Przegląd: polskie nagrania, które warto znać (pierwsze półrocze 2017)

Wszystkie wpisy pochodzą z fanpage’a Trzy szóstki.

PS: o ARRM/Lonker See, Bastard Disco oraz Blossom pisałem już na samej stronie. Zachęcam do przejrzenia działu płyty – 2017.


1988Gruda

Na potrzeby „Grudy” ukułem termin ‚słowiański cloud rap’. Ambientowe faktury 1988 przecina zaburzonymi, zmulonymi i fluktuacyjnymi sekwencjami. Co może prowadzić do skojarzenia: Shabazz Palaces meets (dark) vaporwave. Na tej płycie materializują się doprawdy niepokojące i surrealistyczne sprawy, które chciałoby regularnie przeżywać.


AveCaesarGrowing

Najciekawsze w „Growing” jest to, że zostajemy przeniesieni do pierwszej połowy 90s, ale jest to podróż ze świadomością szybkiego powrotu do 2017. AveCaesar przypominają o Bitch Magnet, w spokojniejszych partiach ciężko jest uciec od skojarzeń z Ewą Braun, a dodatkowo wyczuwalny jest klimat emocore’u z końcówki lat osiemdziesiątych. Tym bardziej zaskakuje fakt, że całość brzmi świeżo i przystępnie – niczym Cloud Nothings.


Black TundraBlack Tundra

Pamiętacie czasy, gdy kolesie z Pelicana jeszcze przyzwoicie grali? Nie trwało to długo, ale do tej pory przyjemnie wspominam takie „March Into the Sea” z 2005. Black Tundra poniekąd nawiązują do tych momentów, chociaż preferują jeszcze wolniejsze (i cięższe) brzmienie. Debiutancki longplay uwiódł mnie świetnymi, nośnymi riffami i konkretnym podejściem do tematu sludge’u uwikłanego w postmetal – materiał trwa 36 minut i jest to perfekcyjne rozwiązanie; dzięki temu nie ma miejsca nawet na chwilowe znużenie. Aktualnie jedna z lepszych (nie tylko polskich) metalowych płyt 2017.


Death Like Mass Jak Zabija Diabeł [EP]

Urojony, potężny i szeleszczący black metal. Brzmienie Death Like Mass jest mało wysublimowane – poszczególne ścieżki co rusz na siebie się nakładają i dochodzi do małych oraz wyjątkowo przyjemnych zgrzytów. Ponadto „Jak Zabija Diabeł” pędzi z chorą prędkością na złamanie karku. Nie ma co kręcić: jest w tym coś pociągającego. Może tak grałoby Mayhem, gdyby powstało we Francji?


DeszczDeszcz

Monumentalny crust w deseń Fall of Efrafa (szalikowcy ‚starego’ Oathbreaker też znajdą coś dla siebie). Bycza perkusja, piękne melodie, masywna produkcja. Fragmentami klasa światowa.


DopelordChildren of the Haze

Stoner wyjątkowo łatwo schrzanić: wystarczy skupić całą uwagę na ‚klimacie’. Niektórzy wtedy uznają, że właściwie już nic więcej nie muszą robić. Pustynia, alkohol, zioło – i cóż z tego, że są z Grójca czy innego Konina. Dla Dopelord rzeczony klimat też jest zapewne ważny, ale oprócz tego mają także do zaoferowania coś jeszcze. Tym czymś są dobre piosenki: lekkie, niewymuszone, barwne. Może niezbyt oryginalne, lecz za to nad wyraz chwytliwe. Obstawiam, że na koncercie brzmiałyby jeszcze lepiej.


EABSRepetitions (Letters to Krzysztof Komeda)

O tej płycie powoli robi się głośno. I słusznie. EABS oddają hołd Komedzie być może w najlepszy możliwy sposób – wybierając jego mniej znane nagrania, a następnie wprowadzając do nich gros własnych przemyśleń. Muzyka Komedy w ujęciu EABS dostaje hip-hopowego (w tym aspekcie nasi bohaterowie świetnie sobie radzą), soulowego (a w tym akurat już różnie – nie przekonują mnie za bardzo partie wokalne) i nu jazzowego (znów brawa) przyspieszenia. To interpretacje pozbawione destrukcji i poniekąd już same w sobie trochę oldschoolowe; przeprowadzone z taktem, choć także z niemałą dozą frywolności. Elegancka sprawa.


FOQL Lower Your Expectations

W zestawieniu najciekawszych techno wydawnictw 2017 „Lower Your Expectations” umieściłbym w pierwszej dziesiątce. To album rozemocjonowany i kipiący od pomysłów. Nie każdy wątek eksplorowany przez Justynę Banaszczyk w równym stopniu absorbuje uwagę, ale nie w tym rzecz. Kluczowe jest coś innego: brak zahamowań, otwarty umysł i ciągłe szukanie właściwego brzmienia. „Lower Your Expectations” uderza w parkietowe techno nasączone punkiem, synthami, starą elektroniką, idmem, minimalem, house’em i – przede wszystkim – industrialem. Gdzieniegdzie wkrada się więc chaos, lecz jest to chaos ujarzmiony.


Genetics & WindsurfingNonlinear Record

A tak brzmi zmasakrowany glitch. Za pierwszym razem noise’owa prezencja „Nonlinear Record” przygniata. Już po minucie ciężko się podnieść i nie jest to wcale taki przyjemny nokaut. Ale później coś się zmienia – nagle te płaty raniących tonów przeistaczają się w zmyślną i ładną mozaikę. Wykupcie nieco cierpliwości, a będziecie zadowoleni.


HanakoHanako

Poobijane, głośne i przyciężkawe emo poruszające się w rejestrach United Nations. Chaotyczne & melodyjne. Czekam na więcej.


HER SIDEGarage EP

Po przesłuchaniu „Better Better” spodziewałem się, że cała EPka będzie utrzymana w krzykliwych barwach. Nie miałbym nic przeciwko – lubię takie szorstkawe, pełne pasji granie. Ale później robi się jeszcze ciekawiej: „In Your Eyes” zahacza o dream pop, a następne w kolejności „The Reason” tarmosi za sobą post-punkowy bagaż. Wszystko prima sort. Ostatnie dwa indeksy tak jakby powracają na ścieżkę openera, ale tu ponownie pojawiają się pewne nieoczywistości. Między innymi ten zajmujący brak dźwiękowego poczucia bezpieczeństwa sprawia, że o debiucie Her Side powinno się mówić.


IRON NOIRYOU and ME, ME and YOU

Przyzwyczaiłem się, że nagrania Iron Noir raczej ‚nie wpadają w ucho’. Projekt Wojciecha Kucharczyka i Łukasza Dziedzica może i ma w sobie podskórną przebojowość (ten rytm!), ale aby tego doświadczyć najpierw należało przedrzeć się przez gąszcz ciężkawych i gryzących bitów oraz niedopowiedzeń. W tym świetle „YOU and ME, ME and YOU” zaskakuje sugestywnością, przejrzystością i mało zabrudzonym brzmieniem. W podobny sposób industrialne techno odbiera Powell, który od mordobicia preferuje post-punkowy groove. Zacne.


Jacaszek KWIATY

Pogłoski okazały się prawdziwe – „Kwiaty” w znacznym stopniu przypominają wydane dziewięć lat temu „Treny”. Paralela zachodzi w kwestii brzmienia, funkcjonującego gdzieś pomiędzy ponurymi baśniami a mętnymi snami. Jacaszek szablonowo ubarwia ambient elektroakustycznymi samplami oraz napomknięciami muzyki poważnej; jest w tym dostojność, melancholia, osobliwy spokój. Zwłaszcza we fragmentach, gdzie występują ‚oddalone’ wokalizy.


Jocelyn PackardJocelyn Packard

Rozmarzony, szusujący po przestworzach post-rock o noise rockowej aparycji. Bez prób zdystansowania się i wszechobecnego chłodu – muzyka Jocelyn Packard prędzej ma w sobie coś z poturbowanego dream popu. Dobry start.


Killed to Death II

Kiedy mówisz zrelaksowany: „już mnie nic nie zaskoczy”, prawdopodobnie chwilę później z nieba spadnie stos cegieł na twoją zblazowaną głowę. „II” to jedna z najosobliwszych [nie tylko polskich] płyt tego roku. W pierwszej fazie zreflektowana na lo-fi gothic country („Come, My Brothers”) i Current 93 („A Song for When You Live in a Giant Bucket”). Po kilku minutach odpowiedzialny za Killed to Death Michał L. zaczyna przekomarzać się z post-punkiem – i to tym wyraźnie zahaczającym o coldwave (np. „Lodsch”, zamykający całość „W Bloku W Nocy”). A w międzyczasie pojawia się nawijkowy „Dan Barrett” i cover… „Fjara” Sólstafiru. Trudno ogarnąć, ale jest to do zrobienia. Pomimo częstokrotnych stylistycznych przeskoków „II” trzyma fason i mocno się wkręca.


kIRk Za ostatni grosz

Przypomniałem sobie dlaczego sześć lat temu namiętnie słuchałem „Mszę Świętą w Brąswałdzie”, prawdopodobnie jedną z lepszych polskich płyt po 2010. Na bandcampie przeczytacie, że „Za ostatni grosz” na swój sposób definiuje całą historię kIRk – i jest w tym sporo racji. Szczególnie słychać to w tytułowym utworze, konfrontującym ze sobą ‚gangsterski’ jazz, trip-hop i ciężkawy, choć przecież z łatwością unoszący się w powietrzu, illbient. Z kolei w „Nie ma co silić się na naturalność” jest znacznie więcej ukojenia i kontemplacji; może wyłączając końcówkę, gdy do głosu dochodzi niejednoznacznie posępna partia trąbki. Zdecydowanie czekam na dłuższy materiał.


Kobieta z WydmBental

To będzie nietypowa rekomendacja, ponieważ zacznę od narzekania: nie lubię singlowego, teatralnego „Strasz mnie”. Do tego stopnia, że długo obawiałem się chwycić po „Bental”. Niepotrzebnie – to całkiem niezła rzecz, zanurzona gdzieś w minimalistycznym post-punku, z art popowym przechyłem i klawiszowymi plamami. Jest tu trochę wystudiowanych póz (emfatyczne teksty nie każdy przetrawi, podobnie jak nadrealne utwory-przerywniki [?], vide „Pyk”), ale tak po trzecim podejściu zacząłem widzieć w tym sporo dobra, szczególnie w stricte piosenkowych fragmentach, jak np. w eterycznym „A co jeśli”. Nie jest to do końca moja wrażliwość, a mimo to szanuję. A takie akcje na długo się zapamiętuje.


KrólestwoĆwiczenia repetytywne

Przy „Ćwiczeniach repetytywnych” cofnąłem się nieco w czasie, i to nie za sprawą frapującej okładki, zmyślnie skorelowanej z tytułem. Przeniosłem się do (w mniejszych proporcjach) czasów Slint oraz do (w większych proporcjach) czasów The For Carnation. Królestwo wciąga noise rock do post-rockowej gry; długie, płynnie poruszające się kompozycje nie tyle uwodzą udanymi sekwencjami powtórzeń, co cudownie głębokim, oszczędnym basem. Tu i ówdzie można się nadziać na średnio wyraźne ślady psychodelii.

Nie jest to szczególnie oryginalne, fakt, niemniej miło usłyszeć, że ktoś ma ochotę rewitalizować tak zakurzoną estetykę.


KRZTA KRZTA

Wreszcie komuś zachciało się odświeżyć math-metal. Ten materiał broni się nie tylko ze względu na żywą, pulsującą produkcję i sludge’owe ornamenty – KRZTA skupiają się na tym, aby po prostu tworzyć dobre piosenki, chociaż przy okazji ukrywają je za dewastującym brzmieniem. Podskórna chwytliwość – lubię to.


Leśniewski / NowackiObiekty

Może na wstępie szczypta kontrowersji: „Obiekty” to muzyka użytkowa. Przynajmniej dla mnie. Co jakiś czas potrzebuję małego katharsis, a ambientalny noise jest do tego stworzony. Leśniewski (Artykuły Rolne) i Nowacki (Kaseciarz) posługują się szumiącą, impro-drone’ową zadymą, którą umiejętnie i z wyczuciem we właściwych momentach rozrzedzają. W efekcie ta nielicha blacha hałasu uśmierzy wasze obecne bóle.


Lutto Lento Dark Secret World

Dancehall wszczepiony w plemienny ambient? Czemu nie. Ale pod warunkiem, że cała ta operacja będzie nadzorowana przez Lutto Lento. „Dark Secret World” niewytłumaczalnie wciąga. Raz po raz płynnie przechodzi od metropolitalnego zgiełku do podejrzanej ciszy z mrocznej dżungli, gdzie od lat nie przebywał żaden człowiek. Jest w tym posmak apokalipsy, chociaż niektóre aspekty tego materiału, głównie te industrialowo-rave’owe, sugerują zgoła co innego. Mocne.


Artur MaćkowiakIconic Rapture

Pierwsze luźne skojarzenie: The Durutti Column w ambientalnej formie. Na wysokości „Tańca zgubionego dźwięku” pomyślałem także o „Holy Wars” Tuxedomoon – ale to raczej za sprawą klimatycznej partii klarnetu. „Iconic Rapture” to chilloutowo-psychodeliczny trip, gdzie uspokajające ścieżki wpadają na konfundującą aurę. Maćkowiak uzyskuje ten efekt poprzez błyskotliwy miks synthów i gitary. Błyskotliwy do tego stopnia, że od wczoraj słucham „Iconic Rapture” na okrągło.


Makemake Something Between

Mam jeszcze w pamięci ubiegłoroczny debiut duetu Makemake „From the Earth to the Moon”, gdzie zaprezentowano cierniste i jednocześnie eteryczne elektroakustyczne free impro. „Something Between” nie jest już tak rozdygotane – to dalej spontaniczne kłucie igłą, ale bardziej przemyślane, ułożone i wzbudzające większą trwogę, nawet w tych melodyjniejszych(!) partiach, jak w pustynnym „A-Bow”, ładnie ‚zepsutym’ „Dinner at Home” czy też wieńczącym całość ambientowym „As I Look Back”. W międzyczasie trzeba przejść między innymi przez gitny psych-noise’owy trip „Suspiria” i rozkosznie otumanione „Dry Water”.


Mchy i PorostyHypnagogic Polish Music for Teenage Mutants

Najważniejsze: zapomnijcie o oniryzmie. „Hypnagogic Polish Music for Teenage Mutants” to hipnagogia w stanie surowym; albo przynajmniej daleka od baśniowych widoków. Na mnie to działa: oto ambient (rzecz jasna pozornie) mocno stąpający po ziemi, rzeczywisty, godzący świat przyrody i fabryk. niepoprawnie trzeszczący. Fragmentami nawet ekscytujący.


Mchy i Porosty Untitled EP

Jak na cztery utwory dzieje się tutaj doprawdy sporo. „Czarna plaża” to aktualnie mój ulubiony tegoroczny (outsider) house’owy numer: bezpośredni, energiczny, techno industrialny punch. Klimat jednak szybko się zmienia. „Dziwna śmierć” trzyma się house’owych ram, ale raczej ciągnie do pierwszych nagrań Autechre. Żeby było jeszcze ciekawiej, w „Wężowych ruchach” do głosu dochodzi breakbeat – w tle błyskotliwie cyzelowany przez ambient. W finalnej „Cholewie” wszelkie taneczne elementy zostają wygaszone przez industrialny warkot. Imponujący, spójny miszmasz.


MelisaWszystkie nasze kwiaty będą gnić

Pełnokrwisty, bezpardonowy noise rock upiększony wyrazistymi wiązkami szorstkiego post-hardcore’u. Melisę szczególnie lubię w tych najgwałtowniejszych momentach (vide opener), już odrobinę mniej, gdy akcja zostaje spowolniona. „Wszystkie nasze kwiaty będą gnić” opiera się na pokaleczonych, dramatycznie smutnych i wściekłych dźwiękach. Pod względem emocjonalnym jeden z większych ciosów w 2017.


Mord’A’StigmataHope

„Hope” jest odpowiedzią na pytanie: „jak brzmiałby doom metal w wykonaniu Deathspell Omega”. Może nie w skali 1:1, ale czuję, że takie porównanie ma rację bytu. Mord’A’Stigmata bawią się nożyczkami przy oczach – już wielu przepadło starając się usadowić black metal w rozległych, poruszających się niczym kondukt żałobny kompozycjach. W międzyczasie naprawdę łatwo wpaść we wnyki niezajmującej nudy (bo nuda może być też pozytywna), a jak już się w nie wpadnie, to nie ma raczej ratunku. Na całe szczęście nikomu nie dzieje się krzywda; „Hope” ma porządną narracje, trzyma bez większych przerw w napięciu, nie wpada na mielizny i, co najważniejsze, regularnie oferuje niebanalne riffy. Tak mógłby zawsze wyglądać (post) bm, nie mam nic przeciwko.


Nac/Hut Report Grey Zone Collapse Nostalgia

Kołysankowo-shoegaze’owy wokal Brigitte Roussel wydaje się stworzony do spowolnionych, minimalnych i szumiących aranżacji „Grey Zone Collapse Nostalgia”, kontaktujących ze sobą dream popową mgłę, gorączkę Boredoms, pyłki industrialu oraz rozmyty gitarowy noise. W tym awangardowym ekstrakcie aż kipi od popowych zanęt. I szkoda, że w ostatniej fazie wkrada się lekka monotonia – skrócone o 10/15 minut „Grey Zone Collapse Nostalgia” z chęcią umieściłbym w ścisłej czołówce 2017.


nadziej,nie lubię myśleć o niemiłych sprawach gdy nie jestem w stanie

Piona, ja też nie lubię myśleć o niemiłych rzeczach (nawet gdy jestem w stanie). Domyślam się, że po to gra nadziej, – aby bezboleśnie przechodzić takie uciążliwe życiowe akcje. Sprawdziłem: wszystko się zgadza. Siłą tego materiału jest umiejętne rozłożenie akcentów; całość może i ma imaginacyjną anatomię, ale już w tle funkcjonują same przyswajalne dźwięki. Na zgruchotane post-industrialne tekstury nanoszone są melodyjniejsze barwy. Czasem są to idmowe linie, innym razem ambient/dubowe bity. Na podobnej zasadzie działa taka Amnesia Scanner, chociaż tam jest wszystko jeszcze bardziej pokićkane. Nadziej, natomiast preferuje muzykę przyjemniejszą w dotyku. Też dobrze.


Nagrobki Granit

„Granit” to pierwszy materiał Nagrobków, który sprawił mi tyle frajdy. I tak po prawdzie nie wiem, czy to wyłącznie zasługa yassowej ornamentyki (gościnnie wystąpili: Trzaska, Walicki, Ziętek, Skrok). Sprawa jest bardziej zawiła – Nagrobki na „Granicie” zbliżają się do estetyki ejtisowej bałkańskiej szkoły post-punku, gdzie nieoczywistości i awangardowe zapędy wpadały z impetem na nowofalowe melodie oraz mikroskopijny – ale jednak – satyryczny rys. Bomba.


New RomeSomewhere

Tomasz Bednarczyk umiejętnie rozpuszcza drone’y w ambiencie. Rezultat można porównać do spotkania Fennesza i Bena Frosta na jednej scenie: szum na „Somewhere” krzepi i wzbudza trwogę. Szanuję taką kombinację. W szczególności, że pomiędzy tymi stanami zachowana jest należyta równowaga, a ta może wywoływać tylko pozytywne odczucia. Tak trzeba.


OONDOODQSTNS?

„QSTNS?” jest kolejnym przykładem na to, że w Polsce niefiguratywne techno ma się bardzo dobrze. OONDOOD pompuje do industrialu hektolitry obłędnych dźwięków. Nie da się określić ich pochodzenia: mogą być to kreskówkowe melodyjki, zmutowane supermarketowe soundtracki, pozytywki z Afryki. W każdym razie ten oryginalny antytaneczny amalgamat nieustępliwie wdziera się na parkiet – i nawet dlatego warto się przy „QSTNS?” zakręcić.


Palmer EldritchNatural Disaster

W niewłaściwych rękach downtempo może być bezczynnym, ospałym i irytującym muzakiem, natomiast odpowiednio ‚poprowadzone’ zyskuje niebanalną oraz barwną oprawę – tak jak na „Natural Disaster”. To bardzo różnorodna, intensywna i żywa płyta. Lawirująca wokół klimatów Jaga Jazzist, krautów Stereolab, glitch hopu Prefuse 73, psotnego rocka Tortoise, z częstymi odchyłami w stronę plemiennego grania i skrawkami trip hopu (w deseń Laika). Klarowna, wyjątkowo czytelna produkcja sprawia, że album pozornie ma odprężający charakter; ale podczas słuchania nieprzerwanie czujemy trudne do zdefiniowania napięcie. Godne podziwu.


PiernikowskiNo Fun

Za pierwszym razem byłem zachwycony, za drugim i trzecim już nieco mniej, ale cały czas czułem się konkretnie zaaferowany. Piernikowski na „No Fun” robi wariackie rzeczy z podkładami, płynnie przechodząc z minimal synthu do coldwave’u i… vaporwave’u. Otrzymane w ten sposób melodie mają w sobie ogrom naiwności, znanej chociażby z debiutu Kalibra 44. Jeśli kochacie MIDI, pokochacie i „No Fun”. Nawet niedofinansowane nawijki brzmią tu ujmująco. Zdecydowanie fun.


Poly Chain Music for Candy Shops

Nie dość, że Poly Chain rozdaje cukierki, to jeszcze proponuje ambient mocno angażujący. „Music for Candy Shops” przekomarza się z glitchem, kosmiczną elektroniką, ale w osobliwy sposób – tytułowe łakocie zamienią się w zaskakującą, zgrzytającą magmę. Nie przyciągają słodkim profilem, a surrealistycznym brzmieniem. To taki idm w stanie surowym, jeszcze bez melodii.


Popsysze Kopalino

Za każdym razem historie o sesjach nagraniowych na ‚końcu świata’ działają na wyobraźnie. Popsysze wybrali kaszubską wieś Kopalino – google twierdzi, że oprócz jeziora Kopalińskiego nie ma tam zbyt wielu atrakcji (no, jest jeszcze w pobliżu morze, ale cii). Wychowałem się na Mazurach, więc wiem, że tak naprawdę wystarczy jedno ładne jezioro, aby każdy kilkudniowy wypad mógł udanie się zakończyć. W tych warunkach trzeci album gdańskiej grupy był skazany na sukces. „Kopalino” zatraca się w psych rockowych improwizacjach, zimnej post-rockowej dramaturgii (tak, mowa o Slint), może też w lekkich progowych ścinkach, jednocześnie nie pozostawia na uboczu stricte piosenkowych rozwiązań, co jakiś czas serwując świetliste niby-refreny. Ten album chwyta, nawet mocno, choć dopiero gdzieś po trzecim odsłuchu. Potrzeba cierpliwości.


Revive Demo

Okładkowy kotek przypomniał mi o „Unfun” Jawbreaker. Nie jestem jednak wielkim miłośnikiem tej płyty i po cichu liczyłem na to, że Revive mają inny pomysł na punk. I tak rzeczywiście jest. „Demo” to cztery krótkie strzały, zawikłane w nieprzesadnie ciężki, uber melodyjny emo-hardcore. Dobrze pomyślany, euforyczny, lecz treściwy materiał. Zdecydowanie czekam na kolejne nagrania.

 


ROCKYou Fit Into Me Like a Hook

Krótka i szybka garażówka przywołująca skojarzenia z K-Holes, chociaż są pewne różnice. ROCK (podziwiam nazwę) znacznie częściej korzystają z hardcore’u i mają no wave’owy vibe. Tym bardziej doceniam fakt, że w tych okolicznościach „You Fit Into Me Like a Hook” jest aż tak przebojowe.


Rosa Vertov – who would have thought?

Zauważcie, że dream popowe grupy chcąc osiągnąć efekt powabności często używają nachalnego brzmienia. Na każdym kroku chcą niestrudzenie udowodnić, jak bardzo ich muzyka przekracza kolejne granice eteryczności. Po pewnym czasie robi się to doprawdy męczące. Rosa Vertov w tej mało fajnej zabawie nie uczestniczą. „who would have thought?” jest wycofane, imponująco spokojne, kościste, momentami nawet lekko surowe. To dream pop otoczony mgłą psych rocka – uśmierza bez idyllicznych odpałów i przenoszenia się gdzieś w baśniowe rejony. Bo najlepsze są okłady z lodu.


THE SKY IS Télépathie

Od dobrych kilku lat granie zmetalizowanego post-rocka jest jak wybór humanistycznego kierunku na studiach – wszyscy wokół będą kręcić nosem. A sprawa przecież jest bardzo prosta: jeśli jesteś w czymś dobry i masz chęci, to wszystko skończy się pomyślnie. W przypadku „Télépathie” można mówić o szczęśliwym zakończeniu. To krótki, sprzężony materiał; melodyjny, umiejętnie poprowadzony narracyjnie, z przyjemnymi przejściami i trzymający nawet w zajmującym napięciu niemal od początku. Może nie przesadnie ciężki – The Sky Is preferują stonerowe motywy, nie ma tu raczej miejsca na charczący sludge. Przyzwoita sprawa.


Tutti HarpTła II

Miała być muzyka tła, miało być sennie, a okazało się, że Tutti Harp w swoim laboratorium opracował ambient angażujący. „Tła II” wyposażone są w pasma oddychającego ambientu spod znaku Wolfganga Voigta (Gas) i ciepłego niepokoju („creepy downtempo”) herbu Boards of Canada. A i tak sytuacja najbardziej zagęszcza się pod koniec, gdy zaczynają lecieć space-popowe iskry. Każdy z tych elementów działa na wysokich, choć (jeszcze?) nie najwyższych obrotach. Stronę b pomijam – puszczanie nagrania od tyłu może niektórym sprawić frajdę, ale mnie takie coś nie przekonuje.


udar The Crisis Deepens

Drone’owaty, nieładny, ciężko poruszający się black metal. Czasami zahaczający o estetykę Timeghoul. Odpowiedni do grania w starych, zużytych piwnicach i wstrętnych pustostanach. Pod warunkiem, że lubicie się także pobujać – to zaskakująco nośny materiał.


Vysoké ČeloŰrutazás [EP]

Poprzedni wpis o Vysoké Čelo zakończyłem pisząc: będzie się działo. I dzieje się – polski kosmische folk powraca. Wydane rok temu „Liście na księżycu” dysponowały oryginalnym brzmieniem, które można byłoby spokojnie jeszcze przez dłuższy czas użytkować. Vysoké Čelo jednak – tak było w zasadzie od początku działalności – nosi. Teraz poczucie niepokoju zastępowane jest trudnym do dokładnego zdefiniowania poczuciem błogości. W tym świecie folk-space ambientu do głosu dopuszczono balsamiczne downtempo o new age’owej proweniencji. Najciekawsze w „Űrutazás” jest właśnie to, że może sobie swobodnie płynąć w tle. Na przykład podczas czytania Lema (jak radzą VC) lub „Syren z Tytana” Vonneguta (jak ja radzę). Byleby działo się to w nocy.


Wiry2017

Przed napisaniem notki zacząłem poważnie się zastanawiać, czy tym razem nie przesadziłem ze skojarzeniami. Nic nie poradzę – słuchając „2017” przypomniałem sobie o Suicide, Have a Nice Life i… kompilacjach Sublime Frequencies (w stylu: marokański psych pop z lat sześćdziesiątych). Takie cuda dzieją się w Polsce. Zdajecie sobie z tego sprawę?


ZwidyZwidy

Liczę na to, że o Zwidach już niedługo będzie głośno. Nie wyobrażam sobie innej opcji. Jeśli rodzimy niezal przegapi takie granie, to chyba wszyscy powinniśmy się w cholerę rozejść. Zawsze się emocjonuję, gdy słyszę tak udany kolaż math rocka i lżejszego post-hardcore’u. Chociaż, tak po prawdzie, dzieje się tutaj znacznie więcej.

Pierwszy track zaczyna się od niewinnej melodyjki, która w pewnym momencie zostaje przecięta nośnym i hałaśliwszym akcentem, zaś sama ścieżka w końcowej fazie jeszcze radośnie przyspiesza. Przebój jak się patrzy. Sprawy zachodzą na tyle daleko, że drugi w kolejności „Polip” mógłbym nazwać zaginionym numerem z nieznanej wspólnej sesji Drive Like Yehu i Fugazi. Serio. A „Zamiokulkas”? Świetny math rock o krystalicznie czystym brzmieniu. Interesująco w tym kontekście wypada końcowe „Częściej wychodzę z siebie niż ze strefy komfortu”, najmocniej lgnące w stronę emocjonalnej matmy.

Cztery strzały, żadnego pudła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.