The Wrens – The Meadowlands (2003)

„The Meadowlands” poznałem dziewięć lat temu w niezbyt przyjaznych warunkach. Był grudzień, sypał śnieg, mróz umiarkowanie dawał o sobie znać. Popołudniowym autobusem wracałem do domu. Planowany czas podróży: 4,5 godziny. Wiadomo było jednak, że w taką pogodę (czyli nieidealną dla kierowcy) pojawią się opóźnienia. W środku było dramatycznie ciemno, buchał grzejnik, każdy modlił się do swojego boga o jak najszybsze dotarcie do celu. Wiedziałem, czego można było się spodziewać, więc dobrze się przygotowałem upychając w swojej ukochanej empetrójce kilka nieprzesłuchanych jeszcze albumów. The Wrens byli trzeci w kolejce.

Powoli zasypiałem, ale gdzieś po czterech minutach całkowicie się rozbudziłem. (Uderzę teraz w ckliwe tony, uprzedzam.) Pogłośniłem. Nie mogłem uwierzyć, że obok siebie funkcjonowały melodie, które odpowiadały mojemu gustowi w najgorszym razie w 95%. To tak, jakby ktoś specjalnie dla mnie nagrał płytę. Przesłuchałem potem jeszcze raz, i jeszcze raz, aż zrobiłem na chwilę przerwę. Już na miejscu słuchałem „The Meadowlands” na okrągło. Szczególnie, gdy zacząłem również rozgryzać cierpkie emo liryki o młodości, która przeminęła i nie została przeżyta zgodnie z wyobrażeniami.

Wspominam o tekstach, bo to one nadają tempo „The Meadowlands”. The Wrens nie są zgorzkniali – rozliczają przeszłość często ironicznie, czują żal, ale są też ciekawi tego, co jest jeszcze przed nimi. Głównie przemieszczają się po melancholijnych kręgach, a nawet kulminacyjne momenty (np. w „Happy”) tylko o włos brzmią mocniej. Inną historią są power-popowe klisze; tutaj rzeczywiście jest wyczuwalna moc, choć wyjątkowo neurotyczna. Amerykanie przepięknie upiększają kompozycje, dzieląc je niejednokrotnie na kilka faz, zaskakując raz po raz motywem, który wydaje się bezdyskusyjny, ale sami nigdy byśmy na niego nie wpadli.

Zdecydowanie jedna z płyt życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.