Remo Drive – Greatest Hits (2017)

Przez ostatni rok na okrągło słuchałem debiutu The Get Up Kids. Przydarzył się tylko jeden miesiąc, gdy nie sięgnąłem po „Four Minute Mile”, ale wtedy jedynie wzmocniłem moją więź z tym albumem.

I nagle zjawiają się oni – Remo Drive. Trzech kolesi z Bloomington w stanie Indiana w 2017 wyciska niemal wszystko co się da z emo/pop punku. Grają jak The Get Up Kids circa 1997, mają weezerowo-superchunkowe (geekowe) brzmienie, posiadają wstrząsająco dobry zmysł do chorusów, wciąż i wciąż podrzucają zaskakujące mostki, doskonale odnajdują równowagę pomiędzy ironicznym luzem a melancholią.

Wachlarz inspiracji Remo Drive, jak na 37-minutowe wydawnictwo, jest więcej niż godny podziwu. Na przykład w „Summertime” wyczuwalna jest gęsta, shoegaze’owo-grunge’owa atmosfera z nagrań Sunny Day Real Estate, gdy lekkie partie przerywa ogłuszający bas. Opener „Art School” eksploruje najciekawsze tajniki miękkiego hardcore’u; singiel „Yer Killin’ Me” to bezbłędne, beztrosko-wiosenne midwest emo w szybszym tempie, natomiast „I’m My Own Doctor” zamienia się w perfekcyjną barową przyśpiewkę (która mogłaby być na każdej potańcówce zadeklarowanych miłośników Built to Spill).

Osobną kwestią są dwa najważniejsze fragmenty „Greatest Hits”. W „Trying 2 Fool U” zjawiskowy, nerwowy hook rozrzedza ciężko-skrzeczące zwrotki, na końcu zaś wywołuje do tablicy frywolny math rockowy motyw. Ale to nic w porównaniu do – nie boję się tego napisać – wybitnego „Hunting for Sport”. Tęskny wstęp przełamuje specyficznie skradający się bas, a ten wybucha i wreszcie zjawia się totalnie uzależniający, rozbrajająco-emocjonalny refren, w zasadzie definiujący optymalny emo pop. Może tu leży źródło geniuszu Remo Drive: to ultrapopowy zespół trzymający się ram post-hardcore’u.

Doprawdy, lepiej ten [wspaniały] album nie mógł się nazywać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.