Wywiad: Michał Turowski (BDTA)

Michał Turowski o BDTA, zakładaniu labelu i o tym, w jaki sposób Państwo powinno wspierać kulturę.


(fot. Paweł Starzec)

Gdzieś na początku roku w rozmowie ze znajomym usłyszałem, że Trzy szóstki zbliżają się do pewnej granicy, której nie da się już przekroczyć. Miał na myśli głównie to, że w Polsce *taka* muzyka kręci może z kilkadziesiąt osób. Nie chciałem się z tym za bardzo zgodzić. Interesuje mnie opinia osoby prowadzącej niezależny label: czy rzeczywiście ten potencjał ludzki jest tak ograniczony, a jeśli tak, to jakie stawiasz sobie cele jako wydawca, gdy przecież już nie możesz za bardzo zrobić kolejnego ruchu?

Fanpejdże mogą mieć ciężej, nie wiem, czy można to jakkolwiek porównać z labelami. I w Polsce może faktycznie nie tyle kilkadziesiąt, co kilkaset osób interesuje się przysłowiową „taką” muzyką, jakakolwiek by ona nie była. Ale na szczęście w globalnej wiosce, w której żyjemy, teraz nie muszę się ograniczać do Polski i na szczęście nie muszę nawet nad tym jakoś bardzo pracować. Wystarczy, że wrzucę nową premierę na Spotify, Bandcampa i Facebook i od razu spływają zamówienia praktycznie z całej Europy albo egzotycznych zakątków świata. Chociaż faktycznie – z roku na rok nośników idzie coraz mniej, a coraz więcej osób po prostu kupuje pliki albo słucha w portalach streamingowych. W prowadzeniu wytwórni największym problemem nie jest krąg zainteresowanych, bo on wcale nie jest taki mały.

Mam wrażenie, że dużo osób lubi po prostu jakoś tam elitaryzować nadmiernie swoje zainteresowania. Lubię czytać Trzy szóstki głównie dlatego, że przypominają mi o ciekawych nowych rzeczach – nie skupiasz się na poszukiwaniu okołoporcysowych gówien typu „DZIWNY KAZACHSKI NEW AGE O KTÓRYM NIGDY NIE SŁYSZAŁEŚ WYDANY NA DEMÓWCE KASETOWEJ W NAKŁADZIE OŚMIU SZTUK”. Pomijając mniej znane wrzuty, które tam sadzisz, no to serio: Swans, Radiohead albo Off Festival kręci w tym kraju tak mało osób? To jest pierdolenie pokroju tych kuców z gimbazy, którym wydaje się, że są jedynymi na świecie młodymi ludźmi, którzy słuchają ambitnej muzyki typu Dżem albo Pink Floyd, a ich rówieśnicy, radio i telewizja serwują tylko pseudo muzykę bez duszy czy cokolwiek w tym stylu.

W przypadku małych labeli anno domini 2017 nie jest problemem małe zainteresowanie ze strony ludzi – to zainteresowanie jest. Ale problemem jest to, żeby wydawać fizyczne nośniki i się z tego jakkolwiek utrzymać na powierzchni. Nawet nie zarobić, ale mieć hajs na dalsze działanie wytwórni. Trzeba się z tym pogodzić i znaleźć sobie własną niszę i drogę, nie ma przeciw czemu się buntować. Próby walki z plikami i serwisami streamingowymi i narzekanie na to, że płyt sprzedaje się mało, to jest mniej więcej ten sam poziom, co taksówkarze narzekający na Ubera albo listonosze narzekający na gmaila. Just don’t.

A kolejnych ruchów po prostu nie planuję. Wypuszczam od czasu do czasu, ciekawy moim zdaniem, tytuł w niskim nakładzie, trochę się go sprzeda, trochę pójdzie w plikach, trochę osób posłucha bez płacenia. No i super. Fajnie, że ta muzyka się rozchodzi i że ktokolwiek jej słucha. Ale szkoda mi czasu na zastanawianie się, co mam zrobić, żeby następnej płyty posłuchało pięć osób więcej. Nie mam takich ambicji. Oczywiście, staram się ciężko pracować przy labelu każdego dnia.Jak widzisz – jeżeli mam zaproszenie do udzielenia wywiadu to nie odmawiam, może dzięki temu znajdzie się jeden nowy słuchacz? Super. Ale skala na której operuję jest zbyt mikroskopijna, a życie zbyt krótkie, żeby zawracać sobie głowę takimi pierdołami. To się samo wydarzy – albo nie.

Niemniej widzisz jakieś sposoby, dzięki którym można poszerzać krąg zainteresowanych? Facebook w tej materii jest w pełni wykorzystywany?

Zupełnie szczerze – nie zastanawiałem się nad tym. Po prostu tego nie kalkuluję. Nie jestem królem marketingu, oczywiście staram się jakoś muzykę z BDTA pokazywać, podsyłać do recenzji, delikatnie promować, ale nie czytam książek o social media i nie zastanawiam się codziennie przed snem co zrobić, żeby fanów było więcej. Praktycznie od samego początku to się dzieje samo, Facebook jest tutaj bardzo pomocny, nie ukrywam, że jest dla mnie głównym narzędziem – zarówno przy wydawaniu muzyki, koncertowaniu, mojej pracy zawodowej bądź po prostu prywatnych relacjach. Korzystam z niego dużo i staram się korzystać z sensem, ale rzadko kiedy chce mi się bawić w jakieś kwestie typu posty sponsorowane czy jakieś przesadne marketingowe ciśnięcie i spamowanie.

To jest truizm i żenada, ale ja naprawdę mam nadzieję (i wrażenie), że główną siłą zarówno w muzyce, jak i ogólnie w życiu, jest szczerość. Jeżeli – czy to przez takie wywiady jak nasz, czy przez cokolwiek innego – ludzie widzą, że jesteś szczerym ziomkiem, który po prostu wydaje muzykę która mu się podoba i robi to bez jakiejś napinki i dorabiania ideologii, to pałają do ciebie sympatią, a od sympatii krok do…kurwa, w sumie nie wiem do czego, chyba do większej sympatii. Od samego początku istnienia labelu przy każdej okazji wspominamy, że nie robimy tego dla pieniędzy, że to jest hobby, że naszym głównym celem jest pokazywanie światu muzyki, w którą wierzymy i która nam się podoba. I że im więcej osób nas jakkolwiek delikatnie wesprze, tym dłużej będziemy działać, bo sprzedaż jednej płyty nie napycha nam kieszeni, ale daje środki na wydanie następnej. 95% tego poszerzania to jest po prostu poczta pantoflowa i wsparcie od ludzi. Czy to przez Facebooka, jakiekolwiek inne kanały, czy też zwykłą szarą codzienność z daleka od monitora.

W Polsce funkcjonuje sporo muzycznych serwisów i blogów. Wiele z nich chwali się, że zajmuje się muzyką niezależną, alternatywną itd., ale czy rzeczywiście zainteresowanie z ich strony jest odczuwalne?

Staram się – z dużym sukcesem zresztą – nie czytać większości blogów, bo są nudne jak flaki z olejem. Większość tych recenzji wychodzi z jednej formy i wyglądają tak, jakby pisał je jeden i ten sam student za wierszówkę wypłacaną w piwie i krakersach. Jest w tym kraju dosłownie kilka rewelacyjnych blogów (przynajmniej na poletku, które mnie interesuje), takich jak Kultura Staroci albo 1uchem/1okiem albo nieistniejące już Tableau! i ich autorzy niosą kaganek oświaty i faktycznie są stachanowcami pracy recenzenckiej. Ale cała reszta albo jest zupełnie niemożliwa do czytania, albo okrutnie elitarystyczna, co mi jeszcze bardziej gotuje krew. Zresztą ci są ogólnie najgorsi – albo egzaltowani intelektualiści używający zbyt wielu trudnych słów i zdań złożonych dłuższych niż chuj Stalina, albo ludzi których jara tylko i wyłącznie egzotyka typu koreański dubstep czy cokolwiek jest obecnie modne i mają zupełnie wyjebane na polską muzykę, bo rani ich plebejskie gusta.

Dużo częściej sprawdzam – i mam wrażenie, że generują one większy zasięg – fanpejdże. Bądźmy brutalnie szczerzy, sama treść recenzji może być fajną i przyjemną lekturą, ale czy na kimkolwiek robi wrażenie i do czegokolwiek zachęca tak naprawdę? Dla mnie niesie wartość tylko wspomnianej przyjemnej lektury albo czysto informacyjną. A w tym drugim aspekcie fanpeje są dużo lepsze, link do fajnego utworu + krótki opis. To czego szukam w pigułce.

Tworzysz także muzykę, którą wydajesz w BDTA. Powiedzmy, że dostałbyś propozycję od innego wydawnictwa i wyraziłbyś wstępne zainteresowanie. Jakie byłyby Twoje wymagania, gdybyśmy odwrócili rolę?

Mam teorię, że na którymś stopniu rozwoju zespołu tak naprawdę label nie jest już do niczego potrzebny. Weźmy na przykład Nagrobki – chłopaki mają już taki fanbase, grają tyle koncertów, że moja pomoc, poza jakimiś tam wartościami koleżeńskimi, jest im zupełnie niepotrzebna. Ich ostatnia płyta wyszła u mnie w teorii, ale w praktyce do momentu puszczenia materiału do tłoczni go wcześniej nie słyszałem i większość całej roboty zrobili we własnym zakresie. Wytwórnia przydaje się w dzisiejszych czasach głównie debiutantom, którym jakoś tam może pomóc oraz artystom, którzy robią świetne rzeczy, ale są życiowo niezaradni (śmiech). Nie każdy muzyk ma geszeft we krwi i czasami to lepiej, żeby się zajęli graniem, niż własnym menadżmentem, ale czasem udaje się im te dwie role pogodzić.

I oczywiście, bardzo daleko nam do Nagrobków, ale w przypadku Mazutu, który tworzę z Pawłem, grając kilkadziesiąt koncertów rocznie, mając jakąś skromną grupę fanów, którzy są szczerze zainteresowani nowymi wydawnictwami– nie wiem, jaką musiałbym dostać propozycję, żeby się zgodzić. Dużo lepiej wychodzimy na tym, że sami sobie wydamy za własny hajs pięćdziesiąt kaset i sprzedamy je na dwóch lub trzech koncertach, niż wyszlibyśmy na tym, że ktoś za oceanem wyda nam tych płyt pięćset, a nie zobaczymy z nich ani kasy ani nośników – niestety, często tak bywa. Mam wrażenie, że odwrócona kolejność, czyli to, że najpierw przez kilka lat prowadziłem wydawnictwo, a potem, stosunkowo niedawno, zacząłem grać dużo nam pomogło. Zwłaszcza na starcie naszej działalności, ale teraz też się przydaje, nie ukrywam.

Z drugiej strony mam swój solowy projekt, który jest bardzo hobbystyczną działalnością i przy którym nie mam żadnych ambicji. Codziennie poświęcam godzinę albo dwie na siedzeniu przy instrumentach i plumkaniu, robią się z tego potem jakieś szkice, po jakimś czasie się to rysuje w jakieś EPki i zdarza mi się je wydawać za granicą, na warunkach, które nie są idealne, ale nie ma to dla mnie takiego znaczenia, bo prawie nie gram koncertów i nie robię z tym projektem nic poza tym dłubaniem w domu po robocie, więc nie muszę nawet mieć tych egzemplarzy na sprzedaż. Ale podstawą w jakichkolwiek relacjach jest po prostu podejście z wzajemnym szacunkiem. Jeżeli wydawca zgłasza się do ciebie i proponuje, że może ci wysłać trzy egzemplarze autorskie twojej płyty, ale tylko wówczas, jeżeli zapłacisz za wysyłkę, bo ona drogo wyjdzie – pierdol go. Pierdol go i znajdź kogoś, kto podejdzie z szacunkiem do efektów twojej pracy. To jest podstawa na tzw. scenie moim zdaniem.

Założyłeś Oficynę Biedota mając 19 lat. W tym wieku miałem setki różnych pomysłów, ale nigdy nie wpadłbym na to, żeby zakładać oficynę (teraz żałuję!). Co działo się w Twoim życiu, że do tego doszło?

Cierpiąc na syndrom jedynaka i nie będąc najpopularniejszym dzieciakiem w szkole szybko wkręciłem się w internet i grupy dyskusyjne, wówczas nawet nie fora, tylko Usenet, co jest zaskakujące, bo jednak nie jestem starszy od węgla kamiennego. Dzięki temu poznałem masę sympatycznych, starszych ode mnie ludzi, którzy mieli znaczący wkład w moją muzyczną edukację i od dosyć wczesnego wieku połykałem po kilkanaście płyt dziennie, biegałem na koncerty, poznawałem coraz to nowych ludzi i – jak to się mówi,jak jest się młodym egzaltowanym człowiekiem – „muzyka była całym moim życiem”. Miałem takie marzenia, że chciałbym coś w tym robić na jeszcze większą skalę, ale nie wiedziałem jeszcze co konkretnie chciałbym robić. Pojawiła się propozycja w pewnym momencie, żeby za kilka stówek pomagać w istnieniu jednego z internetowych sklepów muzycznych, potem ten sklep został przejęty przez w miarę dużą firmę płytową i przejęli w ten sposób również mnie.

Początkowo biegałem tam codziennie po szkole, potem po jakimś czasie i po maturze zaproponowali mi pracę na pełen etat, a ja stwierdziłem, że jest to dobry pomysł i studia mogą poczekać (wciąż zresztą czekają) – no i tak zaczęła się moja szkoła życia. Pracując na co dzień w dziale dystrybucyjnym, pomagałem na magazynie i trochę w produkcyjnych tematach o banalnym znaczeniu, podpatrywałem jak działa wytwórnia płytowa, bo w tej firmie były trzy, każda zupełnie inna, o innym profilu itp. Itd. Podpatrywałem jak działa promocja i wszystko inne. I stwierdziłem w pewnym momencie po prostu, że może warto wyciągnąć jakieś wnioski i spróbować na własną rękę, po tym całym podpatrywaniu przez kilka lat stwierdziłem, że już znam podstawy na tyle, żeby móc spróbować z wydawaniem.

Pomysł kołatał się po głowie przez chwilę, ale do samego założenia wytwórni doszło zupełnym przypadkiem – siedziałem z moim kolegą Rafałem (który po latach zresztą sam zaczął nagrywać i wydał u mnie płytę pod szyldem Emma Zunz, tak historia czasem zatacza koło) na koncercie zespołu Wieże Fabryk i nagle doszedłem do wniosku, że to jest ten moment. I gdybym faktycznie miał zakładać wytwórnię, to właśnie dla takiego zespołu jak WF. Podszedłem do nich od razu po koncercie i zaczęliśmy gadać. Pewnie gdyby się nie zgodzili to doszedłbym do wniosku, że wszyscy mają na mnie wyjebane, założenie wytwórni wcale nie jest proste, i tak dalej, i tak dalej – i nigdy bym jej nie założył. Ale jakimś cudem się zgodzili i potem poszło już z górki. Chociaż po dziś dzień nie mam pojęcia dlaczego tak się stało i dlaczego zespół z dziesięcioletnim stażem potraktował dziewiętnastolatka ze śmieszną fryzurą, który chce wydać im debiutancką płytę i na pytanie: „jak się nazywa twoja wytwórnia?” odpowiada: „nie wiem, założyłem ją dziesięć minut temu”.

Z perspektywy czasu jesteś zadowolony, że to wszystko tak wcześnie się zaczęło?

O dziwo – tak. Byłem na tyle w kretyńskim wieku, że wiele karygodnych błędów, które popełniłem, mogłem zwalić na karb bycia młodym zjebem. I z każdego z nich udało mi się wyciągnąć wnioski. Oficyna Biedota to był poligon doświadczalny, na którym nauczyłem się wszystkiego, co wiem teraz. I co bardzo mi pomogło przy ruszeniu z BDTA. Stylistycznie to było śmietnisko, nie było żadnej spójnej wizji : ani kuratorskiej, ani estetycznej, ani jakiejkolwiek innej. Bardzo nie lubię słowa „wytwórnia” albo „wydawnictwo”, wydaje mi się, że angielskie „label” jest najbardziej dokładne. Bo właśnie tym się zajmujemy: przyklejamy ten label, taką etykietkę na płytę i w założeniu nasi słuchacze od razu wiedzą, że warto po to sięgnąć, wiesz o co chodzi. Tam tej etykietki nie było. Dowiadywałeś się o tym, że Oficyna Biedota wydała nową płytę i twoją reakcją było w najlepszym wypadku: „no spoko”, ale nie wiedziałeś, czego się spodziewać i czy ta płyta ma jakiekolwiek szanse, żeby ci się spodobać, żadna lampka ci się pod kopułą nie zaświeciła.

W pewnym momencie chciałem zacząć działać na trochę większą skalę, wrzucać płyty do Empików, do dystrybucji, łożyć jakąś kasę na promocję chociażby – i moje konto w banku, i dobre relacje z moją ówczesną dziewczyną, dosyć mocno na tym cierpiały przez dłuższy czas. Zamknąłem Oficynę Biedota i otworzyłem BDTA, żeby działać jednak na jeszcze mniejszą skalę, wszystko robić DIY, wszystko robić bardzo niskim kosztem, działać sobie hobbystycznie i bez jakichkolwiek ambicji. Niskie nakłady, CDRy, niski koszt produkcji, stuprocentowe hobby. Paradoksalnie dosyć błyskawicznie mi to „eksplodowało” i zaczęło działać na znacznie wyższych obrotach, niż moja poprzednia inicjatywa, jakoś samo z siebie. Może faktycznie po prostu wyciągnąłem jakieś wnioski i czegoś mnie ten poligon doświadczalny nauczył.

„Będę prowadził niezal label” starter pack – mógłbyś coś takiego skonfigurować?

Trzy podstawowe kwestie: zastanów się czego właściwie chcesz, mierz siły na zamiary i nie bądź kąpany w gorącej wodzie. W XXI wieku założenie i prowadzenie labelu to jest naprawdę banał, to nie są nawet jakoś specjalnie drogie rzeczy. Jeżeli nie stać cię na wymarzony winyl albo na wytłoczenie CD, to może po prostu wydaj kasetę w niskim nakładzie, nie wpierdalaj się przesadnie w długi od samego początku, bo musisz sobie założyć, że nic z tego nie będzie i będziesz je potem długo spłacał. A być może to wcale nie ma sensu. I chyba najważniejsze – zanim zaczniesz, poobserwuj trochę rynek.

Na co dzień pracuję w tłoczni i zderzam się z ludźmi, którzy chcą wydać pierwszą płytę swojego zespołu albo swoich znajomych, i często mają bardzo nierealistyczną wizję tego, jak to wszystko wygląda. Jak już wspominałem, fizyczne nośniki to jest zajawka dla kolekcjonerów, żyjemy w 2017, a nie 1998 roku. Płyta o której słyszał chyba każdy w tym kraju – „Cień Chmury nad Ukrytym Polem” – miała łączny nakład CD 500 sztuk. Jeżeli taki tytuł poszedł w takim nakładzie, to musisz zaakceptować fakt, że najprawdopodobniej twój zespół, o którym nikt nie słyszał, nie sprzeda 1500 sztuk swojej debiutanckiej EPki w miesiąc. Trzeba o tym pamiętać. Ale poza tymi podstawami nie ma jakiegoś przesadnego know how, nie czuję się jakimś przechujem w branży, żeby komukolwiek udzielać konstruktywnych porad. Zrobienie swojej strony internetowej, sklepu, dystrybucja cyfrowa, Spotify, Discogs, Bandcamp, rozesłanie płyt do blogerów – to wszystko są naprawdę banalnie proste rzeczy. Kluczem do tego wszystkiego jest po prostu ciężka praca i samozaparcie, bez tego nie uda się na pewno. Aha, i raczej nie będzie z tego hajsu – też lepiej od razu to założyć, żeby się mile zaskoczyć, a nie gorzko zawieść.

Jaką muzykę chciałbyś wydawać w przyszłości? Innymi słowy – kto z całą pewnością mógłby się do Ciebie zwrócić i nie zostałby odprawiony z kwitkiem?

Najlepsza odpowiedź to: „mój bardzo dobry kolega”. Przez długi czas miałem w głowie listę zespołów czy artystów, z którymi bardzo chciałbym współpracować i o wydaniu których marzę. Tak było na przykład z 19 Wiosen, The Kurws, Piotrem Kurkiem, Maciem Morettim, Adasiem Witkowskim, RSS B0YS, Pawłem Kulczyńskim, Mirtem, Super Girl & Romantic Boys… Zresztą przy tym ostatnim wypadku byłem na tyle młody i głupi, że uwierzyłem w swoje możliwości i próbowałem kiedyś negocjować z SP Records odkupienie od nich praw do tych nagrań, jak SGRB jeszcze byli zobowiązani tą złodziejską umową (śmiech). Teraz na tej liście został mi chyba tylko Robert Piotrowicz, ale chociaż jest dla mnie bardzo serdeczny i bardzo go lubię, to wiem, że nie mam szans na zwerbowanie go.

Więc praktycznie nie mam już listy marzeń do spełnienia i zupełnie szczerze nie chce mi się też pracować z debiutantami, których nie znam. Często to są ludzie, którzy robią świetną muzykę, ale potem okazuje się, że na przykład są świetnymi artystami, ale ludźmi, z którymi nie mam w ogóle ochoty utrzymywać kontaktów. To po co mi takie relacje, w imię próby sprzedania dwudziestu kaset? Czasem faktycznie mam dobry dzień i kliknę w jakiś link, który mnie zainteresuje i pod wpływem impulsu odpisuję, że mi się podoba i chętnie wydam na takich i takich warunkach, zanim ten impuls we mnie zgaśnie i zmienię zdanie. Dostaję tygodniowo kilka, czasem kilkanaście demówek, jakichś 90% mejli w ogóle nie czytam, bo mam plany na kilka miesięcy naprzód dotyczące płyt ludzi których bardzo cenię i z którymi bardzo dobrze mi się współpracuje. Toteż relacje personalne są na pierwszym miejscu. Na drugim jest największy możliwy truizm – czyli po prostu płyta musi mi się spodobać. Ramy gatunkowe nie mają znaczenia, znaczenie ma tylko to, czy jak słucham jakiegoś materiału, to się jaram możliwością wydania go, czy też nie.

Do gry wraca festiwal Biedopad. Co możesz powiedzieć o drugiej odsłonie? 

Tak naprawdę niewiele, bo staramy się to trzymać w tajemnicy (śmiech). Odbędzie się w październiku we Wrocławiu, wystąpi tam piętnastu artystów przez trzy dni, głównie z rejonów techno i elektroniki, chociaż zrobimy też jeden dzień bardziej gitarowy. Pierwsza edycja została zrobiona zupełnym przypadkiem. Mój serdeczny przyjaciel był menadżerem wrocławskiego klubu Neony i zaproponował mi budżet oraz wolną rękę na kilkudniowe wydarzenie. I po prostu zrobiłem coś czysto pod siebie, co spodobało się też całkiem niemałemu gronu innych ludzi. Zapraszam tam polskie zespoły, które sam chciałbym po raz kolejny zobaczyć na żywo, które lubię i cenię, robimy coś w moim rodzinnym mieście, gdzie wciąż mam dużo przyjaciół i okazję, żeby się z nimi spotkać. Wszystko bez zadęcia, małe, kameralne – taki wręcz „rodzinny” festyn.

Mamy bardzo skromny, czterocyfrowy budżet pochodzący z prywatnej kieszeni, nie próbowaliśmy się nawet ubiegać o żadne dotacje ani sponsorskie konszachty. Mimo że w harmonogramie będzie przeważała elektronika, to wszystko jest robione bardzo po punkowemu. W ubiegłym roku festiwal się nie odbył, przez moje problemy natury prywatnej i lekkie problemy lokalu, który po prostu przestał istnieć. Ale udało mi się z tymi problemami uporać, a ekipa z Neonów przeszła do nowego klubu i wszystko wróciło na swoje tory. Nowe miejsce, ale ludzie wciąż ci sami.

(fot. Karol Grygoruk)

Skoro wspomniałeś o dotacjach: masz wizję tego, w jaki sposób pieniądze z budżetu powinny być przeznaczane na kulturę?

Po pierwsze, wierzę w dofinansowanie, a nie finansowanie. Chyba w większości wypadków są jakieś obostrzenia, jeżeli chodzi o wkład własny, ale na tyle długo w tym siedzę, że wiem doskonale, jak to faktycznie działa. Zamiast skupiać się tak bardzo na rozmaitych względach formalnych, komisje rozliczające wszelkie dotacje powinny być złożone z jakichś kumatych menadżerów, którzy znają rynek i są w stanie nie tylko podliczyć bilans w Excelu, ale również ocenić, czy te pieniądze zostały wydane z sensem i uzasadnieniem. A przede wszystkim uważam, że dofinansowanie może być potrzebne w rejonach, w których kultura ma wartość, a nie ma opcji, żeby sobie poradziła samopas w realiach wolnorynkowych.

Weźmy np. Bołt Records, które wydaje między innymi archiwa Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. Jest to ciężka i żmudna praca, dokumentacja naszej narodowej spuścizny w jakimś tam sensie, nie sądzę, żeby biznesowo miało to jakąkolwiek szansę się zwrócić przy takiej niszy i wielu kosztach, które trzeba ponieść. I gdyby nie oni i dofinansowania, to te nagrania pewnie dalej by leżały gdzieś w zakurzonej szufladzie i nikt by ich nigdy nie słyszał. Zresztą to, że taką dokumentację wydawniczą prowadzi firma zewnętrzna i dwóch młodych ludzi, a Polskie Radio w ogóle nie jest tym zainteresowane, to jest żenada na zupełnie innym poziomie. Ale takie inicjatywy jak wspomniana można naprawdę policzyć na palcach ręki, zamiast tego morze pieniędzy jest wylewane na inicjatywy czysto komercyjne i przez to mi się krew gotuje.

Dofinansowywanie nagrania przez kogoś płyty czy wydania przez kogoś płyty, która potem jest normalnie sprzedawana, a pieniążki idą do kieszonki, to jest temat, który mnie niemiłosiernie wkurwia i nie powinien mieć miejsca. Podobnie jak radykalne przepłacanie, jak organizowanie za gruby pieniądz zupełnie bezsensownych wydarzeń, które nikogo nie interesują, próby zaspokojenia własnego ego najczęściej, za pieniądze podatników. Nie jestem aż takim radykałem jak Krzysiek Słyż (założyciel Arachnophobia Records – wywiad z Krzyśkiem TUTAJ – przyp. trzy szóstki), uważam, że są sektory, w których dofinansowanie jest potrzebne i cenne, ale fakt faktem, że większość idzie na jakieś zupełnie kretyńskie i absurdalne cele. I faktycznie lepiej tą kasę przeznaczyć na szpitale.

Mnie dziwią projekty kulturalne oparte o pieniądze ministerialne. Później przy zmianie kadr wystarczy jedna szybka decyzja, aby np. taki festiwal przestał istnieć. Zresztą chyba przy okazji pojawiają się wtedy pewne zależności? Wiadomo, że nikt nie będzie mówił źle o strukturach, które „karmią”.    

Trudno mi się na szczęście wypowiadać z własnego doświadczenia, bo mnie takie relacje zupełnie nie interesują, ale z tego co obserwuję masz sporo racji. Ale tak naprawdę jak się bliżej przyjrzysz temu jak to wszystko funkcjonuje, to dotyczy nie tylko grantozy i rządowych pieniędzy, ale również temu, jak większość festiwali traktuje polskich wykonawców chociażby. Ogólnie większość ludzi w tym (i chyba w większości innych) „biznesów” na spokojnie trzy razy w głowie analizuje sobie wszelkie za i przeciw zanim kogoś skrytykuje. Czasami sytuacja wręcz prosi się o to, żeby zacząć ciskać piorunami, ale chłodna kalkulacja raczej nas od tego odwodzi. Mimo wszystko wciąż w głębi serca jestem młodym pankowcem, chociaż na szczęście zacząłem się chyba lepiej ubierać z upływem lat i szczerze mnie to wszystko wkurwia, bo milcząc dajemy na tą całą chujowiznę przyzwolenie i nic się nigdy w ten sposób nie zmieni. A bardzo bym chciał, żeby na przykład zespoły, które zagrały na największych w tym kraju festiwalach za karnet bez noclegu albo 300zł zamiast się na to zgadzać po prostu napisały na swoim Facebooku o tym, że ktoś ich próbuje brzydko wyruchać.

Na koniec powiedz, jak będzie wyglądał Twój label, gdy będziesz miał 50 lat.

Zupełnie szczerze i bez quasi-nihilistycznej pozy – nie mam pewności, czy tego wieku dożyję. Tym bardziej nie mam pewności, czy dożyje tego label. Jedyne na co mam nadzieję, to że w odpowiednim momencie z Mazutem pójdziemy po rozum do głowy i przestaniemy istnieć. Gdy widzę paradę łysawych ziomków z brzuszkiem na Unsoundzie albo Wrocław Industrial Festiwalu, grających swoje hity sprzed 30 lat, to jest mi trochę przykro. I tego bardzo bym chciał uniknąć.

Z perspektywy dwudziestosiedmiolatka opowieści kombatanckie mogą – czy wręcz powinny – wydawać się śmieszne, ale o dziwo po kilku latach w tej branży już mogę sobie na takie pozwolić. Gdy w 2010 roku wydałem płytę 19 wiosen limitowaną do 450 ręcznie numerowanych egzemplarzy to ludzie już po dwóch tygodniach pisali do mnie mejle czy nawet dzwonili w środku nocy (miałem przez chwilę numer telefonu na stronie, życie mnie tego szybko oduczyło) z pytaniami czy jeszcze się załapali. Dwa lata później, gdy wydawaliśmy płytę Krojca – czysto obiektywnie bardziej znanego artysty, bo jeszcze ciągnęła się za nim łatka Lao Che – limitowaną do 300 egzemplarzy to nikt już o to nie pytał, bo wszyscy wiedzieli, że to żaden limit, a nakład z którym będziemy się trochę bujać. Lada moment wyjdzie koncertowa kaseta Ukrytych Zalet Systemu, w nakładzie 80 egzemplarzy i zastanawiam się nad tym, ile czasu minie zanim go wyprzedam. O ironio fanów muzyki ciągle przybywa, ale ilość sprzedawanych kopii ciągle maleje.

Gdy zaczynałem wydawać płyty dystrybucja cyfrowa to była w tym kraju jakaś czarna magia; Bandcamp, Facebook i Spotify były dużo mniej popularne. Główne kanały dla labelu to była Nasza Klasa, Myspace oraz wysyłanie smsów do znajomych. Popatrz tylko ile się zmieniło przez tych siedem lat, nie mam pojęcia, co będzie za dwadzieścia. Może będziemy podcierać dupę muszelkami jak w człowieku demolce. Na pewno nigdy nie zostanę netlabelem, bo nie widzę w tym sensu. Dopóki będzie mi się chciało będę wydawał fizyczne kopie, choćby i w nakładzie 10 sztuk. A jak nawet tych dziesięć sztuk straci sens to po prostu przestanę to robić. Nie ma sensu się zarzynać, swoje tak czy siak już zrobiłem i może jak mi pierdolnie pikawa to syn Wiesława Weissa umieści mnie w encyklopedii polskiego rocka lat 2000 – 2035.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.