Wywiad: Dawid Kowalski (PURGIST)

To miała być dłuższa rozmowa, ale efekt końcowy przerósł moje wszelkie oczekiwania. Z Dawidem rozmawiałem o tym, w jaki sposób można poznawać (harsh) noise, o najlepszych hałaśliwych albumach, o polskiej scenie noise’u, Merzbow, koncertach Dave’a Phillipsa i Kazumoto Endo w Polsce, PURGIST i wielu innych sprawach.


(Kultūrnamis, kult.lt)

Czym uwiódł Cię noise?

Zadałeś trudne pytanie dlatego, że trudno jest udzielić na nie jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno złożyło się na to wiele czynników, tj. m.in. fakt, że w moim domu rodzinnym dominowała raczej agresywna – jak na tamte czasy – muzyka gitarowa. Z biegiem czasu brnąłem głębiej w rejony coraz bardziej radykalne. Jako nastolatek słuchałem głównie technicznego death metalu (Atheist, Cynic, Death, Necrophagist itd.) oraz grindcore i porngrindu (Cock and Ball Torture, Nasum itd.). Momentem przełomowym było dosyć wczesne zderzenie z grupami takimi jak Ministry, Revolting Cocks czy Agoraphobic Nosebleed. Na nagraniach tych zespołów pojawiały się wyraźne elementy zahaczające momentami o harsh noise. W tamtym okresie robiło to na mnie ogromne wrażenie i zachęciło do dalszych poszukiwań, tym razem w rejonach muzyki stricte elektronicznej (głównie idm, breakcore), a także w rejony związane z Cold Meat Industry.

Tym sposobem dotarłem oczywiście do topornego Merzbow, ale w pełni „poczułem” harsh noise dopiero w chwili, gdy zrozumiałem, że ten gatunek ma wiele odcieni i niekoniecznie musi stanowić wyłącznie ścianę przesterowanego dźwięku. Potrafiłem to docenić i przetrawić także dlatego, że w tym samym okresie przerobiłem już Throbbing Gristle, Nurse With Wound, Coil, Autechre, tj. wykonawców, którzy śmiało operowali tego typu brzmieniami wykorzystując je na pierwszym planie swoich nagrań. Olbrzymim bodźcem zachęcającym do zgłębiania tego typu muzyki były także nagrania Łukasza Szałankiewicza (Zenial) oraz Bartka Kalinki (XV Parówek). To ten pierwszy zresztą zachęcił mnie w ogóle do wyjścia z własnymi produkcjami do ludzi.

Tak zwany „hałas” wykorzystywany w kontekście muzycznym jest bardzo plastycznym tworzywem, dzięki któremu twórcy uzyskują dostęp do nieszablonowych dźwięków i mają możliwość kreowania różnorodnych i oryginalnych doświadczeń słuchowych. To chyba jest w moim odczuciu główną zaletą noise’u.

Topornego Merzbow? Rozwiniesz wątek?

To dosyć kontrowersyjny projekt, a słuchaczy i twórców harsh noise można z grubsza podzielić na dwa obozy – tych, którzy są “za” i “przeciw”. Z jednej strony wkład tego projektu w rozwój i popularyzację gatunku harsh noise jest niepodważalny, w dużej mierze za sprawą albumów wydanych w USA przez Relapse. Ten fakt zresztą skądinąd był też całkiem zabawną komedią pomyłek, o czym dowiedziałem się niedawno. Zarówno wśród wykonawców, jak i wielu słuchaczy harsh noise, panuje powszechne przekonanie, że Merzbow jest swoistą “Metallicą” gatunku.

Oczywiście jego liczne nagrania miało okazję poznać wiele osób z uwagi na fakt, że były dystrybuowane zarówno w obiegu podziemnym poprzez międzynarodową sieć wymiany kasetowej w latach 80. i 90., jak i nieco bliżej głównego nurtu, poprzez kanały dystrybucji kojarzone zwykle z muzyką metalową.

Hurtowa produkcja nagrań wpuszczanych do obiegu dwoma kanałami oraz czynnik egzotyki miały sumarycznie duży wpływ na nakręcenie popularności. Odpowiedź na pytanie, czy szła za tym jakość należy już do poszczególnych słuchaczy.

Należy jednak pamiętać, że w połowie lat 90., u szczytu popularności nurtu nazywanego wtedy japanoise, w samej Japonii aktywnie działało wielu doskonałych artystów – wspomnieć wystarczy choćby o MSBR, PainJerk, Killer Bug/Kazumoto Endo, Government Alpha, Incapacitants, K2, CCCC czy powszechnie kojarzonych Masonna, Hatanarashi oraz całej rzeszy innych.

W moim odczuciu nagrania Merzbow są po prostu toporne, od lat 90. nie wniosły nic nowego do gatunku, a sam artysta stoi w miejscu. I nawet liczne kolaboracje z różnymi zespołami nie zmieniają tego faktu.

Wspomniałeś o Relapse. Co tam się działo?

Historię usłyszałem tylko raz, więc przytoczę ją tylko z grubsza. Amerykański Relapse – label znany wszystkim fanom muzyki metalowej – był odpowiedzialny za wydanie albumu Merzbow “Venereology” w 1994 roku. Płytę reklamowano wykorzystując zaplecze promocyjne dużego wydawnictwa, a publikowane w branżowych mediach reklamy opatrywano krzykliwymi hasłami typu “najbardziej ekstremalny album wszechczasów”. Sprytnym zabiegiem było jednak nie informowanie potencjalnych nabywców, że na płycie nie znajduje się muzyka metalowa, odpowiadająca dotychczasowemu profilowi wytwórni. Nieświadomi fani metalu kupowali krążki, lecz po włożeniu ich do odtwarzacza czekało na nich niemiłe zaskoczenie.

Tak czy inaczej, album sprzedał się w dosyć dużym nakładzie, a wieści o dobrej sprzedaży powędrowały z powrotem do Japonii. Na tym gruncie w Japońskim środowisku noise’owym zapanowało przekonanie o olbrzymiej popularności noise’u na terenie Stanów Zjednoczonych, co w konsekwencji pociągnęło za sobą automatycznie rozrost sceny. Tym samym po świecie zaczęły się rozchodzić legendarne już informacje o olbrzymiej popularności i wielkiej scenie noise w Japonii.

Jakkolwiek powyższą historię przytaczam w dużym skrócie i uproszczeniu, to mam nadzieję, że nie przeinaczam faktów. Pokazuje ona jak jedno wydawnictwo pociągnęło za sobą falę ciekawych konsekwencji. Trzeba jednak pamiętać, że tradycja tej muzyki była podtrzymywana na długo jeszcze zanim ukazał się album, który narobił tyle hałasu. Odbywała się głównie w ramach międzynarodowej sieci wymiany kasetowej.

Kończąc temat Merzbowa: popularność Japończyka jest na tyle wysoka, że to po jego wydawnictwa w pierwszej kolejności sięgają osoby, które zaczynają słuchać noise’u. Stworzyłbyś listę kanonicznych noise’owych płyt, czyli takich, od których warto wystartować?

Nie będę nawet podejmował próby stworzenia obiektywnego kanonu – ilu słuchaczy, tyle opinii. Zwłaszcza jeżeli uwzględnimy różne odłamy gatunku, tj. harsh noise wall, ambient noise wall, czy też tzw. lo-fi aka shitcore noise.

Na pewno jednak wśród płyt płyt, które warto znać znajdą się japońskie klasyki, tj. Merzbow “Venereology” czy “Pulse Demon”, Masonna “Frequency LSD”, MSBR “Collapseland”, K2 “Metal Dysplasia”, Incapacitants “Quietus”, PainJerk “Retrogress” i szereg innych. Są to jednak przykłady wczesnego oblicza gatunku. Stanowią one pewną bazę wyjściową, jednak ze świadomością, że większość tych albumów zawiera nagrania, które co do zasady kojarzone są powszechnie z gatunkiem, tj. przegłośnione, pozbawione dynamiki (rozumianej w sensie zmian głośności) ściany przesterowanego dźwięku przecinane brzmieniami filtrów. W kolejnych latach gatunek ulegał dalszemu rozwojowi – z jednej strony pojawiły się nagrania ze zwiększoną dynamiką, w których wykorzystywano technikę cut-up (m.in. Kazumoto Endo “Brick and Mortar”, Facialmess “Dub Made Flesh”, Sickness “Flesh and Bone”, Macronympha “Grind”). Z drugiej zaś mieliśmy wykonawców zmierzających w przeciwnym kierunku, tj. protoplastów podgatunku harsh noise wall (ówcześnie nazywanego militant walls).

Na przełomie wieków w USA pojawił się nurt określany początkowo mianem – o ile dobrze pamiętam – “california noise”; czyli. m.in. wczesne nagrania Pedestrian Deposit. Polegał on na łączeniu harsh noise’u tworzonego z wykorzystaniem techniki cut-up i brzmień zapętlonych taśm (tzw. infinite loop tapes), z których odtwarzano wycięte strzępki melodii. Gdzieś w okolicach tej stylistyki wykształciły się nagrania wykonawców łączących dynamiczny harsh noise z innymi gatunkami muzyki: Tourette, Oscillating Innards, Kazuma Kubota i inni.

Oczywiście podana przeze mnie lista nie jest w najmniejszym nawet stopniu wyczerpująca, pominąłem wielu artystów, także tych stricte akademickich. Świat harsh noise jest bardzo zróżnicowany i w ramach gatunku można wyróżnić wiele styli pobocznych. Gorąco zachęcam do prowadzenia dalszych poszukiwań na własną rękę.

Zapomnijmy na moment o obiektywnych zestawieniach. Jakie są Twoje ulubione nagrania, rzeczy typu 5/5?

Jeżeli chodzi o nagrania noise’owe, w pierwszej kolejności przychodzą mi na myśl następujące albumy: Sickness “Mudlark”, Kazuma Kubota “Dis-connected”, T.E.F. “Corrugation”, Tourette “Eroboros”, Deafault “Nikita Division”, MAAAA “Abhorrence and Dismay”, Jason Crumer & Joseph Hammer “Show Em the Door”, Facialmess “Pig Hydraulics”, Kazumoto Endo “While You Were Out”, MSBR “Collapseland”, Xome “Itch”, Pedestrian Deposit “Austere” + wiele innych, ale miejsca nie starczy.

Poza noise, jak większość ludzi w obecnych czasach, słucham różnej muzyki i nie ograniczam się do wybranych gatunków. Gdzieś od 2003 r. jestem oddanym psychofanem twórczości Grega Dulliego, w szczególności Twilight Singers “Blackberry Belle”, Afghan Whigs “Black Love” i Gutter Twins “Saturnalia”. Uwielbiam też Deftones i nowy album “Gore” bardzo mi się spodobał. Słucham dużo muzyki elektronicznej, z Autechre “Chiastic Slide” i Richardem Devine “Asect:Dsect” na czele, ale zapuszczam się też w rejony dub techno – Deepchord “20 Electrostatic Soundfields” oraz “The Coldest Season”. Jesienią słucham dużo psybientu i pochodnych, bardzo lubię całokształt twórczości Entheogenic ze “Spontaneous Illumination” na czele. Lubię breakcore, w szczególności Xanopticon i Dev/Null.

Muzyki metalowej/rockowej słucham już niewiele (poza wyżej wspomnianymi), chociaż bardzo mi się spodobała ostatnia płyta Dying Fetus “Wrong One to Fuck With”, lubię też porngrindową kapelę Spasm z Czech. Ostatnimi czasy słuchałem też bardzo dużo spokojnej elektroniki Bvdub oraz 2184 i uważam, że oba te projekty zasługują na 5/5. Dużo tego, staram się generalnie słuchać jak najwięcej nowej muzyki, nie ograniczając się jedynie do ulubionych gatunków czy wykonawców. Natomiast jak nikt nie patrzy to słucham Sade, bo uwielbiam “Diamond Life” i mam wyjebane.

Niektórzy twierdzą, że tolerancja na pewne dźwięki jest zapisana w naszych genach. Wiesz, coś na zasadzie, że z pewnymi rzeczami się rodzimy. Dla mnie to okropna bzdura. Wyznaję teorię, która głosi coś całkiem innego: wszystko jest kwestią pewnego rodzaju treningu. Tak też zaczynałem z hałasem musiałem najpierw osłuchać się z nową dla mnie estetyką, a po jakimś czasie te dźwięki zaczynały się układać w sensowną całość, aż wreszcie zacząłem czerpać z tego nieskrępowaną przyjemność. Jak do tego podchodzisz?

Też jestem zdania, że umiejętność słuchania noise’u można bez większych problemów wytrenować. Pamiętam, że pierwsze zetknięcie z gatunkami takimi jak death metal czy grindcore było przez pewien czas ponad moje możliwości poznawcze. Nie potrafiłem nawet odróżnić jednej kapeli od drugiej. Teraz wydaje mi to dosyć zabawne. Na pewno umiejętność oceny i krytycznego przetrawienia harsh noise’u rośnie wprost proporcjonalnie do czasu poświęconego na słuchanie kolejnych płyt. Jak wspomniałem wcześniej – sam także musiałem się stopniowo wdrażać w ten gatunek tak, aby przede wszystkim potrafić go w ogóle słuchać, a także wyodrębnić różnorodne zabiegi artystyczne, zrozumieć techniki produkcyjne oraz – co istotne – kontekst kulturowy i siatkę zależności, które miały wpływ na rozwinięcie takiego właśnie gatunku.

Dobrym początkiem było słuchanie muzyki industrialnej oraz tzw. post-industrialu. Harsh noise pełnymi garściami czerpał z tych tradycji muzycznych, łącząc je z improwizacją, wpływami krautrocka, psychodeliczną muzyką z przełomu lat 60. i 70. czy nawet free jazzem. Tych zależności jest bardzo wiele, a ich stopniowe poznawanie pozwala na nieco pewniejsze poruszanie się po tym gruncie. Jak Tobie udało się przełamać tą barierę poznawczą?

Działałem krok po kroku. W tym kontekście ważne jest Sonic Youth, które wprowadzało mnie za rękę do noise rocka. Później poznałem ich pierwsze nagrania usadowione w no wave’u, – to był ten pierwszy moment przełomowy. Drugim olśnieniem było Sunn O))) – wtedy już wiedziałem, że szum może być niezwykle przyjemny.

No właśnie, ta forma wyrazu jest obecna i rozpowszechniona w wielu gatunkach muzycznych, dzięki czemu estetyka hałasu jest zaszczepiana w coraz większej grupie odbiorców. Świetnym przykładem przejścia noise w okolice bliskie mainstreamu jest grupa CLIPPING., która śmiało i z powodzeniem wykorzystuje surowy harsh noise w nagraniach. Nic zresztą dziwnego, skoro jednym z członków zespołu jest ceniony artysta związany ze środowiskiem – William Hutson, znany z projektu Rale. Gorąco zresztą polecam album tego projektu zatytułowany “I Sit By The Window And Watch Walls And Ceiling”, który ukazał się nakładem wydawnictwa Monorail Trespassing.

Podobne przejścia noise’u w okolice mainstreamu można znaleźć w twórczości np. Prurienta, Pharmakon, Yellow Swans, niektórych projektów z katalogu Posh Isolation. Co w ogóle myślisz o takim lajtowym hałasie?

Prurient trudno określić mianem lajtowego noise, Dominick jest przecież zasłużonym weteranem sceny, a jego wcześniejsze nagrania były znacznie bardziej radykalne niż obecna twórczość. Nie należę do fanów jego obecnej twórczości, ale przyznaję, że doceniam swoistą odwagę w rozwinięciu stylu w takim kierunku. Pharmakon nie słucham, zupełnie nie moja bajka. Label Posh Isolation również mało mnie interesuję, tak więc trudno jest mi się wypowiadać na ten temat. Odpowiadając jednak na pytanie – nie widzę nic złego w wykorzystywaniu noise’u w jego mniej surowej i radykalnej formie, to normalny zabieg artystyczny.

Jak uważasz, noise może pełnić formę autoterapii?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Zapewne tak, jak każdy inny gatunek muzyczny czy rodzaj sztuki w ogóle. Nie przepadam natomiast za nadmiernym przypisywaniem mu jakiejś szczególnej roli terapeutycznej albo rozpatrywaniem go w tym kontekście. Wydaje mi się, że to po prostu jedna z wielu form wyrazu, a jej funkcja zależy już od kontekstu oraz intencji nadawcy i/lub odbiorcy. Przypisywanie mu roli wyłącznie terapeutycznej jest swoistym spłyceniem, sprowadzającym ten gatunek wyłącznie do agresji czy też formy odreagowania. Jest to mylne, dalekie od prawdy przekonanie, co nie oznacza, że nie musi tak być. Ilu artystów i słuchaczy, tyle poglądów na sprawę.

(Kultūrnamis, kult.lt)

Można powiedzieć, że noise to muzyka apolityczna, w przeciwieństwie do industrialu?  

Wielu wykonawców w ramach tego gatunku ma zdecydowane i jasno sprecyzowane poglądy polityczne (w przeważającej mierze lewicowe, co może być dla niektórych zaskakujące), które starają się czasami przekazywać na różnorodne sposoby. Oceniając jednak całokształt gatunku, wydaje mi się, że noise jest generalnie mniej upolityczniony od klasycznej muzyki industrialnej. Prawdę mówiąc bardzo mnie to zresztą cieszy, gdyż nie przepadam za łączeniem muzyki z kwestiami politycznymi, chociaż jak zwykle i od tej reguły są pewne wyjątki.

Od lat organizujesz koncerty. Jak przez ten czas zmieniała polska scena noise’u? Teraz łatwiej organizuje się takie eventy, a może wręcz przeciwnie?

Koncerty to temat-rzeka, o którym mógłbym długo opowiadać. Przede wszystkim aktualnie dostrzegam dużą zmianę na lepsze we wszystkich obszarach związanych z koncertami. Doskonale pamiętam czasy, gdy 10 lat temu w trzech miastach odbywały się cykliczne imprezy poświęcone temu gatunkowi. Mam na myśli współorganizowany przeze mnie cykl Noise 4 Cash w Krakowie, Noise Devastation we Wrocławiu, oraz warszawski Noise Waste. Warunki finansowe były wówczas dramatyczne, większość wykonawców docierała na niektóre edycje tych wydarzeń na własny koszt. W wielu przypadkach ludzie podróżowali wiele godzin tylko po to, żeby wystąpić przed publiką składającą się z 5 osób i bezdomnego psa, spotkać ze znajomymi pasjonatami i powymieniać albumami, a nad ranem wybrać się w podróż marzeń z powrotem do domu. Były oczywiście wyjątki od tej przykrej reguły, ale trudne realia nie zachęcały do dużej aktywności organizacyjnej i w rezultacie wielu animatorów tej sceny z biegiem lat się wykruszyło.

Obecnie sytuacja zmieniła się na tyle, że imprezy z dramatycznie niską frekwencją zdarzają się względnie rzadko. Organizatorzy stają także na głowie, żeby zapewnić finansowanie i odpowiednie zaplecze techniczne. To wszystko zbiegło się w czasie z nagłym wzrostem popularności niezależnej, „chałupniczej” elektroniki, który nastąpił w ostatnich latach. Z moich obserwacji wynika, że obecnie znacznie więcej osób interesuje się nietypową muzyką, także noise’em czy jego radykalnym odłamem, tj. harsh noise. W związku z tym nieco łatwiej jest też organizować koncerty, kluby patrzą na nas bardziej przychylnie, często także kojarzą wykonawców. Lata temu było to rzadkością, a historie związane z tłumaczeniem właścicielom klubów czym jest noise to materiał na osobną rozmowę.

Żeby nie pozostać gołosłownym – przez ostatnie kilka lat współorganizowałem cykl imprez noisowo-gitarowych (hardcore, grindcore itp.) odbywający się w Warszawie pod nazwą Make Some Noise. Frekwencja była przynajmniej zadowalająca, a niekiedy nawet przekraczała nasze najśmielsze oczekiwania. Sergei Hannolainen (MAAAA) organizuje także cykliczne wydarzenia w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej pod nazwą Przesterowane Szczury, które cieszą się bardzo dużą popularnością. O ile dobrze pamiętam podczas ostatnich edycji zabrakło miejsc siedzących na sali.

Mimo to nie patrzę w przyszłość z optymizmem, gdyż w mojej ocenie taka sytuacja na pewno nie będzie trwała wiecznie. Pocieszające natomiast jest to, że w porównaniu do wielu innych krajów, sytuacja koncertowa w Polsce jest naprawdę zaskakująco dobra i nie mamy się czego wstydzić. Podobne odczucia mają również wykonawcy zagraniczni, którzy coraz częściej odwiedzają nasz kraj w ramach tras koncertowych.

Najlepsze polskie noise’owe miejscówki?

Stricte noise’owych miejsc nie ma, chociaż na pewno świetnie byłoby mieć jeden mały klub z odpowiednim zapleczem technicznym, który stanowiłby centralną bazę koncertową. Jest natomiast dużo miejsc, które są przychylne tego typu muzyce – wypada wspomnieć o Kolonii Artystów w Gdańsku, LAS w Poznaniu (który jak wszyscy wiemy aktualnie został w przykry sposób potraktowany, dalsze jego losy się aktualnie ważą). W Warszawie oczywiście świętej pamięci Eufemia, skłot Przychodnia, klub Pogłos. Na śląsku na pewno Wolne Tory TSA w Bytomiu. We Wrocławiu Centrum Reanimacji Kultury, klub Carpe Diem i UFFF. W Łodzi oczywiście świetny klub DOM. Wiele miejsc nieświadomie pomijam, ale w/w przychodzą mi do głowy od razu.

W jakim stopniu osoby z polskiej sceny są zainteresowane promocją swojej twórczości? Przyznam, że bardzo rzadko dostaje jakieś informacje o nowych wydawnictwach z tych rejonów.

Trudno mi odpowiadać za kolegów i koleżanki ze sceny, ale z dużą dozą przekonania mogę powiedzieć, że zapewne nie interesuje ich raczej promowanie swojej twórczości na terenie kraju. Wykonawcy poruszający się w tym gatunku, poza nielicznymi wyjątkami, byli przez długie lata raczej ignorowani lub traktowani jak niestrawna ciekawostka. Po co wysyłać kopie promocyjne do polskich dziennikarzy czy blogerów, skoro w zamian przez lata dostawaliśmy recenzje z nieśmiertelnymi podsumowaniami na zasadzie „fanom gatunku na pewno przypadnie do gustu, dla pozostałych raczej ciekawostka” lub „doskonała płyta do wkurwiania sąsiadów”?

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest w moim odczuciu wiele, chociaż ostatnimi czasy dostrzegam lekką zmianę na lepsze. Brakuje u nas recenzentów, którzy naprawdę „czują” ten gatunek i potrafią o nim napisać z perspektywy osoby zaznajomionej z tradycjami. Z drugiej jednak strony takie świeże, nieskażone historią podejście jest również wartościowe i cieszy mnie fakt, że takie próby są podejmowane.

Mimo wszystko, mamy w kraju kilku świetnych wykonawców, którzy są powszechnie ignorowani i nie poświęca się im zasłużonej uwagi, wystarczy chociaż wspomnieć o Vilgoć, który ma blisko 20-letni staż sceniczny; nowy projekt power electronics o nazwie SZNUR; ciekawe nowe przedsięwzięcie Emptyz z nowoczesnym podejściem do harsh noise’u; doskonały MAAAA, który robi duże zamieszanie na scenie międzynarodowej; psychodeliczny Lysergic Audio Device; industrialno-noise’owy Brandkommando, który konsekwentnie od lat wydaje albumy zdobywające popularność w innych krajach; warto także obserwować działania Konrada Materka (ex- Rez Epo) poruszającego się w rejonach syntezatorowego, psychodelicznego noise’u.

Dodatkową sprawą, o której warto wspomnieć, jest fakt, że wielu artystów celowo i świadomie olewa kwestie promocyjne, koncentrując się wyłącznie na pracy studyjnej. To również charakterystyczne dla gatunku.

Ponadto, uwagi nie dostaje także działające na naszym rynku małe wydawnictwa, wyspecjalizowane w tym gatunku. Warto wspomnieć w tym kontekście o oficynach takich jak: Triangle Records, Chaosynod czy Impulsy Stetoskopu.

Jak sądzisz, skąd ta zmiana na lepsze?

Tak jak wspomniałem wcześniej – nieformalny obieg muzyki niezależnej w kraju na pewno wywarł duży wpływ na wzrost zainteresowania słuchaczy oraz recenzentów. Widzę także po popularnych blogach muzycznych, że ich autorzy starają się jakość ugryźć ten temat. Rezultaty są oczywiście różne, ale należy docenić starania.

Pytanie w zasadzie powinno być raczej skierowane do takich osób jak Ty – co sprawiło, że sam zainteresowałeś się promowaniem także tego gatunku w ramach Trzech Szóstek?

W przypadku Trzech szóstek nie ma większej filozofii – po prostu piszę o tym, co mi się podoba, niezależnie od gatunku. Chociaż na swój sposób w pisaniu o tak „radykalnych” dźwiękach jest coś kuszącego. To fajna sprawa, gdy ktoś sięgnie po całkiem inną estetykę za sprawą rekomendacji i pozna zupełnie coś nowego, może nawet „obcego”. Ale właśnie: czy wszystkim ze sceny to odpowiada, że po noise sięgają także recenzenci z, hm, innych bajek?

Na pewno nie będzie to odpowiadało wszystkim, ale myślę, że kwestia noise’u jako nowego terytorium może być dla wielu słuchaczy ciekawa na tyle, że warto się w ten temat zagłębić. Osobiście zawsze się cieszę, gdy widzę, że pojawiają się nowi słuchacze zainteresowani tematem.

 

(Live painting, Up To Date Festival, Białystok, 2014)

Swego czasu współtworzyłeś też netlabel Far From Showbiz.

Tak, w 2005 r. mieszkałem w Krakowie, wtedy też poznałem Wojciecha Koniecznego. Wojciech założył Far From Showbiz chyba rok wcześniej i nagrywał także noise solowo pod pseudonimem Retro oraz z Jakubem Glińskim w ramach duetu Space Monkeys. Zaprzyjaźniliśmy się ze względu na zainteresowanie tym rodzajem muzyki. Dołączyłem do FFS i przez jakiś czas wspólnie wydawaliśmy albumy w formie cyfrowej oraz na CDR. W 2006 r. postanowiliśmy uruchomić cykl imprez noise’owych, który funkcjonował przez 4 lata aż ostatecznie umarł śmiercią naturalną w 2010 r. W tym czasie zrealizowaliśmy 7 edycji (ostatnią prowadził Konrad Materek znany z Rez Epo i wydawnictwa Chaosynod). W ramach FFS wydawaliśmy albumy wykonawców krajowych i zagranicznych do 2008 r., gdy odłączyłem od ekipy, żeby założyć własny label – Somnolent Shelter Records.

Ponadto, dzięki FFS powstało także harshnoise.org, które wyrosło na bazie forum funkcjonującego przy wydawnictwie i służyło głównie do porozumiewania się załogi wytwórni (w jej skład wchodził także Rosjanin Oleg Lednev – autor projektu Neverberated).

W okolicy 2010 roku Wojciech niestety wyjechał z kraju i słuch po nim zaginął.

Jaka jest aktualna sytuacja harshnoise.org?

Historia harshnoise.org jest długa i zawiła. W okresie 2006-2010 strona działała pod adresem harshnoise.art.pl oraz harshnoise.pl w formie forum dyskusyjnego, które poza wieloma internetowymi wojenkami dało także początek wielu cennym inicjatywom i przyczyniło się w pewien sposób do skonsolidowania środowiska. Mam nadzieję, że nie będzie to stwierdzenie na wyrost, ale właśnie poprzez komunikację na tym forum doszło do powstania wielu imprez stricte noise’owych oraz zakwitło wiele wydawnictw. Także tych, które dały pośrednio początek obecnej fali domowych oficyn. W 2010 r. każdy już korzystał głównie z Facebooka, wobec czego dalsze istnienie forum było bezzasadne, a stronę przekształciłem w internetowy magazyn/blog, który funkcjonował sprawnie przez kilka kolejnych lat aż skutecznie umarł.

Obecnie kilka osób związanych z tą stroną tworzy nieformalną grupę wykonawców, organizatorów i aktywistów. Pod szyldem harshnoise.org organizujemy koncerty. Trwają prace nad wznowieniem międzynarodowego, internetowego magazynu oraz sformalizowaniem tej aktywności w formie organizacji pozarządowej, której statutowa działalność będzie się opierała właśnie na szeroko rozumianej animacji kultury związanej z radykalną muzyką. Nie potrafię niestety określić kiedy to nastąpi, aktualnie koncentrujemy się na działaniach „w terenie”, tj. głównie organizacją koncertów i nawiązywaniem współpracy międzynarodowej.

Brakuje w polskim necie miejsc skupiających osoby zainteresowane noise’em i muzyką pokrewną?

Na pewno tak, chociaż grupa wykonawców i organizatorów jest na tyle mała, że praktycznie wszyscy znają się osobiście. Spotykamy się w ramach koncertów oraz prywatnie i staramy się wspólnie koordynować działania. Bardzo fajną cechą charakterystyczną dla naszego lokalnego środowiska jest fakt, że jest ono co do zasady dobrze zgrane i nie dochodzi do animozji. Prywatnie się wszyscy lubimy i staramy wzajemnie wspierać w różnych kwestiach. To bardzo ważne.

Sytuacja wygląda niestety znacznie gorzej dla osób chcących poznać ten gatunek lub po prostu poczytać wywiady i recenzje. Funkcjonuje blog The Catcher in the Noise, ale nie jest bardzo aktywny. Pozostaje zwrócić się ku zagranicznym źródłom, najlepszymi są funkcjonujące od lat, międzynarodowe fora dyskusyjne takie jak Troniks/Maniacs Only oraz forum funkcjonujące przy stronie internetowej magazynu Special Interests.

Istnieje również kilka facebookowych stron poświęconych temu gatunkowi, najlepszym przykładem Skąd ten noise, ale nie znajdziemy tam dłuższych artykułów. Pozostałe tego typu strony, na które trafiłem, zawierają głównie odnośniki do dosyć powszechnie znanych wykonawców, ignorując mniej popularnych artystów.

Mam gorącą nadzieję, że wskrzeszenie harshnoise.org w zaplanowanej formie pomoże nieco wypełnić tą lukę.

Organizujesz sierpniową trasę Dave’a Phillipsa po Polsce i październikowy koncert Kazumoto Endo w Warszawie. To dla Ciebie duże przeżycie?

To nie do końca tak. Mieliśmy okazję gościć Dave’a Phillipsa po raz ostatni w 2015 r. podczas jego wspólnej trasy koncertowej z Mei Zhiyong (Chiny). Wraz z Sergiejem/MAAAA zorganizowaliśmy wtedy bodaj dwa koncerty – jeden odbył się w poznańskim klubie LAS, drugi w ramach wspomnianej wcześniej imprezy Make Some Noise w Warszawie. W tym roku Dave został zaproszony na występ w ramach festiwalu Borderline Noise Festival, który odbędzie się w Atelier Wolimierz w dn. 10-13 sierpnia. Phillips postanowił wykorzystać tę okazję do zorganizowania trasy koncertowej po Polsce. Skontaktował się ze mną z pytaniem o kluby i miasta w których warto wystąpić. Po dłuższej wymianie maili mieliśmy już ustalone terminy i miejsca, a ja wziąłem na siebie koordynację całości oraz bezpośrednią organizację kilku wydarzeń. Trasa nie doszłaby jednak do skutku, gdyby nie nieoceniona pomoc przychylnych osób z Wrocławia i Łodzi oraz entuzjastycznego podejścia klubów z pozostałych miast.

Koncerty rozpoczną się 11 sierpnia w Atelier Wolimierz, następnie od 13 do 18 sierpnia Dave odwiedzi kolejno Wrocław, Katowice, Bytom, Kraków, Łódź i Warszawę. Będzie mu towarzyszył młody wykonawca z Polski specjalizujący się w nurcie HNW – Pudern. Podczas poszczególnych koncertów obaj artyści będą mieli także wsparcie ze strony różnych wykonawców. Po więcej informacji odsyłam na facebookowe wydarzenia związane z trasą.

To przedsięwzięcie jest dla mnie o tyle istotne, że poza osobistą sympatią, którą darzę tego artystę, jego twórczość stoi na fenomenalnie wysokim poziomie i stanowi dla mnie olbrzymie źródło inspiracji. Jest on również w moim odczuciu twórcą, który w doskonały sposób łączy swoją twórczość z wyraźnie zaznaczonym rysem światopoglądowym. Robi to jednak w kreatywny i niejednoznaczny sposób, podpierając się dodatkowo świetnie skonstruowanymi występami scenicznymi. Jego muzyka zresztą wykracza poza wszelkie ramy gatunkowe i nie należy jej sprowadzać wyłącznie do noise’u, bo to zbyt daleko idące uproszczenie.

Kwestia Kazumoto Endo to również osobna historia. Dosyć dawno temu MAAAA zaprosił mnie na wspólną trasę koncertową, którą zaplanował w związku z jego występem na szwajcarskim Lausanne Underground Film and Music Festival. Zaproponowałem mu wtedy, żeby poszerzyć nieco skład i zaprosić japoński FACIALMESS (właśc. Kenny Sanderson). Z Kennym pozostaję w kontakcie od wielu lat i od dłuższego czasu rozmawialiśmy na temat ewentualnej trasy koncertowej. Sytuacja była więc idealna, Sergiej oczywiście z entuzjazmem przyjął pomysł i zaczęliśmy planowanie.

W międzyczasie Kenny poinformował nas, że podczas jednego z koncertów w Tokyo odbył poważną rozmowę biznesową z Kazumoto Endo po kilku piwach i w rezultacie nasz skład może potencjalnie poszerzyć się o dodatkową osobę. Oczywiście nie musieliśmy długo rozważać tej propozycji. Trasa rozpocznie się 13 października w warszawskim klubie Pogłos, a zakończy 18 października w Lozannie na festiwalu LUFF. W międzyczasie odwiedzimy z koncertami Pragę, Berlin, Kolonię i Zurych. Patrząc z perspektywy fana harsh noise, jest to dla mnie legendarne przeżycie. Obaj artyści mają w ramach gatunku status kultowych, ich albumy wywarły na mnie olbrzymi wpływ i bardzo się cieszę, że te koncerty dojdą do skutku. Cieszę się też, że mogłem przez ostatnie kilka lat nabyć nieco doświadczenia związanego z organizowaniem własnych tras koncertowych po to, żeby teraz wykorzystać to z korzyścią dla artystów, których cenię.

Istotną zresztą sprawą związaną z tego typu przedsięwzięciami jest również kwestia swoistego poczucia obowiązku wobec międzynarodowej sceny tego typu muzyki. Osobiście otrzymałem olbrzymie, bezinteresowne wsparcie od wielu osób podczas organizowania własnych tras koncertowych na terenie Europy i Stanów Zjednoczonych. Możliwość pomocy innym artystom jest w pewnym sensie formą odwdzięczenia się. Ma to także dodatkową korzyść w postaci możliwości nawiązania nowych kontaktów i poszerzenia sieci współpracy.

Amerykańskie trasy różnią się od tych europejskich?

Pamiętajmy, że rozmawiamy o trasach organizowanych własnym sumptem w ramach twórczości podziemnej – tutaj w grę nie wchodzą sponsoringi czy inne dofinansowania w formie pomocy publicznej, na które mogą liczyć artyści akademiccy lub ci najbardziej popularni, za którymi stoi solidne finansowanie po stronie wytwórni.

Różnice pomiędzy kontynentami oczywiście istnieją, ale z biegiem czasu coraz bardziej się zacierają. Przez lata słuchałem z uwagą opinii artystów, którzy dużo podróżowali i starałem się poznawać różnice pomiędzy funkcjonowaniem tego rodzaju muzyki na różnych kontynentach. Konsensus pomiędzy artystami był taki, że co do zasady Europa jest świetnym miejscem do odbywania tras koncertowych. Wynikało to głównie z faktu, że tutaj artyści są traktowani tak, jak traktuje się gości zapraszanych do domu. Praktycznie zawsze można liczyć na pełne wsparcie organizatora w takich kwestiach jak zapewnienie noclegu, posiłki i wszelka niezbędna pomoc.

Z kolei w odniesieniu do USA docierały do mnie opinie, że tam artyści są z reguły pozostawiani sami sobie. Grają koncert i na tym kończy się współpraca z organizatorem. W opinii wykonawców stamtąd, sytuacja zaczęła się zmieniać na lepsze z biegiem czasu z uwagi na fakt, że coraz większa liczba artystów wynosiła dobre praktyki z Europy i po doświadczeniu tutejszej gościnności, przewartościowywali standardy obowiązujące lokalnie.

Z moich osobistych doświadczeń mam następujące wnioski: same koncerty w Europie i USA praktycznie niczym się od siebie nie różnią. Czasami są udane, frekwencja dopisuje (przy czym warto zaznaczyć, że dobra frekwencja to w tym przypadku 50 i więcej osób). Czasami na koncert wpadnie jednak 10 osób i jest to sytuacja zupełnie normalna. Po Europie znacznie łatwiej jest się poruszać transportem publicznym. Połączenia są bardzo tanie i względnie pewne. Największym błędem wyjazdu do USA jest próba opierania się na transporcie publicznym i unikania wynajmu samochodu. Mimo t, osobiście na obu kontynentach doświadczyłem takiej samej gościnności i życzliwości. Warunki finansowe też są zbliżone, chociaż w USA ludzie kupują nieporównywalnie więcej merchu. Na własną trasę składającą się z 12 koncertów zabrałem około 30 taśm i drugie tyle płyt CD. W okolicach 4-5 koncertu zostałem z pustymi rękami.

Bardzo często poruszam ten temat i nie inaczej będzie tym razem. Kultura a Państwo – na jakich zasadach te dwa światy mogą ze sobą współpracować i przenikać? Pytam oczywiście o kulturę niszową. Rozmówcy Trzech szóstek zgodnie mówią: wystarczy, aby Państwo nie przeszkadzało.

Temat dofinansowań w noise jest praktycznie nieobecny. Scena noise jest generalnie mocno zakorzeniona w punkowej filozofii DIY, a co za tym idzie posiada wysoce wykształconą umiejętność samoorganizacji i organizowania współpracy na zasadzie dobrej woli. Oczywiście są także artyści otrzymujący granty, ale dotyczy to głównie osób związanych ze sformalizowanym środowiskiem akademickim.

W Polsce najbliższym dla mnie przykładem współpracy na linii muzyczne podziemie a Państwo jest wspomniany wcześniej cykl doskonałych imprez Przesterowane Szczury, który na pewno nie odbywałby się z takim rozmachem, gdyby nie wsparcie otrzymywane z ramienia Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie.

Innym przykładem takiej współpracy jest Zasavje Noisefest International odbywający się corocznie w Słowenii, w miasteczku Trbovlje (znanym jako miejsce powstania grupy Laibach). Jestem personalnie związany z tym przedsięwzięciem od 4 lat – początkowo jako wykonawca, zaś od dwóch lat współpracuję z nimi na stałe jako członek zespołu organizującego wydarzenie. W przypadku ZNFI, organizator pozyskuje od rządu Słowenii oraz gminy Zasavje drobne środki publiczne, dzięki którym może sfinansować część kosztów imprezy.

Co do zasady – uważam jednak, że kultura powinna utrzymywać się sama. Szczególnie w kraju takim jak Polska, który boryka się z wieloma bardziej problematycznymi kwestiami niż sztuka. W obecnych warunkach nie widzę uzasadnienia dla którego Państwo miałoby dokładać do realizowania czyichś marzeń i aspiracji artystycznych, w szczególności, gdy mówimy o zjawisku takim jak awangardowa muzyka elektroniczna.

Ludzie zajmujący się w Polsce hałasem są w stanie się z tego utrzymać? Jest w ogóle taka możliwość?

Znam jedną osobę, która się utrzymywała (i być może nadal utrzymuje) z działalności artystycznej związanej z muzyką eksperymentalną. Podejrzewam, że jest kilka innych, które również nie robią nic innego. Na pewno taka możliwość istnieje, ale prawdę mówiąc nie interesuję się zbyt mocno tym tematem. Osobiście nie chcę uzależniać swoich warunków bytowych od działalności artystycznej, wolę jednak żeby pozostała ona niezależna od wszelkich czynników zewnętrznych. Chcę mieć też możliwość kompletnego zerwania z tym jeżeli się wypalę. Zapewne nie wypada rozmawiać o takich sprawach, ale cieszy mnie, że aktualnie zmierzam do stanu, w którym mój projekt działa jak osobna firma, tj. praktycznie w 100% zarabia na siebie i nie wgryza się już tak mocno w domowy budżet. Tyle mi wystarczy.

Jakie widzisz podobieństwa pomiędzy ambientem a noise’em? W PURGIST te dwa światy wspaniale ze sobą przeplatają.

Połączenie muzyki ambientowej z harsh noise nie jest niczym nowym, podobne zabiegi były stosowane już przez szereg artystów, z których najbardziej chyba znanymi przykładami są wczesne nagrania Pedestrian Deposit, Jasona Crumera, Tourette czy Oscillating Innards. W ramach PURGIST staram się raczej robić coś, co ktoś kiedyś trafnie określił mianem „osadzania harsh noise’u w kontekście muzycznym”. Staram się łączyć przeciwstawne elementy tak, aby zbudować odpowiednią narrację za pomocą której komunikuję treść utworów bez wykorzystania warstwy lirycznej (chociaż i ta zasada ulegnie zmianie na nowym albumie). Łączenie tych przeciwieństw nie polega jedynie na klasycznym zestawie cicho-głośno (tj. noise i ambient), ale także na łączeniu dźwięków akustycznych z liniowymi, nagrań niskiej jakości z zaawansowanym, cyfrowym przetwarzaniem dźwięku, melodii z hałasem i tak dalej.

Myślę, że gatunek harsh noise wall ma jednak znacznie więcej wspólnego z ambientem niż moje nagrania.

Czy w jakimś stopniu utwory PURGIST są improwizowane?

Nie. Kończąc działalność w ramach projektu Sleep Sessions (2005-2013) postanowiłem kompletnie zmienić podejście do tworzenia. W tamtym okresie zależało mi na operowaniu w ramach wąskich – bądź co bądź – prawideł typowych właśnie dla improwizowanego harsh noise’u. Doprowadziło to jednak do szybkiego wypalenia się i jedyny ratunek dostrzegłem właśnie w próbie kompletnego przewartościowania własnego podejścia do pracy twórczej.

PURGIST jest projektem, w którym wszystkie nagrania są w pełni świadomie skomponowane, nie zostawiam wiele miejsca na improwizację. Koncerty na żywo planuję jednak w taki sposób, żeby móc w dowolny sposób w czasie rzeczywistym operować różnymi elementami kompozycji i otwierać sobie furtkę do segmentów w 100% improwizowanych. Ta improwizacja jest jednak osadzona w konkretnych, z góry określonych ramach.

W jakim kierunku PURGIST będzie ewoluowało?

Pracuję aktualnie nad albumem “Compulsive Escapism”, który miał być debiutanckim wydawnictwem. Z jednak na ilość pomysłów i czasu, który musiałem poświęcić na sukcesywne wdrażanie i dalszą naukę w zakresie pracy studyjnej, premiera albumu przesuwa się nieustannie od 2013 r. W międzyczasie wydałem dwa pełne albumy i kilka luźnych zbiorów nagrań wydanych w formie EPek. Właśnie na wspomnianym “Compulsive Escapism” mam nadzieję wytyczyć wyraźny kierunek rozwoju w trzech obszarach: stylistyki, założeń formalnych oraz tematycznych.

W kwestii stylistycznej na pewno interesuję mnie coraz dalsze odchodzenie od klasycznie pojmowanego harsh noise’u i ostateczne zerwanie ze sztampową estetyką. W kwestii formalnej planuję w dalszym ciągu wdrażać szereg technik produkcyjnych tak, aby skutecznie wykształcić w pełni uformowany własny język wypowiedzi. Ostatnim obszarem, który uległ już znacznej zmianie, jest także kwestia zawartości konceptualnej nagrań. W swoim poprzednim projekcie – Sleep Sessions – poruszałem się po abstrakcyjnych rejonach i nie poruszałem raczej konkretnych tematów (wyjątek stanowił split z FACIALMESS z 2012 r.). W PURGIST zacząłem od dekonstrukcji własnej osobowości, wyodrębniłem pewne kwestie i na ich bazie powstały albumy “Bleak Prospects” oraz “Secret Habit”. Ten drugi zresztą miał tematyczne drugie dno – z jednej strony poruszał kwestie stricte osobiste, z drugiej jednak stanowił krytyczną wypowiedź na temat zaangażowania w sztukę jako wyniszczającego nawyku. Wraz z wydaniem nowego albumu, w PURGIST zakończę “tryptyk osobisty” – cykl albumów stanowiących autokrytyczną wypowiedź.

W kolejnych latach zamierzam po raz pierwszy podjąć próbę stworzenia albumu, który będzie odnosił się do kwestii “zewnętrznych” w przeciwieństwie do analizy introspektywnej. Album zatytułowałem roboczo “Facing the Serpent” i w zamyśle ma być połączeniem albumu muzycznego z dołączoną publikacją książkową. Będzie on dotykał tematyki specyficznie rozumianych relacji interpersonalnych. Co do zasady, ma on powodować dyskomfort i dysonans poznawczy u słuchacza. Jego ukończenie w założonym przeze mnie kształcie wymaga jednak wejścia w pewne środowisko społeczne, które stara się zachować anonimowość, a dotychczas poznane osoby nie są pewne co do podjęcia dalszej współpracy. Koniecznie chcę pracować na żywym materiale i zawrzeć na albumie realne wypowiedzi zamiast zmyślać na potrzeby projektu.

Zdaję sobie sprawę, że jest to dosyć zagmatwane, ale sprawa się wyklaruje w chwili, gdy album zostanie ukończony i wydany.

Plany na przyszłość?

Najbliższe plany obejmują kolejną planowaną przeze mnie trasę koncertową z projektem drone’owym Calineczka tworzonym przez Michała Stańczyka (TUTAJ link do wydarzenia – przyp. Trzy szóstki). W latach 2003-2007 Michał tworzył świetny, zapomniany projekt Aleph wydawany przez nieistniejący już polski label Simple Logic Records. W tamtym okresie kontaktowaliśmy się jeszcze przez IRC i rozmowy z nim oraz jego twórczość z tamtego okresu wywarła na mnie duży wpływ. Straciliśmy kontakt na parę lat, aż w końcu udało mi się go odszukać przez wspólnych znajomych, okazało się, że Michał wciąż nagrywa i stworzył nowy projekt. W dn. 19-25 sierpnia wyruszamy na wspólną trasę koncertową podczas której odwiedzimy kolejno: Atelier Wolimierz, Wrocław, Bytom, Warszawę, Łódź, Gdańsk oraz Bydgoszcz. W trakcie tej trasy będziemy występowali solowo z setami utrzymanymi w stylistyce ambientowo-drone’owej oraz wspólnie z improwizowanym projektem Psychotronika.

Plany nieco dalsze obejmują rozwinięcie działalności związanej z usługami miksu i masteringu audio dla wykonawców harsh noise oraz pokrewnych. Kilka dni temu skończyłem pracę nad masteringiem nowego albumu świetnego australijskiego artysty Uboa (post-rock/drone/noise) i mam zakolejkowane kilka albumów innych wykonawców, które będę ogarniał pod względem produkcyjnym. Zachęcam do kontaktu wszelkie zainteresowane osoby.

Dodatkowo od kilku lat interesuję się budową własnego sprzętu. Zacząłem od tworzenia prostych urządzeń pasywnych: instrumentów elektroakustycznych, prostych mikrofonów kontaktowych, czy nawet przewodów. W dalszej kolejności stworzyłem dla siebie i paru innych artystów względnie proste kontrolery audio. W perspektywie kilku najbliższych lat planuję ruszyć z produkcją efektów skrojonych typowo pod noise, natomiast jeszcze się tego uczę. Sprzęt do noise’u jest niestety piekielnie drogi, na pewno da się tego typu urządzenia oferować w nieco niższej cenie bez straty na jakości. Być może uda mi się otworzyć własną działalność z tym związaną, czas pokaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.