Vince Staples – Summertime ’06 (2015)

To nie było radosne lato. W Long Beach krew lała się strumieniami, a ledwie trzynastoletni Vince Staples poznawał uroki dorosłego życia, które w tamtych stronach głównie polegało na desperackiej walce o przetrwanie. Staples opowiada o tych wydarzeniach z imponującym wyczuciem, niczym narrator z filmów noir: zwięźle, dosadnie, nie siląc się na nieustanne socjologiczne spostrzeżenia, ‚mówiąc jak jest’. Wybierając temat wyciska z niego całą esencję i pozbywa się nieistotnych elementów. Otrzymaną treść otacza troskliwą opieką. A my słuchamy w bezruchu.

W tym kontekście frapujące jest to, że „Summertime ’06” składa się z dwóch części. Narracja Staplesa jest aforystyczna, lecz liczba wątków, które porusza, jest naprawdę niemała. Pierwsza odsłona ma jeszcze w sobie szczyptę nadziei na lepsze jutro; Vince znacznie więcej mówi o swoich uczuciach; o tych zamkniętych w sobie i o tych, które chciałby przekazać drugiej osobie. Na horyzoncie pojawia się także możliwość zmiany. W rozdziale drugim zostajemy pozbawieni wszelkich złudzeń. W czasie wojny jest tylko rzeź.

Bity, za które w głównej mierze odpowiada No I.D, z lirykami tworzą nierozerwalną jedność. Nie słyszałem w tym roku tak świeżych i oryginalnych podkładów – zupełnie nie podobnych do aktualnych standardów. Ich siła polega na różnorodności: od depresyjnych, dusznych minimali, naćpanych drgań, halucynogennych konsystencji, cloud rapowych rozmazajek, klaustrofobicznych basów, po nieco rozdęte melodramatyczne pop rapowe suity oraz wycofane ballady. Idąc na spore skróty można stwierdzić, że to wypadkowa nagrań Gravediggaz, Doomtree, Earla Sweatshirta, Clams Casino (zresztą typ jest na „Summertime ’06”), „Liquid Swords” i „Yeezus”. A w „Surf” to chyba nawet Tricky nagrywa split z kolesiami z dälek.

I tak zupełnie nieoczekiwanie minął ten rok. Nie czekałem na debiut Staplesa, nie miałem żadnych oczekiwań. Po dwóch miesiącach, gdy od „Summertime ’06” nie mogłem się uwolnić, wchłaniając każdą sekundę, już wiedziałem o czym będę pisał 26 grudnia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.