Today Is the Day – Temple of the Morning Star (1997)

„Temple of the Morning Star” w wersji akustycznej jest w pierwszej dziesiątce moich ulubionych openerów. Być może należę do ostatnich pokoleń odbierających albumy na zasadzie zamkniętej całości (od razu dodam: uwielbiam także single, jedno nie wyklucza drugiego). Jakość doznań jest uzależniona w pewnym sensie od miejsca, w którym znajduje się piosenka i towarzystwa innych utworów. Co oznacza, jaki nadaje ton, w jakie wchodzi relacje. Parady atrakcji, kuchnie pełne niespodzianek. Mówmy „nie” losowym tracklistom.

Wracając do pierwszego wątku – taki początek mistrzowsko wprowadza w świat Today Is The Day. „Wprowadza” to dobre słowo, można bowiem też na wstępie powiedzieć za dużo, niemalże streszczając całą zawartość. A chodzi przecież o coś innego.

Precyzja działania Austina oraz spółki frapująco koreluje z samą zawartością krążka. „Temple of the Morning Star” jest manifestem indywidualizmu, czy może raczej odmienności z mocnym akcentem na mizantropie. I nie z perspektywy intelektualisty spoglądającego na wszystko raczej z dystansem. Steve Austin jasno i wyraźnie wyraża swoje poglądy, siejąc ferment, zgorszenie i zamieszki. Today is the Day, wykorzystując noise rock i sludge, tworzą nowy język. Nie potrzebują przyjaciół. Chcą tylko mocnym lewym sierpowym zaznaczyć swoją obecność.