Przegląd: 1001 najważniejszych utworów XX wieku #8

Chciałbym zaprezentować – w miarę chronologicznie – 1001 najważniejszych momentów muzycznych XX wieku. Wieku w którym utworzyła się muzyka rozrywkowa i przy okazji praktycznie zakończył się cały cykl jej rozwoju. Od przeistoczenia romantyzmu w modernizm, przejście ragtime’ów w spiritual jazz, kroczenie rhythm and bluesa poprzez soul do hip-hopu, wpływ Bitelsów na pokolenie teledysków na Vivie, coraz to bardziej ekstremalne gatunki powstałe z krautrocka, aż po bliskość post-punku z disco. Droga od „Salome” Straussa do „Kid A” Radiohead. Droga wyboista, rozpoczęta i zakończona dwoma trzęsieniami Ziemi, ale paradoksalnie przyjemna i ciekawa. Co tydzień pojawi się tu parę odcinków. Spoilery tej historii można odszukać na moim blogu.


Scott JoplinThe Entertainer
rok powstania: 1902

Dotychczas ględziłem tylko o muzyce klasycznej, a początki wieku to także ważne przemiany – zarówno w muzyce bluesowej, jak i jazzowej. Były to gatunki, które tworzyły się praktycznie od nowa. Najważniejszym pradziadkiem nowego kierunku był ragtime. Największym popularyzatorem gatunku był z kolei Scott Joplin. W ragtimie chodziło przede wszystkim o dobrą zabawę, najczęściej wybijaną pianinem. Wywodziła się z muzyki tanecznej, ale bardziej z knajpianej popijawy, niż stylowych bankietów, w których dominowały walce. Był bardzo ważny w kwestii spopularyzowania czegoś jeszcze większego – big bandu. Scott był poważanym afroamerykaninem; nie dość, że był prekursorem gatunku, to jeszcze stworzył pierwszą afroamerykańską operę w historii. Do ragitime’u przekonał się nawet swego czasu nawet Strawiński, bawiąc się różnymi wariacjami w obrębie tematu. Znudziło mu się tak szybko, jak znudził się gatunek, ale nie odbiera to jego zasług w praktycznie każdej współczesnej muzyce. Ragtime to po prostu była pierwsza zabawa na całego.



Jelly Roll Morton’s Red Hot PeppersBeale Street Blues
rok powstania: 1923

Ragtime jako knajpiana wersja jazzu z użyciem skromnych środków pragnęła się rozwijać. Jolly Roll Morton chciał wycisnąć z gatunku jeszcze więcej i kombinował z dokładaniem nowych puzzli do układanki. Chodziło o dodawanie nowych muzyków, ale niekoniecznie o tworzenie od razu całej orkiestry. Muzyka do tej pory jakoś nie umiała znaleźć złotego środka pomiędzy indywidualnością a wielką złożoną machiną. Morton zaczynał od grania w stylu nowoorleańskim, tworząc urocze wczesno-jazzowe miniatury, które nazywane były wczesnym dixielandem. Przekształciły się one potem w swing z Louisem Armstrongiem na czele. Dixieland odznaczał się tym, że kawałek rozpoczynając temat przechodził w coraz to większą improwizację. Właśnie to do układanki i do ragtime’u dołożył Morton. Mniejsza już o te wszystkie gatunki, których istnienia większość ludzi nawet nie jest świadoma – ten rozwój był ważny z punktu widzenia zespołu rozrywkowego. Zespół rozrywkowy w końcu miał rację bytu i do dzisiaj jest najważniejszą formą przekazywania muzyki na koncertach. Nawet jeśli jest to podpisywane jednym nazwiskiem.



Fats WallerAin’t Misbehavin’
rok powstania: 1943

Ragtime nie zginął tak od razu na początku wieku i miał stałą rzeszę fanów w Stanach, a końcowym etapem tej miłości był Fats Waller. Człowiek, który uosabiał wszystko, co najważniejsze w przyciąganiu ludzi do tego typu muzyki: miał zdolności kabaretowe, charyzmę, ale co ważniejsze – pisał ładne i wpadające w ucho melodie. Zaledwie jedną piosenką zamieniał stypę w grubą imprezę. Przypominał trochę Charlie Chaplina i z rzeczy banalnych tworzył rzeczy ponadczasowe. Do dzisiaj budzi nostalgię i zdania w stylu: kieeedyś to były czasy, ci wytworni ludzie i klimat tamtych dni… [Membier Berries styl]. Osobiście dalej wolę jechać na Taurona, ale naprawdę nie mam wątpliwości, że ktoś taki byłby wspaniałą odtrutką na podobne do siebie elektroniczno-gitarowe koncerty, a charyzma prowadzącego zmiotłaby ludzi z powierzchni ziemi. Bo w czasach coraz większej introwertyczności w muzyce ktoś taki otworzyłby nam serducho na świat. „Ain’t Misbehavi” to prawdopodobnie najlepsze, co spotkało ragtime w historii gatunku, a także jego szczytowe osiągnięcie. I to w czasach, gdy jazz rozwinął się już dawno w najlepsze i proponował rzeczy naprawdę skomplikowane. Co nie znaczy, że ludzie nie słuchali Bitelsów w latach 90-tych. Oni też pragnęli powrotu do korzeni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.