Przegląd: polskie nagrania, które warto znać (#2/2017)

Wpisy pochodzą z fanpage’a Trzy szóstki.

Część pierwsza: LINK

Na stronie można znaleźć także wpisy o „Sorja” Sorji Morji (LINK), „Rite of the End” Stefana Wesołowskiego (LINK) oraz „The Abyss of Ancient Forest” Sanctus Hexe (LINK).


Father KongThe Sunny, Dirty Days (Too Many People Records)

Ninja Tune party. Nu-jazz w 2017 to ryzykowne posunięcie – sporo osób pogardliwie machnie ręką. Też mógłbym tak zrobić, gdyby nie to, że dalej dobry nu jazz sprawia mi frajdę. „The Sunny, Dirty Days” wtapia się w trip-hopowe mezalianse, ale na naszą głowę nie spadają ciężkie emocjonalne ładunki. Ekipa Father Kong preferuje żwawe bity i dynamiczne partie sekcji dętej. Uczciwa rozrywka.


Hanako liście [EP]

Druga tegoroczna epka Hanako przynosi ciche zmiany. Początkowo odniosłem wrażenie, że to dalej ten sam dygoczący, krzykliwy post-hardcore. Jednak później zacząłem się zastanawiać, czy tak nie brzmiałoby kolejne wydawnictwo nieodżałowanej Melissy. Jasne, Hanako dalej pędzą na złamanie karku, ale na „liściach” wpierdol przeplatają refleksyjnymi sekwencjami. Zżera mnie ciekawość, jak prezentowałby się longplay.


In Twilight’s EmbraceVanitas (Arachnophobia Records)

„Vanitas” brzmi jak Mgła przymilająca się do melodyjnego death metalu. Mgłę wielbię, melo dm niekoniecznie, ale ten miks ma coś w sobie. I wiem, że pod względem lirycznym to mroczna sprawa i tak dalej, jednak sami posłuchajcie – In Twilight’s Embrace bez wytchnienia strzelają hipernośnymi melodiami. I bardzo ładnie nimi się opiekują, upychając je w zajmujących kompozycjach. Właśnie to jest najlepsze w „Vanitas” – twórcze podejście w zasadzie konwencjonalnym graniu.


Maciej MaciągowskiCDGGDRM (Pointless Geometry)

„DGGDRM” jest rozchybotane, co nieszczególnie może dziwić – zdecydowana większość ryzykanckiej elektroniki nie ma stabilnej konstrukcji i tworzy coś w rodzaju brudnopisu, gdzie spektakularnie dobre indeksy raz po raz wpadają na hiperboliczne beaty. Dzieło Macieja Maciągowskiego wpisuje się w ten scenariusz, ale tylko do pewnego momentu. Tych ciekawszych przebłysków jest doprawdy sporo. Na „DGGDRM” Maciągowski łebsko modeluje glitch, niekiedy nadając mu chiptune’owe usposobienie, innym razem idmowe oblicze.


Maszyny i MotyleCzas (Teren Enter)

„Czas” najprościej można byłoby umieścić gdzieś w szufladzie specyficznego math-rocka przełamanego industrialem. Nie byłbym sobą, gdybym nie dorzucił swoich trzech groszy. Otóż – jak przypuszczam – Maszyny i Motyle bez większych perturbacji odnaleźliby się na początku lat osiemdziesiątych w Nowym Jorku. Nie jest to no wave, tak daleko nie pójdę w swoich rozważaniach, natomiast jest odczuwalne pewne duchowe porozumienie pomiędzy „Czasem” a tamtym radosnym dekonstrukcjonizmem. Szalenie miło obserwować takie metafizyczne kooperacje. Oraz słuchać takich powabnie zrytych dzieł.


Mirt / TerBacchus Where Are You (MonotypeRec)

Mam zakodowane, że o tribal ambient nieszczególnie trzeba ‚walczyć’ – jest to na tyle sugestywna muzyka, że często już po kwadransie wszystko wiem. Ale „Bacchus Where Are You” jest inne. Plemienny ambient Mirt / Ter chowa się za chmurami minimalu, przyciągając powściągliwymi, introwertycznymi oraz niegwałtownie stąpającymi dźwiękami. Czasem do głosu dochodzą drone’y („Disaster Reworked”), innym razem minimal techno (jak w zamykającym „Holographic”), natomiast „Baccus Theme” ma w sobie coś z afrobeatu. Ładne.


Pin ParkKrautpark (Instant Classic)

Jako szalikowiec muzyki emocjonalnej (i to taki stojący w pierwszym szeregu, zawsze skory do bitki) nagrania zorientowane na laboratoryjne doświadczenia nie przyjmuję z otwartymi ramionami. To znaczy: częściej lubię niż nie lubię, lecz nie zawsze dysponuję odpowiednią dawką cierpliwości – a wtedy pojawiają się problemy. Sesje z „Krautparkiem” przebiegły jednak bez komplikacji. Tytuł niby mówi wszystko, choć nie do końca. Pin Park głównie sprawdzają, dokąd mogą dotrzeć oszczędne synthy, jeśli będziemy je nieustannie profilować. I tak zamiast wszechobecnego transu częściej napotkamy na udane refleksyjno-oniryczne sekwencje, które szkoda byłoby przegapić.


Tiil SumI nie ma śmierci, i sen jest tylko… [EP] (Dark Omens Production)

Muszę o tym wspomnieć: Tiil Sum są z Mazur. Ja też jestem i wiem, że nie jest to okolica żyzna w ciekawą muzykę. A za sprawą Tiil Sum zaczynam się zastanawiać, czy od mojego wyjazdu aż tak tam się zmieniło. „I nie ma śmierci, i sen jest tylko…” pod względem melodyjności może być porównywane do pierwszej EPki Petrychor albo albumów Panopticon. Atmo black metal z sugestywnymi riffami, z 3-4 hookami i ~punkowym wokalem. W tak skondensowanej formie całość wypada bardzo dobrze; w przypadku longplaya pewnie zacząłbym się pod koniec wiercić. W każdym razie – solidna robota.


Widziadło – Void

Doszliśmy już do takiego momentu, gdzie każda premiera związana z kolektywem Opus Elefantum Collective jest wydarzeniem. Kozackie Vysoké Čelo, niezła Zguba, a teraz Widziadło, które umiejscowiłbym gdzieś po środku tego zestawienia. „Void” w głównej mierze opiera się na atmo black metalu, choć nie brakuje tu również (szczypty) blackgaze’u. Drugim obliczem Widziadła jest galaktyczny ambient z minimalnym przechyłem w stronę drone’ów.

Największym plusem „Void” jest kompozycyjna niekonwencjonalność – może nie należy spodziewać się odkrycia uniwersalnego leku na nowotwór, ale „Void” schematy przyswajalnego black metalu lubi zgrabnie naginać i umiejętnie modyfikować. Metal jest tu jedynie pewną konwencją (i dobrze). Taki debiut to skarb.

PS: na siłę mógłbym się przyczepić do mało wciągających, stłumionych wokali. Można nad tym jeszcze popracować w przyszłości.


Wilcze Jagody s/t [EP]

Potrzebowałem paru minut, aby przyzwyczaić się do tych mocno zaangażowanych, plastycznych i folkowych wokali. Wilcze Jagody zataczają kręgi wokół dream popu o gotyckim fundamencie, ale z drugiej strony nie ma w tym wszystkim szczególnie wyraźnych przymrozków. Jeśli już, to smutek zostaje przebranżowiony w pewność siebie – a wtedy muzyka dziewczyn nabiera shoegaze’owej dynamiki. Tak jakby jestem zaintrygowany.

PS: ale ładna okładka.


Wolves at the Door Erase Images (D.I.Y Koło Records)

Hardcore o metalicznym połysku. „Erase Images” jest nieco rozdarte pomiędzy bagnistymi punchami (pamiętacie The Cursed?) a przestrzennymi, emocjonalnymi melodiami (luźne skojarzenie: Touché Amoré). Te dwa żywioły stykają się ze sobą przez cały longplay, tworząc całkiem pomysłową i przyjemną całość. Bardzo równy materiał – bez przesuwania granic, ale z silnym współczynnikiem dobroci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.