Prasówka (#2/17)

Zbiór najciekawszych polskich internetowych tekstów z ostatnich tygodni.


➡ Chcę być w trasie z ludźmi, z którymi się dogaduję. Wywiad z Preoccupations (Agata Hudomięt i Krzysztof Sarosiek)

Graliście na ogromnych festiwalach i w małych klubach – które koncerty wolisz?

Zawsze wybiorę te małe, intymne koncerty w klubach. Na festiwalach ludzie niekoniecznie przychodzą dla muzyki. Czasem potrafią spędzić cały dzień na festiwalu, nie widząc ani jednego koncertu. Chcą się po prostu nawalić i potańczyć.

Na koncertach klubowych to właśnie twój zespół jest na plakatach, to dla ciebie ludzie kupili bilety. Fani są podekscytowani, energia się udziela. Szczerze mówiąc, dźwięk też jest lepszy w klubach. Jeżeli grasz na otwartym powietrzu, dźwięk nie ma się od czego odbić, po prostu ginie. Zawsze słychać zespoły grające na innych scenach, muzyka się zlewa. W tym roku graliśmy na Coachelli. To był prawdziwy koszmar.”


➡ Między klubem a galerią. Wywiad z Horse Lords

„Awangarda to obalanie ustalonych rozpoznawalnych form. Tak myśleliśmy o naszym zespole od samego początku. Tak, to zespół rockowy, ale od momentu, w którym to powiedzieliśmy, możemy robić wszystkie rzeczy, które obalają stereotypy na temat zespołu rockowego. Jeśli postrzegalibyśmy się jako ansambl muzyki współczesnej, może i muzyka byłaby tak samo awangardowa, ale nie robilibyśmy tych samych rzeczy, bo one wynikają z myślenia “a co jeśli zespół rockowy zagra tak…”.”


Zajzajer #14 (Jakub Adamek, Andżelika Kaczorowska, Krzysztof Krześnicki, Karol Paczkowski, Michał Pudło)

„W natłoku nowości i pędzących newsów muzycznych łatwo nabawić się paranoicznego FOMO. Zajzajer jako możliwie najbardziej slackerska rubryka o niszach chce być trochę odtrutką na taki stan rzeczy. W tym odcinku prezentujemy aż 36 notek (czyli znowu więcej niż ostatnio) – przeczytacie w nich o Larkinie czy hypergrunge’u, ale przede wszystkim o dziwnych rzeczach, o których nie za bardzo da się znaleźć informacje w języku polskim.”


DJ z PRL-u: W ZSRR grałem dla 3 tys. ludzi. W Polsce dla ambasady amerykańskiej (Aleksandra Boćkowska)

„Całe miasto przychodziło się bawić, było świetnie, ale już chcieliśmy wracać. I wtedy przyszedł do nas miejscowy gitowiec, niejaki Sitar, i powiedział: „Nigdzie nie pojedziecie, my chcemy się bawić”. Żeby dowieść, że jest zdolny do wszystkiego, wyjął żyletkę i przeciął sobie policzek. Nocą zwinęliśmy namioty, sprzęt i zwyczajnie zwialiśmy stamtąd.”


The Future Sound of Poland (Olga Drenda)

„Historia się czasami powtarza, a może powtarzają się po prostu typowe scenografie; Peter Shapiro, historyk muzyki tanecznej, pisał o tym, dlaczego młodzi, wykluczeni społecznie Amerykanie pokochali w latach 70. blask disco: „kolonizowali na nowo martwą przestrzeń fabryczną, zastępując produkcję dóbr masową produkcją iluzji. Gospodarka była w rozsypce, a ludzie chcieli tego samego, co w czasach Wielkiego Kryzysu: chcieli tańczyć”. W Warszawie punkowcy, jak Karol Suka, zafascynowani acid housem organizują rave’y na świeżym powietrzu, w ruinach, młodzi pasjonaci, jak bracia Sienkiewicz, grają w rozmaitych nieklubowych przestrzeniach. W Łodzi undergroundowe imprezy odbywały się w bunkrach i na skłotach; później po powierzchni płynęła wielotysięczna Parada Wolności.”


Boysband na fali – czy Brockhampton to nowe Odd Future? (Paweł  Klimczak)

„Czy Kevin Abstract dobrał sobie współpracowników? Tak. Czy poszedł kluczem stereotypów, czy ról, które każdy ma wypełniać, jak na boysband przystało? Raczej nie. Czy istnieje biznesplan obliczony na każdą okoliczność? Chyba nie. Cała sprawa z “boysbandowaniem” to bardziej zabawny zabieg marketingowy, aniżeli wstrząsająca historia powstania grupy. Sam Kevin Abstract mówi, że założył ją, bo nie miał przyjaciół.”


➡ Raptem: Triumf wyobraźni ()

„Na koniec kłania się przed państwem Action Bronson. Rudy, zwalisty i nieumiarkowanie brodaty mistrz kuchni o albańskich i żydowskich korzeniach, z automatu wpisał się w odcinek o twórcach bez granic, wizjonerach. (…) Najnowszy album jest na tym tle powściągliwy. Nienachalna gitara odezwie się na moment, pianino spokojnie rozbrzmi, w roli przejścia wystąpią majestatyczne smyki. Wszechobecny jazzowy feeling (już otwierający „Wolfpack” mógłby się podobać Sinatrze) przetnie trochę reggae’owego skanku (świetne „Hot Pepper”), albo uspokoi ostrzał z syntezatorów czy latynoskiej salsy. Zdarzy się Actionowi uwiesić słuchacza na rockowej pętli czy popłynąć z funkującą linią basu. Sporo tu nawiązań – w bitach i tekstach – do klasyki rapu.”


Są faceci, którym wszystko leci

„Ariel Pink na swoich wąsko miksowanych płytach operuje rodzajem przyciętego akustycznie pasma – bas nie schodzi zbyt nisko, góra nie dochodzi zbyt wysoko. A jednocześnie jest to coś, co z miejsca chwytamy jako zabieg, a nie efekt uboczny nieudacznictwa. Z dwojga złego wolę to niż nadmierną kompresję dynamiczną. W każdym razie przebojowe melodie rodem z dawnych szaf grających słyszymy tutaj przez wąską rurkę, a nie współczesne studyjne hi-fi, stąd może zanurzenie w historii szybsze, a odniesienia do dawnych stylistyk łatwiejsze do wyłuskania. Na albumie Dedicated to Bobby Jameson podobnie silne co poprzednio (na świetnym Pom Pom sprzed trzech lat, kiedy właśnie o tym m.in. pisałem) nawiązania do działań Franka Zappy. Co przejawia się zarówno w żonglowaniu konwencjami, jak i specyficznym humorze, z jakim Ariel Pink na nie patrzy.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.