PRZEGLĄD: powerviolence po 2010 #1

Za przegląd odpowiada Bartosz Krzewiński – autor fanpage’a Butem Po Pysku, fan muzyki uwalniającej emocje oraz horrów ery VHS z polskim lektorem. Wielki entuzjasta pióra Vonneguta i aktorstwa Charlesa Bronsona. Klasyczny piwniczanin, aczkolwiek kilka razy w roku zdarza mu się wypełznąć ze swojej nory na przaśne koncerty. Prywatnie introwertyk as fuck.


 

Zainspirowany wpisem American Powerviolence: From The West To The Rest, subiektywnym przeglądem kapel powerviolence w USA, postanowiłem stworzyć podobny tekst przybliżający moje ulubione wydawnictwa z tego gatunku po 2010 roku. Ten zakres czasowy ma zaprzeczyć tezie autora bloga Blogged and Quartered, który na początku swojego wpisu stwierdza, że aktualnie zespoły odgrzewają i cytują na różne sposoby dokonania złotej ery PV – lat 90-tych i takich ekip jak Infest bądź Crossed Out.

Dla mnie również był to ulubiony okres w tym gatunku, jednak nie sposób zaprzeczyć, że obecnie dzieje się również dużo dobrego. Oczywiście, nie mam takiego doświadczenia i kontaktów jak autor w/w blogu, sam siebie traktuje jak hobbystę/zajawkowicza, ale mogę śmiało powiedzieć, że jestem na tyle osłuchany, żeby móc z czystym sercem polecić trochę płyt wartych uwagi. Wybór wydawnictw jest czysto subiektywny. Aby polepszyć czytelność wpisu postanowiłem stworzyć 4 kategorie, które już na starcie charakteryzują z jakim typem hałasu mamy do czynienia. Te cztery grupy to:

– KLASYCZNE PV: czyli wszystkie kapele i płyty czerpiące garściami z dokonań czołówki PV z lat 80/90. W tej kategorii można się spodziewać naśladowców i fanów Infest, Crossed Out, Despise You, Capitalist Casualties i SPAZZ;.

– DAMSKI WOKAL: postanowiłem wyodrębnić zespoły, w których na wokalu występują dziewczyny. Nie jest to żaden efekt parytetu i tym podobnych, a jedynie zwrócenie uwagi na fakt, że w tak świetnych bandach wydzierają się kobiety (nie zawsze można to tak łatwo rozpoznać);

– MIESZANKA STYLÓW: tutaj swoje miejsce znalazły wszystkie kapele traktujące PV jako punkt wyjścia do swoich poszukiwań, bądź też czerpią z powerviolence, aby urozmaicić muzykę. Romansów z PV było dużo – noise rock, black metal, rzecz jasna hardcore punk, także sludge metal. W tej kategorii zaprezentuje te, moim zdaniem, najbardziej warte uwagi;

– MODERN PV: w ostatniej kategorii zamieściłem zespoły postrzegane przeze mnie jako kolejną falę PV. Kapele opierające swoje brzmienie i styl zazwyczaj na dokonaniach składu Iron Lung, który to  zapoczątkował modę na nowe brzmienie, dzisiaj często będące wynikiem post-produkcji (via Nails/Weekend Nachos/Failures). Dla mnie modern PV charakteryzuje się bardziej ospałym tempem, większym ciężarem, gęstą ścianą dźwięku i intensywnością nie dającą słuchaczowi ani chwili na odpoczynek. Na dodatek przez połamane kompozycje i arytmię jest prawie pewne, że sobie przy nim nie potańczysz.

 

  1. KLASYCZNE PV

SFN – Itching [2010]
(625 Thrashcore)
moja ocena: 7/10
tagi: intensywność, nienawiść, breakdowny

Something For Nothing, czy też jak niektórzy twierdzą Suited For NAMBLA, to kapela, która nagrała jedną z bezwzględniejszych płyt w gatunku. Masa blastów, dużo hałasu i ziejąca od wokalisty nienawiść sprawiają, że ta 7 minutowa epka idealnie nadaje się do odreagowania całodziennego stresu i wnerwienia. Aktualnie ludzie z SFN stworzyli nową kapelę – Mellow Harsher. Stylistycznie brzmi trochę inaczej, za to kontynuuje tradycję tworzenia absurdalnych tekstów.

Vaccine – Human Hatred [2010]
(Painkiller Records)
moja ocean: 7/10
tagi: skład, szybkość, blasty, zwierzak na wokalu i perkusji, czysta energia

Willa Killingswortha chyba nikomu nie trzeba przedstawiać? Dla porządku przypomnę, że to członek takich składów jak: Orchid, Ampere, Bucket Full of Teeth, czy chociażby Failures. W Vaccine stworzył wraz z ziomkami ultra szybką kosę, na żywo zasuwającą jeszcze sprawniej (wiem, widziałem). Wokalista – Matt McKeown – to przezwierzak: wije się i pruje na wszystkie strony, zaś perkusista posturą przypomina raczej crossfitowca niż muzyka, co zapewne przydaje się w zabójczym tempie za jakim musi nadążać. Chłopaki razem grali jeszcze w późniejszym No Faith; niestety, aktualnie nie słychać nic o żadnym nowym materiale.

LOW THREAT PROFILE – PRODUCT #2 [2011]
(Draw Blank Records, Deep Six Records)
moja ocena: 8/10
tagi: skład, oldschool, czysta energia, latanie po ścianach, deskorolka

Super grupa co się zowie! Jeden z pierwszych super projektów, jakie powstały do tej pory z udziałem weteranów gatunku. W LTP zgromadziły się znakomitości: Andrew Beattie (No Comment, Man Is The Bastard, Cave State), Chris Dodge (Spazz, To The Point, Despise You), Bob Kasitz (Infest, Lack Of Interest, Burn Your Bridges) i Matt Domino (Infest, Manpig, Neanderthal). Jakby tego było mało, grają oni tutaj jeden z najlepszych PV w swojej historii. Przyspieszenie tempa i uczynienie płyt LTP bardziej thrashcore’owymi sprawiło, że słuchając ich ma się ochotę zacząć skakać po ścianach albo wyjść na deskę, nawet, jeśli miałaby być to deska klozetowa, a stanięcie na niej miałoby się równać rozwaleniu sedesu. Ani wtedy, ani nawet teraz, chłopaków nie można nazwać dziadkami, ale mimo wszystko energia, jaką wkładają w ten projekt, zawstydziłaby niejednego młodszego kolegę po fachu.

Put to Death – Separatist [2011]
(Disposable Records)
moja ocena: 7/10
tagi: skład, niskie brzmienie, oldschool, szybkość, sample

Oldschool pełną gębą! Ciężko w to uwierzyć, że to tylko duet, ale Alex Hughes i Chris Corry nie jeden raz wcześniej i później udowadniali, że znają się na generowaniu hałasu. PtD to chyba najbardziej kameralny projekt obu panów, jest jednym wielkim i szybkim hołdem dla gatunku i jego złotej ery. Słychać to w tak niskim brzmieniu, że membrana w głośnikach wręcz dudni. O tym, że jest to hołd dla dokonań starszych kolegów, świadczyć mogą chociażby teksty, często są zapożyczone od takich kapel jak Infest, Amebix czy Napalm Death.

Scapegoat – Scapegoat [2011]
(Painkiller Records)
moja ocena: 7/10
tagi: skład, oldschool, szorstkie brzmienie, stop’n’go

Za produkcję odpowiadał wspomniany już wcześniej Will Killingsworth. Słychać to od razu, ponieważ brzmienie ma tak ostre krawędzie, że można się nim zaciąć. Muzycznie kozioł ofiarny ma nam do zaoferowania dużo cierpienia i rozpaczy. Ekipa mocno zwalniając przez moment daje nam odpocząć, żeby za chwilę złapać za gardło i lecieć z nami po równi pochyłej w dół – umiejętne korzystanie z popularnego stop’n’go to jest coś, co powoduje, że słuchacz raz po raz może poczuć się zdezorientowany, ale to jest właśnie cały urok gatunku. Na koniec słowo o tekstach, ponieważ te są mocno zaangażowane i opowiadają o opresji wobec jednostki ze strony społeczeństwa, mediów czy rządu – możecie być pewni, że nie uświadczycie tutaj ani jednego pozytywnego wersu.

Eddie Brock – Eddie Brock [2011]
(Photobooth Records/To Live a Lie)
moja ocena: 6/10
tagi: oldschool, humor, punkowe riffy

Gdy mamy do czynienia z zespołem, który za nazwę przyjmuję nazwisko znanego aktora, czy też bohatera z komiksów, to możemy być pewni, z jaką muzyką będziemy mieli styczność. Nie inaczej jest z EB – nazwę zawdzięczającą jednemu z nosicieli marvelowskiego Venoma. A więc jest szybko, jest połamanie, jest nie do końca poważnie i przede wszystkim na pełnym luzie. Wszystko podbite punkowym sznytem zapewniającym dość żwawe tempo.

Magnum Force – Self-Loathing [2011]
(To Live a Lie)
moja ocena: 6/10
tagi: dzikość, opętanie, wściekłość, sample

Wokalista MF zachowuje się jak opętany. Czyni ze swojego głosu narzędzie do wymierzenia zemsty. Całość nabiera brutalności z powodu grindowego zacięcia i riffów ociekających przemocą. Chłopaki świetnie dozują emocje i nie pozwalają na chwile nudy – po chwilach przestoju i uspokojenia nagle butem wpychają nas do zerwanej windy lecącej w przepaść.

Marion Barry – Black Power Violence [2011]
(Grindcore Karaoke)
moja ocena: 6/10
tagi: oldschool, szybkość, obskura, ziarniste brzmienie, sample

Marion Barry to skompromitowany waszyngtoński polityk, którego wizerunek do stworzenia kapeli wykorzystała trójka dzieciaków.  Mamy zatem dużo kwaśnego humoru, teksty o nadużyciach władzy i paleniu trawki. Całość brzmi jak materiał nagrany w latach 80-tych gdzieś w garażu na przedmieściach Seattle. Oczywiście w tym przypadku to obskurne, surowe brzmienie jest jak najbardziej atutem. Wydaje mi się, że właśnie taki PV bym grał, gdybym tylko miał więcej chęci.

XBrainiaX – Deprogrammed [2011]
(To Live A Lie)
moja ocena: 6/10
tagi: humor, zdarty wokal, sludgowe riffy, zmiany tempa, sample

Z xBx miałem niemały kłopot. Nie wiedziałem do końca, w której kategorii ich umieścić. Niby często i gęsto odwołują się do oldschool PV, ale wprowadzają też do swoich nagrań elementy sludge’u, które na tym wydawnictwie są najbardziej słyszalne.  Ich muzykę mogę porównać do biegu przełajowego: nagle wybiegamy z lasu na polanę, coraz bardziej przyspieszamy na trasie biegnącej w dół pagórka, a gdy już jesteśmy na dole i cały czas utrzymujemy szybkie tempo, ni stąd ni z owąd wpadamy po kostki w błoto, zaś cały impet powoduje upadek i wygrzmocenie głową o pobliski kamień. Słowo o wokaliście, ponieważ ten wyczynia nie lada gimnastykę: jego zdarty głos sprawia, że mamy nieodparte wrażenie, że dałby sobie radę i bez mikrofonu.

Manpig – The Grand Negative [2012]
(Deep Six Records/Draw Blank Records)
moja ocena: 8/10
tagi: skład, oldschool, hałas, obskura, głowa w pralce

Kolejny po LTP skład doświadczonych zawodników. Tak naprawdę dwóch ziomków z Infest, Domino i Davis, spotkało się tylko po to, aby nagrać utracone i odrzucone nagrania Infestu z początku lat 90-tych. Efekt jest piorunujący! Brzmienie jest ziarniste i mega tęgie, podczas słuchania mamy wrażenie, jakbyśmy byli czymś bombardowani albo wsadzili głowę do pralki i włączyli wirowanie. W moim zestawieniu nie ma nic bardziej przypominającego PV z lat 80/90-tych jak ten krążek – szkoda tylko, że tego stuffu nie było więcej.

No Faith – No Faith [2012]
(Painkiller Records)
moja ocena: 6/10
tagi: skład, oldschool, nienawiść, zmiany tempa

W przypadku No Faith mamy do czynienia z kontynuowaniem linii programowej poprzedników, jeśli mogę to tak nazwać. Mimo delikatnych roszad w składzie (doszedł Duram z pokręconego SQRM i obskurnego HOAX) udało się zachować zwierzęcy wigor zyskujący jednak bardziej noise rockowy sznyt. Całość znowu przepełniona nienawiścią i okrucieństwem.

To The Point – Success In Failure [2012]
(Deep Six Records)
moja ocena: 6/10
tagi: skład, oldschool, niskie brzmienie, motywacja

Kolejna ekipa, której skład jest dobrze znany. Nie będę wymieniał kolejny raz wszystkich, ale trzeba wiedzieć, że za sterami tego projektu stoi nie kto inny jak Chris Dodge (wcześniej pisałem o jego przynależności zespołowej; w tym miejscu przypomnę, że jest też założycielem kultowej wytwórni Slap A Ham Records). Ponownie mamy styczność z bezpretensjonalnym PV w starym stylu, brzmienie jest bardzo niskie, a cała płyta o dziwo jest wielce motywująca – poczynając od samego tytułu, a kończąc na numerze  „the result”, który powinien być puszczany na wszelkich coachingowych wykładach zamiast tych chorych umysłowo chłopaków w stylu Jakóbiaka itp.

Coke Bust – Confined [2013]
(Grave Mistake Records)
moja ocena: 7/10
tagi: punkowe riffy, easy listening, chwytliwość

Pisk sprzężenia zwrotnego w otwierającym krążek “Iron Spiral” ostrzega, że za chwilę będziemy ofiarą czegoś bardzo brutalnego. Liczne punkowe riffy, łamanie tempa i obłędna szybkość sprawiają, że mimo całego tego zgiełku epka jest chwytliwa i przystępna. Całość kompozycji przywodzi na myśl takie klasyki jak Ripcord albo Heresy (nie ma się co dziwić, skoro za perkusją siedzi Chris Moore – gość grał w tylu moich ulubionych kapelach, że jeśli go nie znacie, to szybciej będzie, jeśli go wygoglujecie), jednak współczesna produkcja czyni całość bardziej easy listeningową dla osoby, która chce dopiero wkręcić się w gatunek.

Backslider – Consequences [2013]
(Six Weeks)
moja ocena: 6/10
tagi: obskura, piwnica, chaotyczna produkcja, oldschool, punkowe riffy

„Co to za gówno, nic nie słychać, weź to wyłącz” – słowa mojej dziewczyny niech będą najkrótszą recenzją tego krążka. Mimo że są tutaj chwytliwe riffy, już za chwilę zaczyna się taki fastcore’owy młyn – możemy tylko podejrzewać, że gdzieś tam razem z chłopakami jest wokalista, a całość nie polega na wyścigu, kto szybciej dogra do końca kawałka. Do tego podła produkcja i mamy idealny hołd dla takich surowizn jak, dajmy na to, Peter Mangalore.

FISSURE – FISSURE [2013]
(Melotov Records)
moja ocena: 6/10
tagi: równia pochyła, zdarty wokal, stop’n’go, humor

Młodzi gniewni bez jakiejś większej historii na scenie świetnie się odnajdują w konwencji szybkiego PV. Teksty nie do końca poważne, czuć inspirację Charlesem Bronsonem, nie tylko w tej materii. Czuć tą młodzieńczą zajawkę – widać, że ekipa nieustannie szuka, epki są dość zróżnicowane. Cały czas czekam aż nagrają jakiegoś długograja. No i przeróbka nagrania z „X-Flies” <3.

ground – under [2013]
(Self-Released)
moja ocena: 6/10
tagi: toporność, ociężałość, zmiany tempa, dwa wokale, sludge’owe riffy

Toporność – słowo klucz w wypadku tego wydawnictwa. Siermiężne, oldschoolowe granie, przygniatające swoim ciężarem. Czasami jest tak wolno, że ma się wrażenie, jakby się słuchało maniaków slow tempa, takich jak Grief (via numer „Hate When You Speak”), jednak po chwili mamy szybki strzał ze szkoły Scholastic Deth („CUNTsumer”). Widać, że ekipie ciężko było się zdecydować nad spójną linią albumu.

CAVE STATE – CAVE STATE [2014]
(To Live A Lie)
moja ocena: 7/10
tagi: oldschool, potężne brzmienie, równia pochyła, intensywność

Krótko, głośno i szybko – tak najprościej można opisać płytę. CS potwierdza, że najważniejszym członkiem kapeli PV jest perkman. Numery są krótki i mega intensywne. Kapela zabiera na jazdę po równi pochyłej i wiemy, że lądowanie nie będzie bezpiecznie. Całość trwa blisko 8 minut, czas ten w zupełności wystarczy, żeby przesiąknąć mega energią i móc rozładować negatywne emocje. Oprócz programu obowiązkowego w postaci breakdownów, szybkich blastów i prymitywnych kompozycji dodatkowo wszystko podbite jest potężnym brzmieniem, co nadaje całej epce monumentalności.

Chulo – HP.PV [2015]
(Narcosarcasmo, Discos Muertos, The Return Records)
moja ocena: 7/10
tagi: niski wokal, obskura, dwa wokale, gruz

Jest coś znamiennego w tym, że kapele z egzotycznych krajów (z punktu widzenia PV oczywiście) brzmią tak surowo i obskurnie. Może ma to związek z tym, że wzorują się na legendach, może problemem jest kasa przy produkcji, a może po prostu są pierwszą falą na swoim terenie. Nie inaczej jest z kolumbijskim Chulo – jedną z najbardziej szorstkich ekip PV obecnie. Nagrania są syfiaste, agresywne i totalnie zdehumanizowane (mimo dwóch wokali). HP.PV to kompilacja zawierająca całą dyskografię kapeli. Jeśli lubicie być bici i poniewierani – polecam z całego serca.

Concussive – Demo [2015]
(Ronin Studios)
moja ocena: 7/10
tagi: growl, szybkość, oldschool, sample

Starałem się unikać demówek w swoim zestawieniu, ale to 3 minutowe wydawnictwo jest kwintesencją PV w starym stylu, dlatego ciężko było je pominąć. Lekko growlowy wokal, duża szybkość i dwóch wokalistów przywodzą na myśl takich klasyków jak Despise You czy Apartment 213. Czekam z niecierpliwością na więcej. Niestety, póki co poza demówką i trzema krótkimi splitami nie ukazało się nic więcej.

Scum Human – Demo [2015]
(Self-Released)
moja ocena: 6/10
tagi: hałas, intensywność, oldschool, manpig wannabe,

I kolejna demówka. Jednak nie mogłem jej pominąć, jako że sam łaknę nowych rzeczy podobnych do świetnego Manpig. Kanadyjczycy grają praktycznie jota w jotę to, co ich starsi koledzy po fachu – czyli znowu mamy wrażenie, że za chwilę rozwali nam głośniki. Materiał cały czas dudni tak dobrze, że z chęcią zobaczyłbym ich na żywo. Oldschool pełną gębą.

Lugubrious Children – Lugubrious Children [2016]
(Mind Ripper Collective, Rat Mix Records, Dead Heroes Records, Vetala Productions, Rad Nauseam, Attention Deficit Grindcore Disorder)
moja ocena: 6/10
tagi: szybkość, niskie brzmienie, dwa wokale, breakdowny

Ich okładka demówki z 2014 roku była hołdem dla Man Is The Bastard, stąd możemy domyślić się, jak brzmią kolejne wydawnictwa Brytyjczyków. Jest duża szybkość, niski brzmienie, wszystko podreperowane mixerem i efektami. Do tego dwa wokale i liczne łamania tempa. BUM! Tak się robi muzykę do zabawy.

Exit Unit – Exit Unit [2017]
(Deep Six Records/Draw Blank Records)
moja ocena: 7/10
tagi: skład, oldschool, wokal, sample

I na sam koniec wisienka na torcie! Jeden z moich i zapewne większości fanów PV personal hero sceny – Joe Denunzio. Praktycznie przez całą swoją przygodę z PV związany z Infesti Neanderthal tym razem postanowił z Kasitzem i Domino odpalić nowy projekt. Denunzio jest uosobienie tego, jak wyobrażam sobie wokalistę w PV zespole. Duży, dziki koks z obłędem w oczach, który chciałby zabić wszystkich na swoim koncercie, ale mimo tego zamiast przemocy fizycznej stosuje werbalny oklep – nic tak nie utożsamia PV jak ten człowiek. Wracając do samego wydawnictwa: nad całością unosi się duch Infestu i innych kapel, w których grali członkowie tego składu (najbardziej chyba słychać jeszcze Lack Of Interest). Zresztą Joe ma tak charakterystyczny wokal, że nie idzie pomylić go z nikim innym, przez co od razu nasuwają się skojarzenia z jego wcześniejszymi ekipami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.