Ulubione z 2017: metal

(kolejność bez większego znaczenia)


najlepsze

Sanctus HexeThe Abyss of Ancient Forest

„The Abyss of Ancient Forest” jest delikatnie powściągliwe, nie przekracza umownej granicy patosu, poza tym wyraźnie działa w konwencji atmo black metalu – akustyczne i klawiszowe wstawki harmonijnie wtapiają się w leśny klimat. Całkiem niezła jest również produkcja: wyraźna, pewna, precyzja, lecz jednocześnie drapiąca i na drugim planie frywolnie zaszumiona. Sanctus Hexe są kreatywni w swojej powtarzalności. Przypominają dawne czasy i zarazem ani na chwilę nie dają zapomnieć, że mamy 2017.


Code OrangeForever (Roadrunner)

Każdy kolejny album utwierdza mnie w przekonaniu, że Code Orange to grupa, która nigdzie nie pasuje. I przede wszystkim zupełnie ignoruje wszystkie kanony i konwenanse.  Ich piosenki od zawsze były niewiarygodnie wręcz koślawe, dziecinne: przyspieszali i zwalniali w randomowych momentach, bezsensownie się darli, przygwożdżali naprawdę dobre riffy do kostropatej ściany. Teraz brzmienie Code Orange jeszcze mocniej ociera się o absurd. No właśnie, witamy w świecie Code Orange. Znowu zostałem kupiony.


Power TripNightmare Logic (Southern Lord)

Wydany cztery lata temu debiutancki album „Manifest Decimation” był co najwyżej sympatyczną próbą odświeżenia crossover thrashu – po 10 minutach już wszystko wiedzieliśmy i późniejsze słuchanie nie wywoływało większych emocji. „Nightmare Logic” ma inaczej rozłożone akcenty: aspekt stricte hardcore’owy został mocno schowany. Przez to – nieoczekiwanie – muzyka Power Trip nabrała rumieńców. Każdy z nowych numerów tętni życiem: poczynając od przejść a skończywszy na chwytliwych riffach. Nie sądziłem, że będzie to tak dobre.


KralliceGo Be Forgotten (Gilead)

Niesamowicie zdezelowana, wręcz amatorska produkcja sprawia, że „Go Be Forgotten” słucha się z uśmiechem na ustach. Kiedy sześć lat temu Krallice polubiło prog, chciałem się z Amerykanami pożegnać. Jak dobrze, że chłopaki wycofali się z tych pomysłów i ponownie zeszli do piwnicy –  od tamtej pory serwują świetne black metalowe wydawnictwa poniekąd inspirowane twórczością Gorguts.


Godflesh Post Self (Avalanche)

Czy Godflesh nagrali kiedyś słabą płytę? Otóż nie. „Post Self” jest nawet więcej niż niezłe. Działa na starych, sprawdzonych industrialowo-sludge’owych patentach, lecz brzmi – w sumie o ironio – całkiem świeżo. W miarę jestem na bieżąco i jakoś nie mogę sobie skojarzyć podobnych projektów z ostatnich lat – a już na pewno nie z takim (pardon my french) post-punkowym pierdolnięciem. Super muzyczka.


ENDFrom the Unforgiving Arms of God (Good Fight)

Zamieszczam END z jednej prostej przyczyny – nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek metalcore tak mnie pozytywnie ruszy. Wszystko jest tutaj właściwie zgrane: dobre piosenki, odpowiedni ciężar, z lekka oldschoolowe hc brzmienie i crustowy pierwiastek, który dodatkowo wzmacnia cały aromat. Nice.


Blaze of PerditionConscious Darkness (Agonia)

Conscious Darkness” to znakomicie wyprodukowany black metal z równie świetnymi kawałkami, będącymi czymś w rodzaju hybrydy Celtic Frost i Mgły. Eklektyczny i porywający materiał.


wyróżnione

Medico Peste Herzogian Darkness [EP] (W.T.C.)

Francuska szkoła black metalu w polskim wykonaniu. Na każdy skoczny, melodyjny motyw przypada minimum jeden nieforemny zwrot akcji. W tym smolistym brzmieniu nieźle odnajdują się połamane riffy i samoprzylepne hooki. Głowa pęka, a noga chodzi.


Death Like Mass Jak zabija Diabeł [EP] (Malignant Voices)

Urojony, potężny i szeleszczący black metal. Brzmienie Death Like Mass jest mało wysublimowane – poszczególne ścieżki co rusz na siebie się nakładają i dochodzi do małych oraz wyjątkowo przyjemnych zgrzytów. Ponadto „Jak Zabija Diabeł” pędzi z chorą prędkością na złamanie karku. Nie ma co kręcić: jest w tym coś pociągającego. Może tak grałoby Mayhem, gdyby powstało we Francji?


DopelordChildren of the Haze

Dla stonerowego Dopelord klimat zapewne jest ważny, ale oprócz tego kolesie mają także do zaoferowania coś jeszcze. Tym czymś są dobre piosenki: lekkie, niewymuszone, barwne. Może niezbyt oryginalne, lecz za to nad wyraz chwytliwe. Obstawiam, że na koncercie brzmiałyby jeszcze lepiej.


Wiegedood De Doden Hebben Het Goed II (ConSouling)

Pędzący, punkowy, melodyjny atmo black metal. Konkretny strzał z mocna dawką frajdy.


Black Tundra – Black Tundra

Pamiętacie czasy, gdy kolesie z Pelicana jeszcze przyzwoicie grali? Nie trwało to długo, ale do tej pory przyjemnie wspominam takie „March Into the Sea” z 2005. Black Tundra poniekąd nawiązują do tych momentów, chociaż preferują jeszcze wolniejsze (i cięższe) brzmienie. Debiutancki longplay uwiódł mnie świetnymi, nośnymi riffami i konkretnym podejściem do tematu sludge’u uwikłanego w postmetal – materiał trwa 36 minut i jest to perfekcyjne rozwiązanie; dzięki temu nie ma miejsca nawet na chwilowe znużenie.


ImmolationAtonement (Nuclear Blast)

Na Immolation zawsze mogę liczyć. To jeden z tych death metalowych zespołów, który cały czas chce się rozwijać, eksperymentować (chociaż są te eksperymenty w pełni kontrolowane) oraz nie obawia się chwytliwych patentów. Być może nie jest to „Majesty and Decay”, gdzie nierzadko Amerykanie wdrapywali się na sam szczyt, ale i tak po kilku seansach odczuwam sporą radochę.


In Twilight’s EmbraceVanitas (Arachnophobia)

„Vanitas” brzmi jak Mgła przymilająca się do melodyjnego death metalu. Mgłę wielbię, melo dm niekoniecznie, ale ten miks ma coś w sobie. I wiem, że pod względem lirycznym to mroczna sprawa i tak dalej, jednak sami posłuchajcie – In Twilight’s Embrace bez wytchnienia strzelają hipernośnymi melodiami. I bardzo ładnie nimi się opiekują, upychając je w zajmujących kompozycjach. Właśnie to jest najlepsze w „Vanitas” – twórcze podejście w zasadzie konwencjonalnym graniu.


PallbearerHeartless (Profound Lore)

Pallbearer klasyczny doom metal przerabiają na nową modłę – dobre aranże mają dla nich większe znaczenie niż przesadne skupianie się na klimacie. Dzięki temu słuchanie „Heartless” to czysta przyjemność.


KRZTAKRZTA

Wreszcie komuś zachciało się odświeżyć math-metal. Ten materiał broni się nie tylko ze względu na żywą, pulsującą produkcję i sludge’owe ornamenty – KRZTA skupiają się na tym, aby po prostu tworzyć dobre piosenki, chociaż przy okazji ukrywają je za dewastującym brzmieniem. Podskórna chwytliwość – lubię to.


LasterOns vrije fatum (Dunkelheit)

Spotkałem się już z porównaniami do Amesoeurs i Alcest, ale Laster jest znacznie lepsze. Głównie dlatego, że Holendrzy nie grillują w nieskończoność blackgaze’u, a wszelkie post-punkowe naleciałości w ich wykonaniu nie wypadają sztucznie. Pojawiają się nawet miłe w dotyku akcenty wiksiarskie (nie będę jednak spojlerował). Piosenkowy, przejrzysty atmo bm.


Mord’A’StigmataHope (Pagan)

„Hope” jest odpowiedzią na pytanie: „jak brzmiałby doom metal w wykonaniu Deathspell Omega”. Ma porządną narracje, trzyma bez większych przerw w napięciu, nie wpada na mielizny i, co najważniejsze, regularnie oferuje niebanalne riffy. Tak mógłby zawsze wyglądać (post) bm, nie mam nic przeciwko.


Planning for BurialBelow the House

W „Whiskey and Wine” i „Somewhere in the Evening” Planning for Burial miksuje ze sobą Have a Nice Life i The Angellic Process – i trzeba przyznać, że robi to ze smakiem. Reszta indeksów szwenda się po ścieżce darkwave’u, slowcore’u i ambientu. Wiadomo, jest melodramatycznie, ale Thom Wasluck to koleś, który działa subtelnie i wie, kiedy powiedzieć stop.


Biesy Noc lekkich obyczajów (Third Eye Temple)

Wreszcie mogłem przekonać się, jak mogłaby brzmieć druga płyta Odrazy. Nie oznacza to, że Biesy to follow-up Odrazy, no ale bądźmy uczciwi: podobieństw jest tutaj od groma, i nie chodzi wyłącznie o postać Stawrogina. Jako miłośnik ulicznego black metalu „Noc lekkich obyczajów” słucham z olbrzymią przyjemnością. Nie mam także żadnego problemu z death metalowymi suplementami – być może to dzięki nim mamy do czynienia z odświeżeniem pewnej formuły, a nie z bezsensowną imitacją hitowego „Esperalem Tkane”. Super sprawa.


Chelsea WolfeHiss Spun (Sargent House)

 „Hiss Spun” śmiało korzysta z doom metalowych tąpnięć, ale Wolfe nie traktuje tego w kategoriach dobrodziejstwa – wciąż skupia się głównie na gotyckich ścieżkach. Tu podrzuci darkwave, w innym miejscu zaszumi, nie pogardzi post-metalicznym połyskiem. Umówmy się: jest to nader przyjemnie.


The Sky IsTélépathie

 To krótki, sprzężony materiał; melodyjny, umiejętnie poprowadzony narracyjnie, z przyjemnymi przejściami i trzymający nawet w zajmującym napięciu niemal od początku. Może nie przesadnie ciężki – The Sky Is preferują stonerowe motywy, nie ma tu raczej miejsca na charczący sludge. Przyzwoita sprawa.


ThawGrains (Agonia)

Thaw na wysokości 2017 stali się black metalowym Sunn O))). I wiecie co? Bardzo się z tego cieszę. Kompozycyjnie nie jest to najwyższa z możliwych półek, ale klimatycznie – liga mistrzów, ba, może nawet półfinał. „Grains” to chaotyczna magma drone’ów i smolistego ambientu, które tworzą harmonijny, błogi hałas. Śmiała i cholernie udana koncepcja.


Tiil SumI nie ma śmierci, i sen jest tylko… [EP] (Dark Omens)

„I nie ma śmierci, i sen jest tylko…” pod względem melodyjności może być porównywane do pierwszej EPki Petrychor albo albumów Panopticon. Atmo black metal z sugestywnymi riffami, z 3-4 hookami i ~punkowym wokalem. W tak skondensowanej formie całość wypada bardzo dobrze; w przypadku longplaya pewnie zacząłbym się pod koniec wiercić. W każdym razie – solidna robota.


ławka rezerwowych

Wolves in the Throne RoomThrice Woven
udarThe Crisis Deepens
JarunSporysz (Arachnophobia)
Oranssi PazuzuKevät / Värimyrsky (Svart)
King WomanCreated in the Image of Suffering (Relapse)
WidziadłoVoid (Opus Elefantum Collective)
SinmaraWithin the Weaves of Infinity (Terratur Possessions)
BorisDear
DumalThe Lesser God (Underground Soundscapes)
ConvergeI Can Tell You About Pain (Deathwish)
MastodonEmperor of Sand (Reprise)
WWinterwomb
The Ruins of Beverast Exuvia (Ván)
Bell Witch Mirror Reaper (Profound Lore)
White WardFutility Report (Debemur Morti)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.