Portishead – Third (2008)

Gdy dziewięć temu Portishead zaprezentowali światu „Machine Gun”, jeden z moich znajomych rozpaczliwie się pytał: „czy to jeszcze muzyka?”. Będąc ogromnym fanem „Dummy” nie mógł przeboleć, że jeden z jego najukochańszych zespołów wraca w takim stylu. A dla mnie, wtedy i teraz, taki powrót jest symbolem znakomitości. Oto reaktywacja mająca *sens*. Nie żerująca na sentymentach fanów, oddzielająca średnio-grubą kreską przeszłość, w wymiarze artystycznym będąca następnym pasjonującym wyzwaniem.

„Nie-muzyka” Portishead nie jest czymś drastycznie nowym w porównaniu z latami dziewięćdziesiątymi. Choć bristolski trip-hop był przeraźliwie posępny, to miał w sobie jakąś zastanawiającą nośność. Z tej chwytliwości na wysokości 2008 roku w dużej mierze zrezygnowano (co nie tyczy się „Magic Doors”), skupiając się na jeszcze mocniejszym zaakcentowaniu stanu alienacji. Oszczędna elektronika skonsolidowana ze skołatanym wokalem Beth Gibbons robi piorunujące wrażenie. „Third” odbieram jako przejaw przyjaznej awangardy, ze snującymi się wstrzemięźliwymi pop-industrialowymi wątkami.

Zaskakujące, że aż tak wielu entuzjastów Portishead potraktowało ten materiał w kategoriach trudnej do zniesienia kakofonii. A to przecież piękna depresja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.