REKOMENDATOR: Pop Glitch (#3)

REKOMENDATOR to nowy cykl, gdzie autorzy stron/blogów/fanpage’y polecają muzykę.


Kiedy zawodowo piszesz o filmach i komiksach, a dostajesz propozycję wypowiedzenia się na temat muzyki, która bije w twoim sercu równie doniośle, pytasz jedynie: kiedy? Ceniąc Trzy szóstki za eklektyzm, i w jakiś sposób utożsamiając się z tym pojęciem, długo zastanawiałem się, o czym mógłby to być tekst. „Forma i temat dowolne” – zachęcało zaproszenie. NAJGORZEJ. Co wybrać, gdy pojawia się okazja, by wspomnieć o tylu płytach, wykonawcach i nurtach; o tylu mniej lub bardziej pochłaniających cię zjawiskach muzycznych; o tylu czasowych płaszczyznach? Chciałem pisać o zapomnianych soundtrackach z lat 70. i 80., przesiąkniętej tęsknotą za Avą Gardner części dyskografii Franka Sinatry i „czarnej” muzyce epoki swobód obywatelskich. W końcu zdecydowałem się na rzecz najbardziej oczywistą i, mam tego świadomość, być może również rozczarowującą: niech to będzie przekrój przez ulubione płyty ubiegłego roku.

Powód jest jeden: gdy przyjrzałem się sporządzonej na szybko liście, okazało się, że tych kilka płyt, które podobały mi się w ubiegłym roku najbardziej, tworzy całkiem spójną wiązankę zagadnień i emocji szczególnie dla mnie ważnych. Więcej: każda z nich z osobna, i wszystkie razem wzięte, mówią coś o mnie, o tym, czego szukam (w muzyce i poza nią), i co chciałbym pokazać innym. A jeśli się nie mylę, chyba właśnie o to w tym cyklu chodzi.


SZACTRL

Trzy lata, jakie dzielą tegoroczną „Ctrl” od „Z” wydają się – muzycznie, emocjonalnie, wizerunkowo – całą epoką, ale SZA pozostaje tą samą introwertyczką, która kiedyś śpiewała o „pękającym pod stopami lodzie” do sampla z „Kołysanki” Komedy. Jeśli na wcześniejszych „S” i „Z” dopiero docierała się jako artystka, na „Ctrl” jest już uformowana: nie stroni od ryzyka, wymyka się kolejnym konwencjom, a o rozczarowaniu mężczyznami, niedowartościowaniu i uczuciowym głodzie mówi z pozycji kobiety samoświadomej i seksualnie wyzwolonej – otwarcie, z dozą sarkazmu i bez grama taniej melancholii.


Isaac Hayes (i inni)The Spirit of Memphis (1962-1976) 
różni wykonawcySoul of a Nation: Afro-Centric Visions in the Age of Black Power

„The Spirit…” i „Soul…”, dwie „najczarniejsze” składanki ubiegłego roku, to ponadczasowa mapa epoki, oddająca wszelkie możliwe niepokoje i nadzieje afroamerykańskiej społeczności, która z potrzeby ich wyrażenia wykształciła nowe (lub przekształciła zastane) formy muzyczne. Soul, funk, jazz i wczesne formy rapu wybrzmiewają tu w formie politycznych manifestów i ulicznych hymnów, ale też – w zależności którą składankę wybierzemy – wyzwolonych obyczajowo wyznań miłosnych i pościelowych słodkich słówek.


 Jackie ShaneAny Other Way

Jackie Shane, transgenderowa piosenkarka soulowa, w latach 60. nagrała kilka singli i jedną płytę długogrającą – zarejestrowaną na żywo „Jackie Shane Live”. Zniechęcona zawodowymi niepowodzeniami, zamieciona pod dywan przez realia epoki, zniknęła i aż do 2010 roku, kiedy wyemitowano poświęcony jej podcast, nie było nawet wiadomo, czy wciąż żyje. „Any Other Way”, kompilacja utworów, wydana po blisko półwieczu od ich nagrania, jest prawdziwą sensacją: odzyskuje z niebytu artystkę o niejednorodnym głosie i nieustraszonym emploi. „Tell her that I’m happy / Tell her that I’m gay” – śpiewa w coverze utworu Chucka Jacksona, prowokacyjnie zmieniając kontekst ostatniego słowa, zupełnie jakby w jej czasach nie czekał ją za to żaden ostracyzm.


Julien Baker – Turn Out the Lights

Jest wielka siła w tej delikatnej, osobistej płycie. Julien Baker, w typowym dla niej minimalistycznym stylu, śpiewa o odrzuceniu, depresji i ciągłym skonfliktowaniu ze sobą, ale w przeciwieństwie do artystów szukających w ten sposób rozliczenia z negatywnymi emocjami w swoim życiu, jest z nimi pogodzona. Nie o ucieczkę tu chodzi, a o akceptację pewnego porządku, emocjonalnego stanu. „Może wszystko się ułoży / I choć wiem, że wcale nie / Muszę wierzyć, że tak” – śpiewa na koniec „Appointments”, chyba najlepszego numeru na płycie, a zmiana następująca wówczas w jej głosie jest katartyczna i umacniająca.


Różni wykonawcyBrawl in Cell Block 99

Soundtrack roku! 31 minut, 7 kompozycji – tętniące ulicą soul, funk i r’n’b w najlepszym standardzie lat 70, ale… skomponowane współcześnie; macherami są tu reżyser filmu S. Craig Zahler i jego ziomek z Realmbuildera, na wokalach m.in. Tavares i The O’Jays; całość identyfikuje epokę i od pierwszego akordu wpasowuje w nią film, czyniąc drogę bohatera symboliczną i pełną gorzkiej melancholii.


Inne ulubione: St. Vincent – Masseduction; Lorde – Melodrama; Kelela – Take Me Apart; Phoebe Bridgers – Strangers in the Alps; Angel Olsen – Phases;  Moses Sumney – Aromanticism; Kamasi Washington – Harmony of Indifference

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.