to kalkulacja typu: napiszę teraz o tym jak spoko się bawiłem w weekend i jak bardzo mam wyjebane na wszystkich, a bit zrobi mi z góry upatrzony producent, który jest akurat teraz na fali.

Zawsze miałeś tak ułożone życie?

Nie zawsze. Zaczęło być tak bardzo poukładane w momencie, gdy do posiadania stałej pracy doszło dziecko (pierwsze i drugie) i nie chciałem zrezygnować z robienia po godzinach tego co lubię. Bez planowania nie da rady. Z resztą ja mam jeszcze jeden problem – uczę się na nowo odpoczywać i relaksować. Staram się walczyć z posiadaniem wyrzutów sumienia, że mam właśnie wolne trzy godziny i nie piszę, nie czytam, nie robię czegoś “wartościowego”.

Jak wyglądają plany na przyszłość skweru?

Przetrwać (śmiech). Wypuszczać płyty póki wciąż robimy muzykę. Ja mam w planach na razie 2 projekty (może 3). Palmery pewnie dwa razy tyle. Cruz kończy płytę z Młodzikiem (który to już rok?). Chciałbym, żeby zbliżający się koncert Palmerów we Wro był “nieformalnym zjazdem skweru”, żebyśmy przegadali rzeczy i może uzgodnili coś w końcu na przyszłe kilka lat.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.