Przegląd: ambient #1/17 (m.in. Basinski, Bing & Ruth, Oto Hiax, Mchy i Porøsty)

William Basinski – A Shadow in Time (2062)

Przez tyle lat chciałem ponownie wrócić do emocji, które towarzyszyły mi przy pierwszych odsłuchach „The Disintegration Loops”. Obawiam się mocnych słów, więc może poprzestańmy na tym, że cała ta seria szczególnie wpłynęła na mój gust. I teraz, w 2017, znów tam wracam. W innych okolicznościach, ale wreszcie, po tak długiej przerwie, mogłem przynajmniej przez te 20 minut nie tyle sobie pobieżnie przypomnieć ‚stare czasy’, co rzeczywiście w nich uczestniczyć. „For David Robert Jones” jest cudowne w każdym calu: organowy, mglisto-błogi ambient niespodziewanie przecina zapętlona, halucynogenna partia saksofonu, która towarzyszy nam do samego końca. Basinski osiąga TEN efekt, gdy nie wiadomo, czy ścieżka się rozpada, a może tak naprawdę rozciąga się w nieskończoność. Odpływamy. Tytułowy utwór działa już na innych, bardziej konwencjonalnych falach drone-ambientu, gdzie dramatyzm przykrywa iluzję. Tym samym zostajemy delikatnie wytrąceni z równowagi. Jest prawie idealnie. [8,5/10]

Joshua Sabin – Terminus Drift (Subtext)

W tej chwili każdy kolejny album z oficyny Subtext można nazwać wydarzeniem. Zaledwie parę miesięcy temu spore poruszenie wywołało power ambientowe „Continuum” Paula Jebanasama, a chwilę później przebił go Fis ze swoim noise-ambientowym „From Patterns to Details” (miejsce drugie na liście z moimi ulubionymi płytami z 2016). „Terminus Drift” lokuje się gdzieś po środku. Okładka nie jest przypadkowa: Sabin nagrywał dźwięki w podziemiach metra. Późniejsza obróbka zaowocowała muzyką silnie eksplozywną, orientującą się w stronę chropowatych drone’ów, emo noise’u, post-industrialu i nade wszystko widmowego dark ambientu. Joshua Sabin permanentnie trzyma nas w napięciu, przerywając ciche sekwencje ciężkimi uderzeniami. Subtext rządzi. [8/10]

Oto Hiax – Oto Hiax (Mego)

Ambient strzaskany glitchem. Z reguły zamyślony, chociaż czasem także, jak w przypadku „Hak”, wzburzony i nawet minimalnie taneczny (jeśli ktoś lubi poruszać się do zepsutych dźwięków). Niepokojące oraz porywające widowisko. [8/10]

Bing & Ruth – No Home of the Mind (4AD)

Wyważone i czułe granie na modłę ‚dawnego’ Maxa Richtera. Przez większość czasu chwytające za serce, lecz pod koniec nieco nużące ze względu na przesadną powtarzalność. [7,5/10]

Mchy i Porøsty – Hypnagogic Polish Music for Teenage Mutants (Recognition)

Najważniejsze: zapomnijcie o oniryzmie. „Hypnagogic Polish Music for Teenage Mutants” to hipnagogia w stanie surowym; albo przynajmniej daleka od baśniowych widoków. Na mnie to działa: oto ambient (rzecz jasna pozornie) mocno stąpający po ziemi, rzeczywisty, godzący świat przyrody i fabryk. Niepoprawnie trzeszczący. Fragmentami nawet ekscytujący. [7.5/10]

Tutti Harp – Tła II (Dym)

Miała być muzyka tła, miało być sennie, a okazało się, że Tutti Harp w swoim laboratorium opracował ambient angażujący. „Tła II” wyposażone są w pasma oddychającego ambientu spod znaku Wolfganga Voigta (Gas) i ciepłego niepokoju („creepy downtempo”) herbu Boards of Canada. A i tak sytuacja najbardziej zagęszcza się pod koniec, gdy zaczynają lecieć space-popowe iskry. Każdy z tych elementów działa na wysokich, choć (jeszcze?) nie najwyższych obrotach. Stronę b pomijam – puszczanie nagrania od tyłu może niektórym sprawić frajdę, ale mnie takie coś nie przekonuje. [7/10]

Max Richter – Three Worlds: Music From Woolf Works (Deutsche Grammophon)

W ostatnim czasie Richter zniknął z mojego radaru; a przecież za takie „The Blue Notebooks” z 2004 dałbym się pokroić. Wiem, że dwa lata temu wydał „Sleep”, jednak nieszczególnie zainteresowałem się tym wydawnictwem. Za to po muzykę do baletu “Woolf Works”, nawiązującego do życia Virginii Woolf, sięgnąłem łapczywie – i było warto. Max przygotował materiał, który można najłatwiej zdefiniować jako ‚smyczkowy ambient’ wzbogacony brzmieniem fortepianu. Toteż sami rozumiecie: melancholia do kwadratu, deszcze niespokojne, bezkresny smutek, tysiące westchnięć, jesień plecień et cetera. Są chwile, gdy chcemy wszystko zatrzymać i poprosić Niemca o przynajmniej symboliczną zmianę nastroju. Tak się nie dzieje, zatem seans z „Three Worlds: Music From Woolf Works” do najłatwiejszych nie należy, mimo że sama muzyka jest nadzwyczaj przystępna. [7/10]

New Rome – Somewhere (Instant Classic)

Tomasz Bednarczyk umiejętnie rozpuszcza drone’y w ambiencie. Rezultat można porównać do spotkania Fennesza i Bena Frosta na jednej scenie: szum na „Somewhere” krzepi i wzbudza trwogę. Szanuję taką kombinację. W szczególności, że pomiędzy tymi stanami zachowana jest należyta równowaga, a ta może wywoływać tylko pozytywne odczucia. Tak trzeba. [7/10]

36 – Tomorrow’s Explorers (3six)

Staroświecki ambient, głównie dla miłośników prog electronic. Nie zmieni waszego życia, za to urozmaici dzień. [6/10]

Lawrence English – Cruel Optimism (Room40)

Shoegaze’owy drone-ambient. Ślicznie oprawiony, niemniej oprócz otoczki przydałoby się coś jeszcze. [6/10] 

UnicaZürn – Transpandorem (Touch)

Kosmiczne drone’y przebite progresywną elektroniką. Schizofreniczny stuff, czasami chyba aż za bardzo. [6/10]

Brian Eno – Reflection (Warp)

Brain Eno nagrał kolejną ambientową płytę. I na tym można zakończyć; „Reflection” jest tak generyczne, że już bardziej się nie da. [5/10]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.