The Stooges – Fun House (1970)

Chciałbym cofnąć się do 1970 roku i zapytać się kilku osób, dlaczego nie słuchają The Stooges. “Fun House” spotkał ze słabym odzewem, a sam zespół na nowo musiał się zdefiniować, co można było usłyszeć trzy lata później, kiedy nagrano “Raw Power”. Nowa wytwórnia, inny skład (Dave Alexander został zastąpiony przez Jamesa Williamsona, zaś Ron Asheton powędrował na bas), paręnaście odwyków. Takie były efekty “Fun House”.

Jedna z teorii głosi, że hippisi nie byli gotowi na takich łobuzów. Psychodelia, odloty, wolna miłość – jasne. Ale kiedy Iggy Pop z koleżkami robili z siebie punków dobrych kilka lat przed “rewolucją”, była to już kwestia niestosowna i trudna do przełknięcia. “If you’re going to San Francisco/you’re gonna meet some gentle people there” – The Stooges nie mieli w sobie nic z tego.

Jeśli mielibyśmy koniecznie wrzucić “Fun House” do jakiegoś miasta, byłby to Nowy Jork z przełomu lat 70’ i 80’. Steven Mackay wykręca saksofonem takie free jazzowe partie, że aż wszystko wokół nas się trzęsie. Zachowana przy tym klarowność melodii prowokuje do myślenia o punkowej quasi-tanecznej odnodze w klimatach Liquid Liquid bądź Contortions. Tylko, że The Stooges byli bardziej skupieni na zabawie aniżeli na awangardowych manifestach. Do tego ich garażówka była podrasowana hard rockiem, nawet jeśli już w nie takim stopniu, co na debiucie. Wszystkie te elementy wrzucone do jednego pomieszczenia ze sobą walczą. Krew leje się strumieniami, co rusz ktoś pada na glebę, a w tle słychać tylko krzyk. Na samym końcu okazuje się, że to była tylko taka specyficzna przyjacielska rozgrywka. Impreza trwa dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.