Przegląd: jakościowy USBM #1 – mamy tu Meksyk, o jakim nawet nie śnisz

Przegląd przygotował fanpage Nieregularnie relacjonowana temperatura hałasu.


Amerykański black metal to niesamowicie ciekawe zjawisko. Nawet nie mam na myśli samej muzyki, nie mam na myśli sceny, różnorodności i nie, nie mam na myśli pospolicie nienawidzonych chłopców w rurkach z ładnie ułożonymi brodami. Najciekawszy jest dla mnie swoisty ostracyzm, którym USBM jest szczodrze obdarzany przez całe grono europejskich rębaczy w koszulkach Burzum. Trzeba przyznać, że w Stanach Zjednoczonych black się trochę spóźnił i od samego początku jawił się jako ten dziwny i lekko śmierdzący braciszek. Osobiście zawsze przypisywałem tę różnicę genom innych ojców (no i może faktowi, że było ich wielu). Europejski black wyrósł raczej naturalnie, ekstremalizując bardziej klasyczne brzmienia. Czupiradła ze Stanów otrzymały za to dosyć już gotową i określoną formę, która zainteresowała równie określonych artystów. Takim właśnie sposobem USBM wyskoczył z lędźwi bardziej doomowo-deathowych matek typu Von, Profanatica czy Absu. Gdzieś tam po drodze wskoczyła jeszcze awangarda i efekty tego dzikiego rozpłodu słychać do dziś.

Czy to właśnie dlatego, dla niektórych, ten black zza wielkiej wody jest asłuchalny, a nasz jest dźwiękową ambrozją? Czy to może jednak sam fakt, że black metal sam w sobie od początku przyciągał dosyć ksenofobiczną kulturowo publikę? Może to jednak mniejsze wpływy punkowe wyalienowały potencjalnych fanów? Nie odpowiem, za to zaproponuję rozwiązanie. Jeśli jesteś zacietrzewiony, nie lubisz amerykańskiego grania i nie zamierzasz tego zmieniać – okej, nie będę zmuszał. Jeśli jednak uważasz, że jest cień szansy na zmianę krytycznej opinii o tej scenie, albo w ogóle nie masz takiej wyrobionej, to zapraszam do pierwszej części mojego przeglądu. Osobiście uwielbiam amerykańską szkołę blacku i boli mnie, moim zdaniem, nieuzasadniona niechęć do niej. W związku z powyższym mam nadzieję, że chociaż kilka osób zdoła odnaleźć w którymś z epizodów mojego przeglądu coś dla siebie.

Na pierwszy ogień rzucam konkretną ekipę z piwnic Kalifornii. Słoneczny Stan, pełen pastiszu i luksusu pięknie kontrastującego z upadłymi marzeniami i biedotą. Istnieje oczywiście całkiem spora grupa operujących „na powierzchni” projektów okołoblackowych (na przykład Leviathan, Mamaleek, czy przecież nawet, hehe, Deafheaven). Teraz jednak zostaniemy pod ziemią, w bardzo specyficznym miejscu. Gdzieś w tunelach rozciągniętych między USA i Meksykiem operuje, mocno skupiony na meksykańskiej tradycji, kolektyw The Black Twilight Circle. Spośród wielu, na różne sposoby powiązanych z nim wydawnictw, wybrałem siedem, aby posłużyły jako rodzące zainteresowanie ziarno. Polecam dalej na własną rękę zapoznać się z innymi wydawnictwami. Jak rzadko kiedy – w tym przypadku naprawdę warto.


V/A – Odour Of Dust and Rot [2011]

Nie zamierzam drążyć personalnych dramatów z wojenki toczącej się między Crepúsculo Negro (wytwórnia zrzeszająca członków TBTC) i byłymi członkami labelu Rhinocervs, bo przeraźliwie skutecznie psuje mi to odbiór muzyki. Jak chcecie to sobie znajdźcie, nie jest to trudne, ale odradzam. W celu zaspokojenia roli informacyjnej wspomnę tylko, że panowie kiedyś się lubili, kiedyś się razem wydawali, ale to już nieaktualne. „Odour Of Dust and Rot” to zwieńczenie działalności Rhinocervs, czyli labelu zbiorczego dla różnych projektów, które w praktyce niemalże całkowicie wyszyli wyłącznie dwaj goście. Każda, najdrobniejsza zmiana stylu przez obu panów, jak i ewentualne połączenie sił, musiały oczywiście skutkować całkowicie nowym projektem muzycznym. To absurdalne, choć często spotykane, podejście zrodziło takie projekty jak Odz Manouk, Tukaaria, Glossoalia bądź Absum. Również dlatego ten album jest tak spójny jak na – teoretycznie – kompilację. Całe czternaście stosunkowo oszczędnie hałaśliwych kompozycji, w których nieprzesadna atmosferyczność tworzona jest przez przez przeciągnięte tony i wygłuszenie wyższych tonów. Ambientem jest tutaj statyczny szum i pogłos wrzasku, a naprawdę chwytliwe gitary (których jest zaskakująco sporo) pobrzmiewają papierem ściernym.


Tukaaria – Raw to the Rapine [2011]

Zanim zajmę się rzeczami znajdującymi się stricte w zasięgu Czarnego Zmierzchu szarpnę jeszcze jeden album wydany pod szyldem Rhinocervs. Tukaaria z całego rostera tego labelu chyba najbardziej sięga do tego, co w Europie zwykło się nazywać blackiem. Dudniąca w rozsianych dysharmoniach, zaskakująco dobrze wkomponowana w całość perkusja, poszarpane ściany dźwięku i niemalże nieustanny, maniakalny, gardłowy skrzek. Uparte tempo w stabilnym, rytualistycznym rytmie przynosi chorą satysfakcję ze słuchania, bo przecież nie jest to nic ładnego i podobać się nie powinno. Nieprzypadkowo spośród wszystkich krążków wydanych przez Rhinocervs, „Raw to the Rapine” otrzymało najwięcej reedycji.


Volahn – Aq’Ab’Al  [2014]

Volahn, czyli Eduardo Ramírez, to taki meksykański Nihil, chociaż pewnie wkurwiłoby go takie porównanie, bo ogólnie najwyraźniej sporo rzeczy go wkurwia. Niezaprzeczalnie jednak jest głównym umysłem, głosem, pięścią i siłą stwórczą Crepúsculo Negro. Trafność porównania poświadcza również jego talent do pozbawionego kiczu korzystania ze swoich, osobistych korzeni, które dodatkowo są lekko separatystyczne w porównaniu do reszty drzewek w jego lesie. „Aq’Ab’Al” to drugie wydawnictwo jego solowego, głównego projektu i najbardziej kompletne z jego dzieł. Większość wpływów etnicznych ogranicza się tu do oryginalnej, ocierającej się o awangardę rytmiki, sporadycznych partii recytowanych i oszczędnie serwowanych, spokojniejszych melodii. Nadal jednak we wszystkim czuć tu gniew, czuć brud klepanej podłogi, a duma podszyta jest szaleńczą pretensją. Dzięki temu nieco groteskowy album sprawnie działa jako jednolita całość, w której nic nie musi być przemyślane, żeby naturalnie do siebie pasować.


V/A – Tliltic Tlapoyauak [2013]

Była jedna kompilacja od Rhinocervs, to i jedna od Crepúsculo Negro się należy. „Tliltic Tlapoyauak” to doskonały pomysł na hurtowe zapoznanie się z większością rostera wytwórni. Szeroka gama dźwiękowego bluźnierstwa, które paradoksalnie ma za zadanie wychwalać aztecką kulturę i robi to w sposób przekonujący, autentyczny. Rysuje obraz dumy i niepokojącej duchowości spowitej mrokiem wieków i nawołuje do pamięci, zachęca do zemsty na oprawcach. Death metal wykonywany przez Muknal, paniczny i jękliwy blackowy galop Dolorvotre, czy psychodela Shaatan. Różne formy napędza tutaj wspólny cel, dzięki któremu „Tliltic Tlapoyauak” stało się jednolitym manifestem całej grupy.


Arizmenda – Within the Vacuum of Infinity… [2009]

Spośród wszystkich wydanych przez CN wydawnictw, „Within the Vacuum of Infinity…” jest chyba jednym z najbardziej, uhm, przystępnych? Momentami ten black można nawet nazwać atmosferycznym i melodyjnym, czasem nieśmiało trąci depresywami. Nie spodziewajcie się jednak tutaj akustycznego plumkania i biadolenia głosu mogącego należeć tylko karłowatego nastolatka, któremu jeszcze nie zstąpiły jądra. Tutejsze zawodzenie przypomina bardziej jazgoczący Urfaust, a sporadycznie pojawiające się ładne melodie nie pozwalają się sobą w pełni nacieszyć przez ekstremalne tempo, które tylko dla zwiększenia odczuwalności poprzez kontrast, czasem, na sekundy, daje chwilę oddechu.


Kuxan Suum – Kinich Ahau (EP) [2010]

Reprezentacja tej dziwniejszej, operującej trzaskiem, strony labelu. Struktura tej EPki przypomina mocno nadgniły owoc, w którym tylko nasiona pamiętają o black metalu. Miąższ, treść główna, to mocno przeciągnięty noise. Chwilami zdaje się oszukiwać, że porywa się na jakieś psych-rockowe melodie, zaraz potem zrywa ozdobną zasłonę i obnaża swoje prawdziwe, obleśne, i włochate cielsko. Publika, o dziwo, nie może odwrócić wzroku. Wszelkich wpływów noisowych jest w The Black Twilight Circle bardzo dużo, ten materiał doskonale jednak reprezentuje w pigułce to, co w innych wydawnictwach jest nieco rozmyte i czasem spowodowane tylko niskobudżetową produkcją.


Shaatan – Weigh of the Wolf [2016]

Najnowsze, najbardziej awangardowe i melodyjne dziecko wszystkich podopiecznych Volahna. Zgrabna rytmika i skoczne melodie ani trochę jednak nie eliminują tych, wszechobecnych w Crepusculo Negro, złodupności i smolitości. Nawet jeśli jest trochę bardziej przaśnie i jarmarcznie, to dyktowany nam taniec odbywa się na gwoździach i prowadzi do buchającej ogniem czeluści. Psychodela z Kuxan Suum urosła tutaj do rangi solidnego szkieletu, na którym formę i kształt budują strzępy black metalu i bardziej etnicznych brzmień. Wokal podążył za warstwą instrumentalną, oddalając się od skrzeków w stronę szeptów i zawodzeń. „Weigh of the Wolf” to  jeden z dwóch albumów z tej zaśmierdłej stajni, które bym polecił nie tylko zatwardziałym, odpornym wrzask i trzask, furiatom. Jeśli lubisz w muzyce ekstremalną dziwnotę, wykutą przez zdolnych rzemieślników, to posłuchaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.