Vince Staples – Big Fish Theory (2017)

Od dwóch lat przejmuję się Vince’em. Byłoby mi przykro, gdyby – dajmy na to – został wyproszony z restauracji albo miał problemy z dziewczyną. Naprawdę. Przecież „Summertime ’06” był zjawiskowym gangsta/neo-noire’owym pociskiem o trip-hopowej aparycji i cloud rapowymi ozdobnikami trafiającym prosto w serce. Mnie trafił bardzo szybko i bez żadnych perturbacji. Stało się – Staplesa od tej chwili zacząłem szanować na 100%, jednocześnie zastanawiając się, co będzie dalej się działo.

Ubiegłoroczna EPka „Prima Donna” nie dawała konkretnych odpowiedzi. Vince z lekka pogmatwał wcześniej logicznie ułożone dźwięki, schował przebojowy pierwiastek i zaczął sprawdzać, dokąd właściwie może się posunąć. Wyszło całkiem w porządku, choć powiedzmy wprost: i tak wszyscy czekali na drugi longplay.

Staples na „Big Fish Theory” nie odcina się od „Summertime ’06”, ale wyrusza na nowe wojaże. To krótki (36-minutowy) album, lirycznie ponownie ciężki, lecz badający inne brzmieniowe rejony. Duszne i przytłaczające bity zastąpiły hip-house’owe podkłady, oczywiście przerobione na modłę Staplesa. Dlatego też nie spodziewajcie się, że ruszycie z „Big Fish Theory” na potańcówkę; jeśli już, to pobujacie się w ciemnym oraz zamkniętym pokoju. Na swój sposób nie jest to szczególnie amerykański materiał; powiedziałbym, że jest w nim sporo klubowego, wyspiarskiego zorientowania. Przez to jestem jeszcze mocniej [przyjemnie] zdezorientowany. Być może gdzieś po drodze ulatuje fascynująca koherentność „Summertime ’06”, natomiast Staples niemal tak samo dobrze radzi sobie w przypadku motywów niezawiązanych na kokardkę.

Niemal – bo debiut definiuje całą dekadę, zaś „Big Fish Theory” co najwyżej ten rok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.