Wywiad: Krzysztof Słyż (Arachnophobia Records)

Krzysztof Słyż opowiada o funkcjonowaniu metalowej wytwórni w Polsce.


Śledząc Twoją słodko-gorzką relację z Metalmanii zastanawiałem się, jaką rolę mogą pełnić labele w postaci Arachnophobia Records podczas takiej imprezy. Jak to widzisz po kilku miesiącach od zakończenia akcji?

Widzę, że moja fejsbukowa relacja rozeszła się szerszym echem, niż to było zakładane, a określenie „koszulki Sodom” stało się swoistym viralem.

Nie mam pojęcia, jaką rolę mogą pełnić takie wytwórnie jak moja w tego typu wydarzeniach, bo kompletnie nie jest to przedmiotem moich rozważań. Zupełnie mnie to nie obchodzi – patrzę na to tylko ze swojej strony, tzn. opłacalności wyjazdu ze stoiskiem na taką imprezę. Jako że mieszkam w podlaskiej wiosce pod lasem, czyli regionie totalnie jałowym, jeśli chodzi o koncerty, każdy wyjazd ze stoiskiem to większa wyprawa. Skoro organizatorzy zapraszają, ludzie na koncertach kupują, więc pewnie jest to w jakiś sposób potrzebne. Nie ma już praktycznie sklepów, gdzie można obejrzeć i pomacać płytę z podziemnym metalem, pewnie ten koncertowy handel jest takim trochę zastąpieniem stacjonarnych sklepów muzycznych, bo jednak metalowcy to są sentymentalni ludzie i widać, że lubią pogrzebać w płytach, pomacać, pogadać ze sprzedawcą.

A może inaczej: gdzie w Polsce i w jakich okolicznościach możesz czuć się w pełni swobodnie? Pytam o coś w rodzaju sceny bądź środowiska, z którymi czujesz się jakoś związany.

Nie mam problemu z czuciem się swobodnie w jakimkolwiek środowisku. Niemniej jednak po tych kilku latach doświadczeń wiem, w jakich miastach i na koncertach jakich zespołów mogę liczyć na większe zainteresowanie i przychód na swoim stoisku. I nie jest to wcale równoznaczne z frekwencją.

Nie ukrywam, że publiczność na festiwalach metalowych nie jest do końca moją bajką i moja ocena pewnego typu zachowań publiczności z Metalmanii z perspektywy czasu pozostaje niezmienna. Jest cała masa fanów o takiej, a nie innej mentalności, która twierdzi, że kiedyś było lepiej i kompletnie nie interesuje się tym, co współcześnie w metalu. Choćby ukazywała się masa płyt, była masa koncertów, ale taki typ będzie żył w przekonaniu, że nic nie wychodzi i koncertów kompletnie nie ma. Cóż, niech sobie żyje, ale za nic w świecie nie potrafię zrozumieć po jaką cholerę taki ktoś na festiwalu podchodzi do stoiska z podziemną muzyką i w sytuacji, w której niczego nie zna, zaczyna się mądrzyć, że kiedyś to była muzyka, a ty tu jakieś gówno sprzedajesz.

W sumie przykro się patrzy na ludzi w wieku 40-50 lat, jak jadą gdzieś na koncert i są nawaleni tak, że ledwie kontaktują i bez różnicy dla nich co gra, byleby napierdalało. Nie ukrywam, że takie towarzystwo właśnie nie jest moją bajką, chociaż wielu pewnie powie, że to archetyp fana metalu. Preferuję mniejsze koncerty z zespołami grającymi te bardziej „poszukujące” formy metalu. Tam klienci są bardziej zorientowani, uprzejmi, łatwiej się utrzymują na nogach, wydają więcej i się nie targują. Aspekt towarzyski i muzyczny jest zawsze ważny, ale nie ukrywam, że jadąc gdzieś ze stoiskiem kieruję się raczej możliwością zarobku i on tu jest najważniejszy.

Zastanawia mnie to podejście na zasadzie ostentacyjnego ignorowania już nie tyle nowości, co ostatnich 20, czy nawet 30 lat. W którym momencie taka postawa góruje nad zwykłą ciekawością i dlaczego taka narracja jest również atrakcyjna dla wielu młodych osób?

Wiadomo, że inaczej muzyka (zresztą nie tylko muzyka) oddziałuje na człowieka jak miał lat szesnaście i dwadzieścia kaset na półce, niż jak ma na półce parę tysięcy płyt i cztery dychy na karku. Sam często sięgam po wydawnictwa pochodzące z czasów, w których mój gust dopiero się kształtował i które mnie ukształtowały jako fana muzyki. Nie wiem, czy taka postawa o jakiej rozmawiamy jest atrakcyjna dzisiaj dla młodych ludzi, ponieważ wydaje mi się, że jednak jest sporo ludzi, którzy cały czas czegoś poszukują, interesują się nowościami. Niemniej są oni w mniejszości w stosunku do tych, którzy są takimi „niedzielnymi” fanami, tzn. o istnieniu muzyki przypominają sobie dopiero wtedy, kiedy jest jakaś większa impreza typu Metalmania, a na co dzień stara drze się jak słuchają tego łomotu.

Wydawnictwa, z racji ich niebagatelnej roli w kulturze, powinny otrzymywać jakieś wsparcie od państwa, na przykład uzyskując różne ulgi czy też dotacje? A może to tylko zwykłe firmy i tak należy je traktować?

Absolutnie nie powinny być wspierane przez państwo. Ogólnie uważam, że kultura powinna być finansowana przez ludzi, którzy są nią zainteresowani, czyli przez odbiorców. A jeśli nie ma odbiorców, a artysta ma chęć tworzenia, to powinien to robić za pieniądze własne, a nie za fundusze podatników. Już wolę, by zamiast pieniędzy na kulturę państwo przeznaczało je na służbę zdrowia, infrastrukturę i inne bardziej potrzebne społeczeństwu kwestie, bo nie ma co ukrywać, że kultura nie jest jakąś istotną potrzebą w życiu i da się bez niej obejść. Wbrew temu, co mówią ludzie utrzymujący się z różnych grantów, bez kultury – szczególnie tej dofinansowywanej przez państwo – człowiek jest w stanie funkcjonować. Nie może być tak, że ktoś ma ochotę być filharmonikiem, malarzem, performerem, a nie jest w stanie się z tego utrzymać, to my jako społeczeństwo mamy się dokładać do jego marzeń, pasji czy jakkolwiek to określić.

Zresztą po tym, jaki rodzaj kultury się dofinansowuje, widać dokładnie, że nie jest to dobry pomysł. Gminne festyny za pieniądze burmistrzów pozapełniane przez najgorszą z możliwych muzykę, a minister Gliński daje pieniądze tragicznym zespołom grającym muzykę patriotyczną. Jak wygląda TVP, każdy widzi. Szczególnie teraz pod wodzą człowieka uosabiającego w pełni polski disco polowy wąsaty januszyzm. Władza ma przaśny gust i lepiej dla wszystkich by było, jakby te pieniądze powędrowały gdzieś indziej.

Prywatnie jestem księgowym i przez wiele lat naoglądałem się, jak w praktyce wyglądają dotacje dla firm, jak się marnuje olbrzymie pieniądze podatników i jestem zdecydowanym przeciwnikiem jakichkolwiek dotacji dla firm. Wystarczy, żeby władza nie przeszkadzała.

Zgadzam się z tym, że w pierwszej kolejności powinny zostać zaspokojone podstawowe potrzeby, niemniej kultura to także jeden z ważniejszych czynników determinujących nasze życie, nawet jeśli nie działa tak bezpośrednio. Obawiam się trochę sytuacji, kiedy masa świetnych projektów po prostu umrze śmiercią naturalną bez wsparcia – wiadomo, że w przypadku np. niszowych festiwali, pokazów, wystaw itp. nie ustawia się kolejka chętnych sponsorów. Może problem leży w jakości danej władzy, a nie samej idei?

Niech umiera, nic nikomu się nie stanie jak nie będzie jakiegoś koncertu, nie powstanie książka, nie zostanie nagrana płyta. Mamy absolutny przesyt tego wszystkiego: płyt, koncertów, książek, programów telewizyjnych, i to w ramach działania normalnych mechanizmów rynkowych. Płyt wychodzi tyle, że nie jestem w stanie choćby rzucić uchem na wszystko, co mnie interesuje, nie mówiąc już o braku pieniędzy na ich zakup. Jeśli mamy sytuacje, w której ludzie umierają z powodu niedofinansowania służby zdrowia, to jednak w takiej sytuacji lepiej, zamiast wydawać te pieniądze na kulturę, wspomóc nimi choćby ten sektor. Dla mnie dofinansowanie państwa na kulturę ma taki sam sens, jak choćby finansowanie religii z budżetu.

Czasem, gdy patrzę na to, co robią różne WOAKi (Wojewódzkie Ośrodki Animacji Kultury – przyp. trzy szóstki), widzę, że to taka wzajemna masturbacja za pieniądze podatników. W dodatku taka, którą podatnik nie jest zainteresowany. Niektóre dofinansowane projekty powstają na zasadzie, że człowiek ma marzenie sprowadzić jakiś zespół, który w skali kraju jest ciekawy tylko dla niego i kilkudziesięciu innych osób, z których na koncert przyjedzie kilkanaście. Marzenia powinno się spełniać za własne, a nie za nasze wspólne pieniądze, którymi można dysponować znacznie lepiej. Może jak Norwegia ma dużo pieniędzy z ropy to stać ją na to, żeby zespołom fundować nightlinery. Polska ma znacznie ważniejsze strefy życia z ogromnym niedofinansowaniem i to one są ważniejsze, niż marzenie np. Krystyna Jandy o prowadzeniu własnego teatru.

Podglądasz czasem, w jaki sposób działają inne polskie oficyny?

Tak, oczywiście. Nawet wiele pomysłów kopiuję. Dobrych wzorców nie należy się wstydzić.

I które z tych pomysłów powinno się jak najczęściej kopiować?

Chodzi o kwestie techniczne – takie jak papier, forma wydania. Zawsze uda się coś u kogoś podpatrzeć, ściągnąć. Chociaż chyba płyt z częściową metalizacją nikt przede mną w Polsce nie wydawał, jeśli chodzi o scenę metalową, a ten pomysł ściągnąłem z płyt z piosenkami dla dzieci.

No i staram się też uczyć na cudzych błędach. Lepiej tak niż na własnych.

Arachnophobię założyłeś w 2013. Gdybyś zrobił to kilka lat wcześniej ścieżka Twojego projektu mogłaby wyglądać zupełnie inaczej? Podobno to właśnie teraz przyszedł znakomity okres dla muzyki niezależnej w Polsce. 

Wcześniej bym nie założył, bo nie miałem takiej możliwości, więc trudno mi się odnieść na zasadzie gdybania. Po prostu, choćby nie wiem co – Arachnophobia Records nie mogła powstać wcześniej.

Nie wiem, jak wygląda to przy innej muzyce, ale jeśli chodzi o ekstremalny metal, to rzeczywiście ukazuje się cała masa znakomitej muzyki. Problemem jest właśnie przesyt i ograniczone portfele nabywców, a także mała liczba nabywców. Nieraz mam wrażenie, że gdziekolwiek w Polskę nie pojadę, to na każdym koncercie widzę kilkadziesiąt tych samym twarzy.

Prowadząc label z muzyką niezależną jakie można ustalić sobie cele? Gdzie znajduje się ściana, której już nie można przebić? Zauważyłem, że nie wszystkim zdolnym wydawcom chce się planować, niejednokrotnie zadowalają się jedynie puszczaniem do obiegu raz na jakiś czas jednej/dwóch płyt, tak jakby jakakolwiek forma innej aktywności – np. w obrębie reklamy/promocji – była czymś, hm, nieetycznym.

Mam zaplanowane wszystko zawsze co najmniej pół roku do przodu, czasem na rok. Nie wiem, jakie inni mają cele, ja swoje mam i staram się je konsekwentnie realizować. Spontaniczność i chaos nigdy nie były moją domeną. Warto pamiętać, że praktycznie każdy wydawca robi to hobbystycznie i wielu z nich może ma takie założenie, że wydaje jedną płytę na rok. Cóż, każdy robi jak mu się podoba.

Tygodniowo ile otrzymujesz demówek? Ile z nich jest w ogóle wartych uwagi?

Nie wiem ile, nie liczę. Na pewno jest ich coraz mniej. Zawsze i wszędzie mówię, że wydaję tylko kolegów, więc artyści nie przesyłają. Trudno powiedzieć, czy te demówki są warte uwagi, bo ich nie słucham. Praktycznie zawsze to ja występuję do zespołu z inicjatywą wydania im płyty, zazwyczaj są to moi znajomi, koledzy, z reguły jest to w ciemno i często bywa tak, że ostateczną wersję słyszę dopiero, kiedy całość przyjdzie do mnie z tłoczni. Wiem, że to wszystko brzmi trochę niepoważnie, na pewno nieprofesjonalnie, ale w moim przypadku bardzo dobrze działa. Zarówno jeśli chodzi o jakość samej muzyki, jak i o współpracę.

Nie masz takiego poczucia, że przez to być może tracisz szanse na wydanie czegoś wielkiego? 

Z jednej strony tak, z drugiej to jednak scena metalowa jest dosyć hermetycznym środowiskiem, wszyscy wszystkich znają, więc jak pojawia się coś wielkiego, to zawsze jakiś wspólny znajomy doniesie. Niemniej wolę współpracować z osobami, które znam i lubię. Nie chcę się wstydzić za jakieś poczynania „moich” artystów w stylu różnych głupot wypowiadanych w wywiadach, jakichś krzywych akcji. Właśnie za jedną krzywą akcję ostatnio jeden zespół wypadł z grafika wydawniczego na zawsze. Mimo że muzyka co najmniej rewelacyjna. Moja wytwórnia to dla mnie coś ważnego także w wymiarze osobistym, więc nie chcę z czymkolwiek czuć się niekomfortowo.

Wspominasz często o hermetycznym środowisku. Masz pomysły, w jaki sposób można dotrzeć do osób, które jedynie od święta mają styczność z metalem? Chociaż należałoby zacząć, czy w ogóle ta scenowa kumatość pt. „kto ma wiedzieć ten wie” jest dla Ciebie problemem?

Słyszałem już opinie typu, że „kto ma wiedzieć ten wie, po co promocja, po co reklamy”. Jak zapewne wiesz, w Polsce jest blisko czterdzieści milionów specjalistów od ekonomii, więc sporo musi też być od spraw promocji i reklamy. Tak jak wcześniej wspominałem, na rynku jest przesyt i trzeba robić wszystko, by jednak być widocznym. Trudno mi powiedzieć jak można dotrzeć do osób, które nie są metalowymi die – hardasami. Ale choćby ten wywiad jest przykładem tego, że się udaje. Takich ludzi nieraz fani metalu pogardliwie nazywają „pizdami w rurkach”, ale często widzę, że te „pizdy” mają większą wiedzę o metalu, niż te stare obrzygańce w thrash metalowych koszulkach.

„Brzmienie Arachnophobia Records” – istnieje coś takiego?

Nie mam pojęcia. Nie chciałbym, aby istniało. Jedyna szufladka, w jakiej widzę wytwórnię, to szufladka labelu wydającego wysokiej jakości płyty. Zarówno jeśli chodzi o wartość muzyczną, jak jakość papieru, grafiki itd. Na pewno łatwiej by mi było powiedzieć, co nie jest „brzmieniem Arachnophobia Records”.

A zatem co nie jest?

Na pewno grind, death/grind, techniczny death metal, ogólnie death metal grany na amerykańską modłę. Nie czuję tego.

Twoje ulubione albumy z katalogu Arachnophobia Records?

Nie będę kłamał, że takich nie mam, ale uważam, że publicznie nie powinienem się wypowiadać na ten temat.

Najważniejsze? Strzelam, że „Esperalem tkane” Odrazy.

W tamtym czasie na pewno. Sukces tej płyty był czymś fantastycznym. Tym bardziej, że pokazał mi wtedy siłę internetu. Nic nie trzeba było robić, a jakoś samo się wypromowało. Ale na szczęście tych ważnych płyt było więcej, ale nie potrafię wskazać najważniejszej.

Plany na najbliższe lata/miesiące?

Na jesień będą cztery bardzo dobre płyty i liczę, że będzie o nich głośno. Na wiosnę kolejna rewelacja. Ale na razie nazw nie mogę zdradzić.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.