REKOMENDATOR: Liczne rany kłute (#2)

REKOMENDATOR to nowy cykl, gdzie autorzy stron/blogów/fanpage’y polecają muzykę.


Cześć, jestem Bartek i hobbystycznie piszę o filmach i komiksach na blogu Liczne rany kłute. Kilka lat temu założyłem też fanpage Bardzo złe filmy, skupiający się na kinie klasy B, C, D i niżej.

Z czasów, w których złego i/lub dziwnego kina oglądałem nieco więcej niż dziś, zostało mi w głowie kilka soundtracków. Muzyką, która do teraz prześladuje mnie w oderwaniu od filmu, jest ścieżka do sławnego (i niesławnego zarazem) “Cannibal Holocaustu” Ruggero Deodato.

„Nadzy i rozszarpani” – bo tak brzmi oficjalny polski tytuł włoskiego klasyka gore – to film problematyczny. Delikatnie rzecz ujmując. Tych, którzy go nie oglądali, a chcieliby odhaczyć zaległość, muszę przestrzec.

Po pierwsze: obraz Deodato nie mógłby zakończyć się komunikatem mówiącym, że “żadne zwierzę nie ucierpiało w trakcie kręcenia”. Ekipa na planie “Cannibal Holocaustu” rzeczywiście zabijała zwierzęta. Głowy obcięto dwóm małym małpkom (na ekranie zobaczymy śmierć jednej, bo scena była dublowana). Bardzo okrutnie zamordowano żółwia – jeden z aktorów wspominał, że płakał w czasie kręcenia tej sceny. Reżyser zabił też świnię, węża boa i kilka innych. W razie czego na YouTubie jest wersja, z której wycięto wszystkie sceny mordowania zwierząt.

Po drugie: film jest naprawdę okrutny. Część scen w latach 80. była na tyle sugestywna, że reżyser musiał udowadniać, że wszyscy aktorzy przeżyli plan zdjęciowy. I chociaż niektóre efekty gore zdążyły się zestarzeć, to nie można nie wspomnieć o trzech kilkuminutowych scenach gwałtu, które Deodato umieścił w swoim filmie. Jeśli ktoś jest wrażliwy na tego typu motywy, niech “Cannibal Holocaust” raczej omija.

O prymitywnym i tabloidowym przedstawieniu amazońskich plemion nawet nie wspominam, bo chyba nikt się nie spodziewa, że włoscy twórcy niskobudżetowych horrorów z lat 80. poprzedzali swoje filmy dogłębnym antropologicznym researchem.

Ale.

Nie da się ukryć, że “Cannibal Holocaust” to obraz ważny i innowacyjny. Foundfootage’ową strukturę scenariusza spopularyzowaną przez “Blair Witch Project” wyprzedził o prawie 20 lat. Zapoczątkował też całą rzeszę horrorów kanibalistycznych, z reguły bardzo złych i o bardzo zbliżonych tytułach: od “Cannibal Ferox” przez “Cannibal Terror” po “Porno Holocaust [sic!].

No i ma niezwykle ciekawy soundtrack skomponowany przez Riza Ortolaniego.

Możnaby się spodziewać, że film tak surowy i ekstremalny wizualnie zaopatrzony będzie wyłącznie w mroczne i agresywne melodie. Tymczasem Ortolani zaskakuje widza już w pierwszych minutach orkiestrowym tematem przewodnim, który równie dobrze mógłby stanowić intro do sympatycznego, familijnego serialu z lat 70.

Ów motyw powraca w filmie jeszcze kilkukrotnie i im bliżej finału, tym bardziej kontrastuje z tym, co widzimy na ekranie. Kiedy nieoczekiwanie włącza się w scenie z płonącą wioską – dodaje jej onirycznego klimatu. Gdy wieńczy naturalistycznie ukazany gwałt – sprawia, że niepokojący moment jest jeszcze bardziej niepokojący. Leniwie i optymistycznie zawodzące smyki w jakiś dziwaczny sposób sprawiają, że oślizgłe momenty stają się jeszcze bardziej oślizgłe.

Oczywiście na płycie z muzyką do “Cannibal Holocaustu” są też nieco bardziej konwencjonalne utwory. Choćby niepokojące “Adulteress’ Punishment” czy “Massacre of the Troupe”. Te łączące elektronikę z partiami smyczkowymi utwory równie dobrze mogłyby trafić do dowolnego exploitation movie.

Warto również zwrócić uwagę na żwawo funkujące “Cameramen’s Recreation” i “Relaxing in the Savana”, przywodzące na myśl porno z lat 70. Z kolei “Crucified Woman” kontynuuje zamysł stojący za motywem przewodnim, kontrastując tym razem elegijne tony z koszmarnym obrazem kobiety nabitej na pal.

Jednak najsłynniejszym utworem z “Nagich i rozszarpanych” jest wspomniany motyw przewodni. Ostrzegam, że to straszliwy earworm, którego nie da się nie nucić po obejrzeniu filmu. Jak często muzyka napisana dla horroru bywa tak chwytliwa?

Sam Deodato wspominał po latach, że docierały do niego opowieści fanów, którzy utrzymywali, że zaręczali się i brali śluby z muzyką Ortolaniego w tle. “Soundtrack niemal przerósł mój film” – powiedział w wywiadzie reżyser.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.