Wywiad: Rrrkrta o Brutażu (i nie tylko)

 

(fot. M. Ratajski)

Brutaż głównie kojarzy się z cyklem imprez z muzyką elektroniczną. Od całkiem niedawna pod tym szyldem istnieje również label. Można trochę się w tym pogubić, więc warto zadać pytanie: czym aktualnie jest Brutaż?

Myślę, że zwykłe uczestnictwo w tym, co robimy (i robienie tego z nami), byłoby najlepszą odpowiedzią na to pytanie. Im więcej ich się pochodzi, pogada, posłucha, tym więcej doświadczy się Brutażu. Tylko, wbrew pozorom, to nic kontrowersyjnego czy – z drugiej strony – wymagającego jakiegokolwiek przygotowania. Tylko po prostu trudno gadać o czymś tak niezłożonym, stąd taka niezręczna odpowiedź.

Jaka jest myśl przewodnia Brutażowego labelu?

Żeby zdolni ludzie mieli miejsce, w którym mogą wydawać muzykę pod nośnik, który, po pierwsze, pozwala trochę włączyć się w obieg światowego „undergroundu” [sic], a po drugie, służy do odtwarzania na dużych głośnikach.

Z drugiej strony może w Polsce ktoś z tych „ambitnych” zajara się tym, że muzyki funkcjonalnej nie da się opisać i okatalogować tak jak foldery na Soulseeku, no i nie da się na jej temat zagaić, jeśli ktoś uprzednio nie poruszał do niej ciałkiem. I że to jest właśnie fajne i specyficzne.

Katalog będzie współgrał z klimatem imprez?

Nie. Zarówno na imprezkach, jak i na płytach pojawia się muzyka od serca, ale chodzi o to, żebyśmy tworzyli jak najbardziej niejednolite środowisko, więc chciałbym, żeby ten klimat (katalogu, imprez) był w mniejszym stopniu zależny ode mnie, a w większym stopniu negocjowany.

Idea niejednolitego środowiska brzmi fantastycznie, ale chyba nie łatwo coś takiego zorganizować i utrzymać? Nie jest tak, że ludzie w gruncie rzeczy jednak szukają pewnych „ram”?

Chyba nie, ludzie chcą się spotykać, ludzie chcą się poruszać.  No, chyba że mówimy o drugiej stronie – coraz częściej znajdują się takie osoby didżejskie i twórcze, które pracują nad stworzeniem własnych ram i są w tym coraz lepsze. Potem zbiera się takich parę i mamy zestaw paru ramek. Do wyboru, do koloru.

Dochodzą do Ciebie krytyczne głosy dotyczące brutażowych eventów?

Ludzie ślą dużo hate mailów, Brutażu nie znosi spora część polskiej sceny klubowej. Zarazem autokrytyczni są wszyscy, którzy chodzą na Brutaż, Brutaż trolluje sama Gazeta Wyborcza, jedzie po nim Taco Hemingway, ciągle powstają kłamliwe i pełne uprzedzeń historie o tym, jak bardzo złymi jesteśmy ludźmi. Można zatem powiedzieć, że tak.

Czyli w pewnym sensie o promocje nie musisz się martwić?

Niestety. Z tym że ilość jakichś spisków, plotek i ogólnego kombinowania jest tak duża, jakby Brutaż był jakimś celebrytą, a jednocześnie wciąż są to spotkania w dosyć skromnym gronie. Ludzie mają jakieś porąbane oczekiwania, a nawet nie spróbują tańczyć, do kogoś zagadać, nie wspominając już o tym, że najczęściej ich w ogóle na Brutażu nie było. Od tego rozdźwięku można zwariować.

Czy władze lokalne powinny wspierać takie wydarzenia? Jak to sobie wyobrażasz?

Nie. Lokalne władze wspierają festiwale, dzięki czemu ludzi nie interesuje codzienne życie muzyczne, bo wiesz: „wszystko już widzieliśmy na Offie 2011”. To te festiwale windują stawki zagranicznych artystów („trzeba się pokazać Zachodowi”), nie wspierając jednocześnie miejskiej nocnej infrastruktury (jakbyśmy czekali na te „święta muzyki”), a to wszystko jest wbrew interesom lokalnych władz, które w innym przypadku mogłyby nawet sporo zarobić. Ale nie robią tego i nikt nie powinien im w tym przeszkadzać, na scenie jest już wystarczająco rekinów biznesu.

Wsparcie płynie i powinno płynąć od samych ludzi, którzy sukcesywnie przestają absolutyzować Soulseek, Youtube i swoje przeświadczenia na temat tego, co jest cool i tego, co jest ambitne, idąc w stronę wspólnych i zaskakujących chwil z muzyczką w tle.

W jaki sposób można namówić ludzi do wsparcia?

Nie należy ich namawiać – jak coś ich przyciągnie, to przyjdą. Jedyna wymiernie szczera sytuacja ma miejsce wtedy, gdy ci ludzie sami z siebie zauważą jakiś odstający od normy element danego spotkania czy przedsięwzięcia, no ale wtedy to jest najczęściej część nieplanowana, żadne umizgi czy strategie wydawnicze i promocyjne tu nie pomogą. No a twoim zadaniem jest tylko traktować z troską tych, którzy już przyszli, a to jest trudne, nawet kiedy przyszło dwoje znajomych o sprzecznych interesach.

Pamiętasz, w którym momencie zaczęła się Twoja przygoda z techno?

Kiedyś byłem bardzo zmęczony i po prostu zacząłem chodzić do klubów, bo nie pozostało za bardzo nic innego.

W pewnym sensie kluby naprostowały Twoje życie?

Po to zostały wymyślone kluby i nie ma z nimi żartów. Tym bardziej boli, że większość z nich to autoparodia.

(fot. Foto-Ira s.c. Studio fotografii artystycznej, D. Sitnicka)

Uwielbiam słuchać techno w domowym zaciszu. Klubowy klimat mi odpowiada, ale znacznie lepiej czuję się, gdy dźwięki docierają do mnie w bardziej kameralny sposób. Jak mógłbyś mnie przekonać do regularnego odwiedzania Brutażu?

Techno to muzyka klubowa. Słuchanie jej w domu i samemu to trochę jak słuchanie muzyki z głośników laptopowych i z wyłączonym internetem, leżąc w kabinie prysznicowej, czy po prostu w takim miejscu, w którym nie da się leżeć. Z tym że to oczywiście też może być fajne, może np. pomagać w szybszym sprzątaniu domu, ale to jednak inny rodzaj doświadczenia.

Pozwolę się z Tobą nie zgodzić. Nie chciałbym stopniować jakości doznań, ale nawet muzyka klubowa w domowych warunkach może sprawdzać się rewelacyjnie i jest to też swego rodzaju test, czy dana ścieżka dźwiękowa może się sprawdzić w sytuacji, gdy jesteśmy w pełni skupieni i nic nas nie rozprasza.

Do licha, to trzeba ci pogratulować drogiego soundsystemu! Tak na serio to trochę szkoda, że tyle osób wstydzi się rozluźniać i przeżywać muzykę wśród ludzi, wtedy można usłyszeć trochę więcej. Cielesne doświadczenie dźwięku jest cudowne. Nie tylko w sensie poruszania się po przestrzeni, ale również w sensie doświadczenia stereo, no i oczywiście basu. Stopniujmy jakość doznań, bo inaczej z muzyki zostanie pusta sieć p2p i ustawiane przez browar czy bank festiwalowe barierki. A muzykę najlepiej będzie słychać w strefie gastro.

Ale chwila chwila, Ty przecież mówisz o muzyce klubowej! House, disco i techno to przede wszystkim społeczności i ich historia. Bez kontekstu grupowego nie da się złapać, o co chodzi z ich repetywnością i jaki rodzaj emocjonalności i jaką głębie mogą nieść ze sobą najbanalniejsze środki, którymi te style operują. To dlatego ludzie potrafią jeździć na anonimowe rejwy na drugi koniec kontynentu, to dlatego ludzie zostają na imprezach po paręnaście godzin.

Zmierzam do tego, że czasami potrzebna jest pewna sfera intymności. Oczywiście, w teorii to nie ma sensu, ale w mojej praktyce muzyka klubowa również świetnie brzmi we wspomnianych wcześniej przeze mnie okolicznościach, chociaż są to inne (lecz nie słabsze) emocje.

Przepraszam za frazes, ale muzyka klubowa nie ma tylko brzmieć i próbować sprostać czyimś gustom, nie można jej rozumieć bez kontekstu społecznego. Co się tyczy zarówno jej ulicznego rodowodu, jak i jej zamknięcia w klubach. Wydaje mi się, że słuchanie jej w sterylnych warunkach i z przekonaniem, że się ją jarzy jest trochę protekcjonalne wobec osób, które by ją stworzyć, musiały ją wypocić, przeżyć, wytańczyć, wynegocjować, no i właśnie porzucić domowe zacisze, zaryzykować swoją intymność, żeby doświadczyć wspólnoty czy żeby ją współtworzyć. No i w końcu, żeby inni mogli zaznać w niej intymności. A twój soundsystem będzie zawsze pustą namiastką klubu. I to takiego, z którego pozbyłeś się ludzi, żeby słuchać „It’s A Cold World”, „We Have Arrived” czy „Lost in Music” – i to smutne, bo to co w muzyce tanecznej „klasyczne” i „pionierskie” było/jest wspólne i pisało/pisze historię wspólnot.

Jak oceniasz aktualną kondycję techno? Czego aktualnie słuchasz?

Nie wierzę za bardzo w Wielką Narrację, więc nie chyba nie chcę się wypowiadać na temat całości kultury albo gatunku, bo nie są one spójne . A, no może tylko to, że powinniśmy się cieszyć z tego, że aktualnie bawimy się w Polsce. Bo jest lepiej i lepiej, „a wariaci chcą więcej”.

Co do muzyki, to aktualnie przygotowuję się do grania na Świetle. Zresztą mało słucham muzyki poza kontekstem doboru płyt. Ciągle myślę, co by tutaj… i nie za bardzo lubię mówić o płytach/kawałkach, bo uważam, że fajnie jest na początku przeżyć jakąś muzykę, a potem dowiedzieć się, jak się nazywa. A poza tym to mój ssssekret.

Z niedawnych odkryć do słuchania polecić mogę bez bólu serca ostatnie podcasty „Niemy dotyk”, nagrania na „In CrudoRemka Hanaja z zespołu Księżyc, miks „Summer HeatGrani, nową płytkę Earth Trax (w celu znalezienia na niej znanego zespołu hip hopowego), czy tego, co robi label Dym z Gorzowa (festiwal we wrześniu!), kawałka Wojtka BąkowskiegoMój głos”, albumu FOQL na Always Human Tapes, muzyki i miksów Silvii Kastel, do tego nadchodzącej epki Julesa Venturiniego na londyńskim Whities, Vienia mówiącego o Laibachu, poza wszystkim warto też posłuchać jak różni ludzie zainteresowani muzyką wypowiadają się o pracy kobiet i o tym, czy im się cokolwiek należy – tyle, że żadnej z tych rzeczy chyba nie przesłuchałem w całości i/lub z należytym skupieniem.

A jak scharakteryzowałbyś klubowe występy Rrrkrta?

Gonisz wiewiórkę przez cały park, żeby dać jej orzeszek, a potem okazuje się, że to nie wiewiórka i że nie masz orzeszka.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.