Stefan Wesołowski – Rite of the End (2017)

Przez miesiąc uważnie słuchałem „Rite of the End” i w końcu doszedłem do wniosku, że szczegółowe rozbijanie tego albumu na części pierwsze mija się z celem. Bez wątpienia mówimy o dziele wieloaspektowym, gdzie każdy element tej układanki mógłby samoistnie funkcjonować, ale mnie ten album wciągnął pod postacią zbornej całości. A ta, ze względu na elegijno-medytacyjny nastrój, naprowadziła do czasów, gdy po raz pierwszy miałem styczność z muzyką estońskiego kompozytora Arvo Pärta. Wesołowski i Pärt korzystają z innych środków wyrazu (chociaż przecież nie aż tak odległych), z innych estetyk, za to znajdują nić porozumienia na podłożu emocjonalnym. Na „Rite of the End” mamy do czynienia z lirycznymi drone’ami. Źródłem tej liryczności są partie smyczkowe oraz intensywnie tęskny ambient. Przy odrobinie dobrej woli można też gdzieniegdzie poczuć przezroczysty puls minimalistycznego techno (Murcof?). Jest w  tych utworach zniewalająca umowna przestrzenność; umowna, ponieważ w jednej chwili atmosfera może zrobić się wyjątkowo gęsta i niesamowicie przytłaczająca – dreszcze są wtedy murowane. Mniejsza z tym, że nie jest to najoryginalniejszy materiał na świecie. „Rite of the End” działa podejrzanie mocno na moją podświadomość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.