PODSZEPTY: Palmer Eldritch o „Natural Disaster”

W PODSZEPTACH pytam twórców o ich inspiracje. W pierwszej odsłonie: Palmer Eldritch (czyli Rafał Samborski i Piotrek Markowicz) opowiadają (głównie) o „Natural Disaster”.

Na fanpage’u pisałem:

„W niewłaściwych rękach downtempo może być bezczynnym, ospałym i irytującym muzakiem, natomiast odpowiednio poprowadzone zyskuje niebanalną oraz barwną oprawę – tak jak na „Natural Disaster”. To bardzo różnorodna, intensywna i żywa płyta. Lawirująca wokół klimatów Jaga Jazzist, krautów Stereolab, glitch hopu Prefuse 73, psotnego rocka Tortoise, z częstymi odchyłami w stronę plemiennego grania i skrawkami trip hopu (w deseń Laika). Klarowna, wyjątkowo czytelna produkcja sprawia, że album pozornie ma odprężający charakter; ale podczas słuchania nieprzerwanie czujemy trudne do zdefiniowania napięcie. Godne podziwu.”


(fot. Ola Pelc)

Rafał „Raph” Samborski:

Trudno uznać, abyśmy specjalnie się inspirowali konkretnymi zespołami podczas nagrywania „Natural Disaster”. Brzmienie krążka i jego ostateczny klimat był raczej wynikiem tego, co wytworzyło się w naszych głowach przez wszystkie lata twórczości. Łatwiej byłoby więc spytać nas o bezpośrednie inspiracje przy poprzednich albumach.

Przy powstawaniu „Inner City” słuchałem na potęgę rzeczy z Kranky Records (Labradford, Benoit Pioulard, Pan American) czy Monotype Records (Mirt, TER, Emiter), co zresztą starałem się jakoś uchwycić w nagraniach. Wcześniejsze nagrania bywały bardziej oczywiste – nie chcę tu nawet wspominać o naszym pierwszym albumie, na którym chamsko zerżnęliśmy patenty z Godspeed You! Black Emperor czy Sigur Rós, próbując przy tym świrować wielbicieli The Gathering, który to zespół – swoją drogą – okrutnie się zestarzał i teraz słuchałbym go raczej wyłącznie sentymentalnie. EPka „Bluedive” to z kolei jakieś shoegaze’y i dream-popy. Nagrane z Faczyńskim i Kiddem „Hikikomori” powstało wcześniej aniżeli „Natural Disaster”, chociaż ostatecznie zostało wypuszczone z różnych powodów później. Tam jasne wydawały się inspiracje clipping, Dälek bądź Techno Animal, chociaż kalimba w jednym numerze pojawiła się przez pewien cover Lapaluxa. Serio, zobaczyłem ten filmik i stwierdziłem, że chcę mieć kalimbę. Na „Natural Disaster” możecie usłyszeć ten instrument w numerze „Lullaby”.

Kontynuując wątek, jestem fanem specyficznych instrumentów – w domu posiadam jeszcze ukulele oraz melodykę (obecna jest chociażby w numerze „Clint Eastwood” Gorillaz – mówi Wam to coś?), a także skrzypce i flet należące do mojej partnerki. Jej umiejętności mogliście zresztą usłyszeć w „Death Junks”.

A czego konkretnie słuchałem w trakcie tworzenia „Natural Disaster”? Może się to wydawać zaskakujące, ale przeżyłem wówczas absolutnie intensywne zajaranie Sonic Youth. Sto lat temu przesłuchałem „Daydream Nation”, ale z niewiadomych mi powodów pozycja ta nie utkwiła wtedy specjalnie w pamięci. Pewnego dnia w pracy puściłem sobie na słuchawkach (tak, mam ten komfort, że pracuję głównie przy komputerze) „Dirty”, potem „Goo”, potem „Sister”, potem „EVOL”, „Washing Machine” oraz „A Thousand Leaves”. I oszalałem. Oszalałem tak, że pokupowałem sobie oryginalne krążki i koszulkę Sonic Black Division z Fajnych Rzeczy. Sonic Youth to prawdopodobnie grupa o najrówniejszej dyskografii w historii muzyki rozrywkowej. Nie mam zamiaru nawet narzekać na „NYC Ghosts & Flowers”, bo chociaż nie jest tak fascynująca jak pozostałe krążki grupy Thurstona Moore’a, Kim Gordon i Lee Ranaldo, to w dalszym ciągu urzeka mnie swoją atmosferą. Nikt lepiej nie połączył klimatów wyskakującego z garażów przedmieść rocka z awangardowym hałasowaniem.

Co do hałasowania – no właśnie. My Bloody Valentine – kolejna moja wielka fascynacja, której czasami mam dość, ale zawsze po czasie wracam i czuję taką samą ekscytację w trakcie słuchania. O „Loveless” pisano sporo i pewnie będzie się jeszcze dużo pisać. I dobrze, bo to album genialny. Perfekcyjne połączenie słodkich i – co by nie mówić – bardzo przebojowych melodii przebijających się przez ściany dźwięku z enigmatycznymi, onirycznymi wokalami. Od premiery minęło już prawie 26 lat, a do dziś trudno znaleźć pozycję, która z powodzeniem kopiuje to brzmienie.  Co ciekawe, Kevin Shields wypowiadał się gdzieś, że w gruncie rzeczy płyta od strony produkcyjnej była dość minimalistyczna i na jedną ścieżkę nakładał co najwyżej 2-3 efekty. Pozostaje mu wierzyć, nawet jeżeli pieniądze wydane na stworzenie albumu zdają się mówić co innego.

Z rzeczy delikatniejszych katowałem wówczas Talk Talk i Bark Psychosis, czyli prekursorów post-rockowej rewolucji. Co ciekawe, zarówno „Spirit of Eden” oraz „Laughing Stock”, jak i „Hex”, bardzo różnią się od tego, co później poczyniono w gatunku. Nie popadają w taki patetyzm, cechują większe przywiązanie do minimalizmu, a Bark Psychosis nawet w „Big Shots” miesza w to trip-hopową stylistykę. Przy tym muszę koniecznie wspomnieć o „The Colour of Spring”, na którym to Talk Talk było jeszcze w rozkroku między wcześniejszym a późniejszym okresem twórczości, co w żaden sposób nie przeszkadzało im stworzyć krążka genialnego. Ale w dalszym ciągu to „New Grass” z „Laughing Stock” jest absolutem, przy którym doznaję.

„Cascade” Williama Basinskiego też nie może tu zabraknąć – ostateczny dowód na to, że z kompozycji skrajnie repetytywnej można utworzyć nośnik wyjątkowych emocji.

Dla równowagi dorzucę tu jeszcze odchodzący od krautrocka Popol Vuh z „Agape Agape-Love Love” na czele i „And the Waters Opened” Between (za tę drugą pozycję dziękuje Kawie i Awangardzie, wszak pisała o tej grupie jeszcze w czasach, gdy nazwa jej fanpage’a zawierała elementy… hm… erotyczne). W gruncie rzeczy to podobne pozycje i być może one w pewien sposób wpłynęły na wdrożenie tych etnicznych klimatów do naszej muzyki.

No właśnie, krautrock. W sumie jak tak rozmyślam, to na „Natural Disaster” istnieje jeden wyjątek, w którym faktycznie inspiracja była dość bezpośrednia. „Tlaloc” powstał bowiem po tym, jak przesłuchałem „Tuesday Rollers and Strollers” od White Rainbows. Swoimi elementami i usunięciem kilku wdrożonych przeze mnie patentów Piotrek odciągnął dość mocno zarzuty o kopiowanie, no ale przynajmniej jest jakaś ciekawostka. A dlaczego krautrock jest tu taki ważny? Za podstawę bowiem służyły nam sample z numeru „Atmosphare” niemieckiej grupy A.R. & Machines – płyta „Erholung” jest w tej chwili chyba raczej rzadka i nie do znalezienie na youtube.

Piotrek „digan” Markowicz:

Tak jak pan Rafał powiedział – generalnie bardzo ciężko wskazać nam bezpośrednie inspiracje dla „Natural Disaster”. Kiedy teraz WRACAM MYŚLĄ do pracy nad tym materiałem, do głowy przychodzi mi taka bardzo etosiarska i bardzo w gruncie rzeczy wynagradzająca plądrofonia. Grzebaliśmy się w różnych paskudnych linkach z youtube’a, w gatunkach muzycznych, w które raczej nie zagłębiałbym się bez potrzeby, do różnych ciekawych, ale wtórnych płyt, do pomysłów z różnych stron.

Zaspał to największy talent jaki miałem poznać; producent absolutnie wizjonerski, którego zjawiskowe brzmienie jest idealnym obrazem naszych czasów. Ciężkie, zamulone syntezatory, wycofana perka, zupełnie pokręcone sample, puszczone przez modulatory, puszczone w antyfazie (!), elektroniczny brud, krótkie delaye. Zaspał jako jeden z kilku polskich producentów ma własne, unikalne brzmienie, zanurzone we współczesnym świecie źle brzmiącej muzyki z youtube’a, nudnej ściany na fejsie i krzywo wchodzących psychodelików.

I to właśnie on znalazł to właściwe podejście do kwestii ludowych. Oto szalony, wzlatujący i opadający chór Indian nie jest tylko ornamentem albo wesołkowatym przerywnikiem. Tutaj funkcjonuje jak jeden z najważniejszych motywów, prawdziwy hook pojawiający się w odpowiednich momentach. Równocześnie zaś – ani na moment nie łamie tej ciężkiej, elektronicznej atmosfery, tworzy z nią idealną równowagę. Ciężka, nowoczesna psychodelia, z wigwamu i internetu. Pozazdrościć.

Kiedy już znaleźliśmy kierunek w postaci muzyki rdzennej, zaczęły się żmudne poszukiwania sampli.

Jestem z Tarnowa i do Tarnowa przyjeżdżali czasem Peruwianie. Grali sobie na fletniach do podkładów z syntezatorów i sprzedawali płyty. I jakieś 70-80 procent nagrań z muzyką różnych ludów przypomina właśnie tych Peruwiańczyków. Fletnia z syntezatorem, a na okładce Indianin w pióropuszu, na motorze, na tle Gór Skalistych.

Nagranie przedstawione poniżej jest tym jednym z lepszych. Bez żadnych pogłosów, padów, całego tego paskudztwa; wydaje się dość wiernym zapisem śpiewów Indian.

Gdy samplowałem bębny z nagrania poniżej, wysiadł szpulak. Jego ostatnie dźwięki to ten dziwny, pierdzący wstęp do „Ritual of Sunspots”.

W tym samym utworze samplowaliśmy jeszcze Polinezyjczyków. Wierzę, że jak się żyje w takim miejscu jak Polinezja, to zasadniczo nic nie pozostaje do roboty, poza wymyślaniem słodko-rzewnych melodii. Bardzo chciałbym się o tym przekonać któregoś dnia.

To nieco zabawne, jak ewolucja muzyki przypomina ewolucję natury jako takiej. Oto wystarczy, że środowisko jest nieco odcięte od głównego nurtu i muzyka (jak i biologia) zaczyna ewoluować w swoją własną, niespodziewaną stronę. Weźmy taką Australię. Mamy dziobaki i Tame Impala, kangury i The King Gizzard and the Lizard Wizard. I może właśnie tak było z Polinezją – europejskie tradycje muzyki religijnej, zawleczone tam przez misjonarzy, wyewoluowały we własną, osobną gałąź; rzewnych, chóralnych śpiewów, toczących się w rytm ukulele. Czego chcieć więcej.

Z kolei w numerze „Radiosphere Preachers” wykorzystaliśmy fragment z „Drumming” Steve’a Reicha. W utworze tym, rozpisanym na 6 perkusistów, obserwujemy klasyczną Reichowską metodę kompozytorską. Oto każdy z perkusistów gra rytm w nieco innym metrum, dzięki czemu mamy okazję słyszeć wolne przesuwanie się kolejnych interferencji i melodii samego rytmu. Teraz wystarczyło trafić w odpowiednie miejsce, tam, gdzie rytm jest najgęstszy i najbardziej buja, a następnie pokleić go z resztą kawałka.

Utwór zresztą tworzony był pod grę komputerową; studio chciało jakiś „nerwowy fragment”. Niestety ten, będący otwarciem „Radiosphere Preachers”, niespecjalnie przypadł studiu do gustu, a nas ominęła szansa pracy w najszybciej rozwijającej się gałęzi rozrywki. Postanowiliśmy dołączyć ten numer do reszty, dograć około-stonerową część gitarową i tak dalej.

Kiedy już skończyliśmy 6 najdłuższych numerów na płycie, stwierdziliśmy, że całość jednak jest trochę monotonna i jednostajna w brzmieniu. Że przydałoby się płycie nieco oddechu i odpoczynku pomiędzy kolejnymi utworami. Zdecydowaliśmy się na formułę 1-minutowych przerywników, którą męczyłem jeszcze gdzieś w okolicy 2007-2008 roku, przy okazji „Banned Cartoons”. Sam zaś pomysł ukradłem wtedy z płyty nieco wcześniejszej, to jest z „Gorączki w Parku Igieł” Jimsona.

Pytanie więc brzmi – gdzie znaleźć takie minutowe, z jednej strony poruszające i zanurzone w klimacie fragmenty, a z drugiej – będące w jakimś sensie zamkniętą całością. Po prostu – minutowym utworem. Wpadł mi wtedy do głowy pomysł: a co z różnymi lokalnymi audycjami radiowymi, ze starymi dżinglami i tak dalej? Tak trafiłem na ten fantastyczny, poruszający utwór z Radia Nepal. Ponoć tak rozpoczynano nowy tydzień w radiu, tą pieśnią. Nawet przez chwilę lansowałem pomysł, żeby nazwać płytę „Radio Nepal Mystery Theatre”, ale Rafał i inni znajomi szybko odrzucili ten pomysł jako zbyt pretensjonalny. W sumie słusznie, jak teraz o tym myślę.

Ciekawe też jest, jak na odbiór muzyki wpływa jej zniekształcenie i zaszumienie. To trochę jak z horrorem, w którym najstraszniejsze jest to, czego nie widać. I tutaj też tak jest – najpiękniejsze jest to, co ledwo co daje się usłyszeć przez cały ten szum i zdeformowanie. Ten sam zabieg – i to zupełnie celowo – wykorzystało chociażby TwinSisterMoon na płycie „When Stars Glide Through Solid”, nagranej na moje ucho jakimś kalkulatorem i ledwo zipiącym czterośladem.

Podczas dalszych poszukiwań pomyślałem sobie – „kurczę, Piotrek! Przecież takie BBC w latach 50 na pewno musiało nadawać jakieś programy o Indiach, Egipcie i reszcie swoich kolonii. I na pewno też zrobili do nich jakieś dżingle!”. Okazało się, że generalnie to nie, niewiele się z tego ostało.

Ale zamiast tego trafiłem na coś innego, równie ciekawego, co zresztą tworzy ciekawą paralelę z przedstawionym wyżej Radiem Nepal. Oto w szczycie twórczej pracy z Beatlesami, gdzieś między 1966-1967, George Martin został poproszony przez BBC o napisanie utworu, który miałby codziennie otwierać transmisję. George Martin od kiedy tylko zaczął pracę w studiu, jeszcze przed Beatlesami, uwielbiał eksperymentować z dźwiękiem i z zestawianiem różnych palet dźwiękowych. Zresztą to on najprawdopodobniej zaszczepił tę pasję w Beatlesach. W przedstawionym utworze mamy organy kościelne, po których wchodzi perkusja z ciężkim, analogowym efektem flange’owania, by w końcu dojechać do fantastycznych, dęciakowych fanfar, płynących na perkusyjnym bicie. Wszystko to może się kojarzyć tylko dobrze, z samymi fajnymi programami z zagranicy oglądanymi za dzieciara, z hymnem Eurowizji, Unii Europejskiej, Ligi Mistrzów i całej reszty świetlanej przyszłości, która ciągle jest przed nami.

We wrześniu-październiku powoli zamykaliśmy płytę i zrobiłem pierwsze podejście do mastera.

Z racji mojej pracy często jeżdżę z taksówkarzami i mam okazję słuchać z nimi radia. Oczywiście najgorzej wypada Vox FM, o dziwo najciekawiej – Radio Pogoda, które pomimo ramolady i wygrzebywania jakichś słusznie zapomnianych piosenek aktorskich, potrafi też puścić naprawdę fajne, zakurzone single Wodeckiego albo Ewy Bem.

Ale ze wszystkich taksówkarzy i tak lubię najbardziej chyba tego, który sam sobie wozi muzykę. Zazwyczaj jest to jakiś top wszechczasów Trójki, chociaż zdarzało mu się wrzucić i Velvet Underground (i to nie to pierwsze). Pamiętam, że jechałem z tym taksówkarzem i rozmawialiśmy co kto ostatnio słucha. I przyznałem szczerze: „no, niedawno wróciłem do Can, kupiłem winyla i są naprawdę super, chciałbym tak kiedyś grać jak oni”. Taksówkarz pokiwał głową i odrzekł: „No, jeżeli pan lubi takie jazz-rocki, to niech pan sobie sprawdzi Weather Report”.

Na koniec więc obowiązkowe jazz-rocki od Can.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.