The Necks – Unfold (2017)

Gdyby ograniczyć „Unfold” do „Rise” i „Blue Mountain” prawdopodobnie moglibyśmy mówić o jednej z lepszych płyt w tej dekadzie. „Rise” sprawia wrażenie perfekcyjnego noir-jazzowego molocha; tymczasem pod koniec kompozycja zaczyna się rozpadać, zanika fortepian, całość przechodzi w tryb halucynogenny. Wtedy też nadchodzi ponad 16 minutowe, organowe „Overhear”- i napięcie nieco spada, chociaż to w dalszym ciągu całkiem udana próba wciągnięcia nas w stan nienormatywnego transu; niemniej znacznie bardziej statyczna w porównaniu do openera.

Później jest bardzo podobnie: po kapitalnej ścieżce The Necks nie idą za ciosem. W „Blue Mountain” powraca fortepian, zaś sam utwór olśniewa znakomitą narracją. Dark jazz uderza w minimal i znów w pewnym momencie dochodzi do ‚monitorowanego’ chaosu, a ten jeszcze mocniej pochłania. Szkoda więc, że zamykający „Timepiece” nie nadąża za tym emocjonalnym ładunkiem; to długa, ‚plemienna’ kompozycja przeradzająca się w zalotne impro. Ładna, ale nic poza tym. Pozostaje lekki niedosyt.