Sorja Morja – Sorja (2017)

W maju rozmawiałem z Sorją Morją i w jednym z pytań podzieliłem się ze skojarzeniami, które towarzyszyły mi podczas słuchania debiutanckiego albumu. Wymieniłem Mecano, The Human League, Life Without Buildings i Ariela Pinka. Prawdę mówiąc pod względem brzmieniowym nie są to zbyt celne porównania, niemniej mają rację bytu, gdyby ograniczyć się do samego klimatu. Szczególnie dotyczy to Mecano – jak dla mnie to są te same wibracje (czuję się trochę zakłopotany – nie pamiętam, kiedy ostatni raz użyłem tego sformułowania). Ale serio, odczuwam pomiędzy tymi projektami więź, głównie w kontekście pewnej specyficznej wstrzemięźliwości i wyczucia polegającego na selekcji dźwięków zawsze potrzebnych oraz nieangażowania się w rozwiązania, które choćby przez chwilę mogłyby być wątpliwe. Oszczędność wyrazu Sorji Morji jest wyjątkowo ciekawa. Dzięki niej każdy utwór jestem w stanie w przeżyć od początku do końca i nic mnie nie rozprasza. Wprawdzie ma to również swoje ciemne strony, ponieważ w razie zapodania średniego motywu nie ma właściwie szans na jego ratunek. Jak się okazuje, na to też Ewa Sadowska i Szymon Lechowicz znaleźli pewien sposób: „Sorja” trwa jedynie 23 minuty, nie ma w niej miejsca na szczeliny, a w razie czego każda luka błyskawicznie zostaje zalepiona. W tajemnicy Wam powiem, że bardzo lubię taki uwikłany w mało skomplikowane środki niejednoznaczny i zarazem samoprzylepny indie pop.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.