Slowdive – Slowdive (2017)

Od razu wyjaśnijmy dwie sprawy: tak, Slowdive zestarzeli się i owszem, jednocześnie udało im się wrócić po 22 latach (!) w bardzo dobrym stylu. Z upływającym czasem trzeba sobie radzić, a „s/t” jest dobrym drogowskazem dla wszystkich tych, którzy planują przez kilka dekad milczeć, aby później powrócić w glorii chwały. Slowdive dodatkowo mieli utrudnione zadanie. Dyskografia Anglików to dyskografia kuloodporna, pozbawiona jakichkolwiek wpadek czy mielizn.  Zresztą: tam nie ma nawet żadnego średniego materiału. Nowa płyta nie zmienia tego stanu rzeczy.

Kluczem do sukcesu „Slowdive” jest nieżerowanie na przyszłości, polegające na sztucznym wywoływaniu duchów i udawaniu, że mamy 1993 rok. Tamten shoegaze to rozdział zamknięty i dobrze, że nie próbowano tego negować. Z shoegaze’u na nowej płycie korzystano oszczędnie; szkieletem niemal wszystkich utworów są raczej dream popowe desenie (z ambientalnymi drobinkami) wciśnięte w pop-rockowe ramy. Slowdive nie wykazali większej chęci do eksperymentowania, ale za to całą uwagę skierowali na proces tworzenia przyswajalnych, czepliwych i przymglonych piosenek – z symboliczną dawką neurotycznego transu. Do tego rozsądnie ułożyli tracklistę, nie pozwalając sobie na wrzucanie ścieżek wątpliwej jakości. „Slowdive” liczy sobie osiem numerów i dopiero zamykające całość przedramatyzowane „Falling Ashes” minimalnie odstaje.

Gdzie szukać mankamentów? Tutaj sytuacja jest klarowna: partie wokalne nie wypadają rewelacyjnie. W tej materii, co trzeba przyznać, czas obszedł się z Brytyjczykami surowo. Gdzieś jednak po trzecim odsłuchu nie miałem już z tym problemu – na swój sposób wokale Neila Halsteada i Rachel Goswell zostają ‚wchłonięte’ przez podkłady, więc właściwie trudno w tej sytuacji na cokolwiek narzekać.

Dobrze, że wrócili.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.