RYMCORE #2: Leonid Fedorow – Lilovyy den’ (2003)

klasyka rateyourmusic.com

Każdy obserwujący rosyjskie noise/psych/folkowe pomioty szybko zorientuje się, że wóda rewelacyjnie zastępuje tam zielsko. Pokłosiem tego są wydawnictwa tyleż niezrozumiałe (nie bełkotliwe), co fascynujące. „Lilovyy den'” trzyma ten kurs, dodatkowo dzierżąc w ręku oręż bossostwa.

Co tu się właściwie wyrabia? Wrażliwość Fedorowa pokrywa się z wrażliwością Elvruma, tymczasem w kwestii stricte brzmieniowej Leonid antycypuje „Drinking Songs” Matta Elliotta. Tak wygląda wersja uproszczona. Rozszerzona natomiast nakazuje, aby wyobrazić sobie krzyżówkę niepohamowanych, powykręcanych zagrywek z wyraźnymi i niezanieczyszczonymi melodiami.

Coś jak Comus, coś jak Exuma, ale znając życie podczas sesji nikt nie zaprzątał sobie głowy takimi nazwami. Wypolerowany szum. No nie nadążam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.