Sun Kil Moon – Common As Light and Love Are Red Valleys of Blood (2017)

Po przesłuchaniu „Common As Light and Love Are Red Valleys of Blood” poczułem się o 30 lat starszy. Nie tylko wokal Kozelka jest udręczony; także z podkładów wypompowano resztki energii. Atmosfera jest ponura i zgryźliwa, poszczególne piosenki czasem jeszcze ocierają o nastrojowy folk (np. „God Bless Ohio”, „I Love Portugal”), ale większość materiału uczestniczy w osobliwym pokazie czegoś w rodzaju minimal bluesa (?), z przyczajonym trip-hopowym usposobieniem (spokojnie w tych okolicznościach odnalazłby się Tom Waits). Wtedy Mark Kozelek już nie jest podpitym kolesiem z baru rzucającym całkiem trafne hasła – zamienia się w zgreda siedzącego cały dzień na ławce w parku i krzyczącego na ludzi, że ich dzieci wszędzie biegają. Całe szczęście, że jest w tym jednak pewien komediowy sznyt i przestrzeń do swobodnej interpretacji. Przy odrobinie dobrej woli ten dwugodzinny festiwal malkontenctwa może się podobać. Was też kiedyś będzie coś strzelało w krzyżu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.